diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2010

No i okazało się, że to była kaczka. Poważne gazety przemilczały, co powinno byćjakąś
wskazówką. A „Dziennik Gazeta Prawna”, tytuł, który jeszcze w ubiegłym
roku miał zespół opiniotwórczych publicystów, ale po wymianie naczelnego
najpierw na Kobosko, a potem Wróblewskiego (wszyscy i tak w orbicie
„Newsweeka”, bo to przecież jeden wydawca – Axel Springer), stał się
tabloidem dla kategorii pół piśmiennych.

Nie był to „list”,
ale artykuł i właściwie nie wiadomo, kto to rozesłał. Czy stoi za tym
nadpatriota Rysio Czarnecki, którego obecność w parlamencie europejskim
jest tak intensywna jak jego opalenizna (jednak kontakt z Lepperem
zostawia po sobie ślady), czy też była to gwiazda polskiej dyplomacji –
Anna Fotyga.

Na Annę Fotygę,
która służyła śp Prezydentowi najlepiej jak umiała (takiego chyba
sformułowania użył Krasnodębski), polska dyplomacja nie zasłużyła. Tak
zapewne należy to podsumować, skoro Anna Fotyga była jedną z najbardziej
wyszydzonych osób na scenie politycznej (zaraz po Prezydencie). I
faktycznie, cokolwiek by o niej dobrego mówić, to dystans
profesjonalizmu zawodowego dyplomaty nie był jej najmocniejszą stroną.
Słynne „oko Fotygi” pulsowało w rytmie kobiecej wrażliwości, a Anna –
nie wiem jak na arenie międzynarodowej, ale przynajmniej w Polsce –
chodziła stale obrażona. A ponieważ wszyscy stale obrażali albo ją,
albo, co gorsza, Prezydenta, któremu tak wiernie służyła, to nie miała
szans się odobrazić. I w ten oto sposób przeszła do historii i zapisała
się obrażoną zgłoską w pamięci niewiele pamiętającej masy.

Mniejsza zresztą o
to, bo dowolna katastrofa Anny Fotygi i tak nie dorówna wymiarowi
polskiej polityki zagranicznej pod przywództwem męża natchnionego,
człowieka, którego groźna mina w jednej chwili potrafi ustawić w szeregu
tak Putina, jak Rasmussena i wszystkich pozostałych bez wyjątku. 

Niemniej,
rzeczywistość w każdej chwili stwarza bohaterów i nawet jeśli nie jest
to jakaś wyjątkowa okazja, to zawsze pozwala błysnąć dowcipem albo
intelektem. A tym razem błysnął marszałek Schetyna, który oznajmił, iż
nie jest dobrze, jak konflikty z wewnątrz przekładają się na zewnątrz, a
jeśli opozycja chce kształtować politykę zagraniczną, to powinna to
robić w kraju.

Nic więc dziwnego,
że najbardziej zaskoczony poczuł się sam autor listu, który nie zdając
sobie jeszcze sprawy z ogromu zarysowanych przez marszałka Schetynę
możliwości, powtarzał półprzytomnie: „Jaki list? Nic nie wiem o żadnym
liście”. Aż w końcu doszedł był do siebie i wykrzyknął: A! pewnie chodzi
o mój artykuł. I faktycznie, chodziło o ten artykuł, z którego, można
założyć, autor jest nawet zadowolony, ale nie do końca wiadomo czy aż
tak, żeby chwalić się nim wszem i wobec.

Ale dwie rzeczy są w
tym ważne, choć jednej zabrakło. Anna Fotyga nie zdążyła się obrazić, a
minister jest za granicą, więc nie mógł nikogo przerazić.

Poststrukturalna fraza dekonstrukcji idiomatycznego substratu w teorii przeciwstawnego znaczenia, odsłania paradoks odwrotności w tautologii rachunku kwantyfikatorów. Ten fraktal pustej znaczeniowo formy, wolny od niedogodności statystycznych modeli języka, fluktuuje w deiktyczny nośnik symulakry inherentnego metajęzyka. Wyzwala znaczeniowo model bezużytecznej funkcji w interpretacji wielości płaszczyzn semantycznej dezorganizacji podmiotu lingwistycznej reprodukcji fenomenologicznego wątku. Narracja hiperrealnych odniesień w systemie imponderabilnych manifestacji, w tym wypadku „fonemów pojęciowych”, multiplikuje obraz pozamaterialnych punktów stycznych. Syntetyzowany asocjacyjnie w przestrzeni nieograniczonego potencjału, partycypującego wstecznie w strukturze stanowionej normy, stanowi progresywny dowód dla dowolnego morfizmu inwolucyjnego w dynamice morfologicznej.

To nowy status paradygmatu obecności form, którego mechanizmem kontekst odwrotności znaków, czy też symulakryczna próżnia odwróconego kontekstu hiperrealnej przestrzeni. I to wcale nie wymaga pamięci ejdetycznej!

Co w takim razie z poezją? A co ma być? Niby stanowi to pewien zgrzyt, piaszczystą pleromę plaży i matecznik oceanu. Gdzieś tam, w tej wodzie, szukamy słów, cytoplazmy związku i samoreplikującej aberracji. W obłokach, błękicie, pędzlu i abstrakcji. W strumieniu czystej formy i potarganych marzeniach. W brudzie natury i niedualistycznych powtórkach oczywistości. No, jednym słowem, takie tam… A także bardziej gustownie. Kiedy cięciwę zwalnia swobodny oddech, albo z płatka kwiatu ulatuje pszczoła, która zebrała dla nas pyłek. I kiedy żaba nagle wtrąca się w myśli bardzo sensowną uwagą…                   

Obejrzałem walkę Włodarczyka z Robinsonem. W pierwszych rzędach, niczym w szczerbatym uzębieniu, przedstawiciele socjety. Olbrychski, kilku piłkarzy, widziałem chyba nawet Giertycha z żoną, dalej koszmarne włosy  Wiśniewskiego, wianuszek rozsianych celebrytów. Po pierwszych minutach gali, kiedy nastąpiło wprowadzenie zawodników, a przed Włodarczykiem wyginał się i wymachiwał pochodniami jakiś rachityczny kuglarz przebrany za diabełka, pomyślałem, że gorzej już nie będzie. Ciekawe jak to zniósł Olbrychski? Ale nie doceniłem organizatorów, bo wystąpił Marek Torzewski i był to najpiękniejszy akt upamiętniający płyty chodnikowe, jaki zdarzyło mi się usłyszeć. W tym po prostu zawarta jest cała Polska w najbardziej reprezentacyjnym stereotypie. Potem zabrzmiał hymn, który po skonsumowaniu tej solidnej porcji obciachu przyniósł refleksje nad tekstem dwóch zwrotek, że przecież wciąż i niezmiennie odzyskujemy Polskę. Patataj, patataj na konikach po zwycięstwo. Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy. Do boju Polsko o oo. Tak, to też stereotyp…

Kolejnym stereotypem jest przekonanie, że pięściarze nie są inteligentni, a boks jest sportem nizin. I owszem, większość z nich nie ma doktoratów jak bracia Kliczko, najczęściej też kończą na emeryturze z uszkodzonym mózgiem i rzadko krytykują Derridę, ale niezbywalną wartość tego sportu przekazuje Oksford. W ringu natomiast, to szczególne połączenie instynktu z myśleniem jest naprawdę wymagającym zadaniem i jeśli ktoś uważa, że podoła temu kompletny matoł albo zwierzę, to wyprowadzam go z błędu ścieżką w Oksfordzie.

Pojedynek w ramach mało znaczącej federacji, przeciwnik na 10 miejscu rankingu, stawka 150 tysięcy dolarów. Włodarczyka nigdy wcześniej nie widziałem, a ponieważ biznes właśnie wgryza się w polski rynek, to spodziewałem się markowanej podróby pt. „mistrzostwo świata”. Estetykę i poziom organizacji pominę, ale sama walka przyniosła bardzo pozytywne rozczarowanie. To był już pojedynek rywali z klasą i na niezłym poziomie. Walka dwóch zawodowców, którzy kompletnymi pięściarzami i ring to dla nich przestrzeń umiejętnie i konsekwentnie stosowanych wytycznych taktyki, a doświadczenie procentuje w każdej akcji. Naiwnie myślałem, że zobaczę, jak często już bywało na takich imprezach, rozedrgane agresją młode ciele traktujące ręce jak łopaty wiatraka. Zobaczyłem dwóch wytrawnych zawodowców u szczytu możliwości. Robinson był szybki, miał świetny refleks, wyprowadzał trudne kombinacje z ciężkiej pozycji, czuło się typowy dla czarnoskórych genetyczny talent. Włodarczyk jak profesor unikał niebezpieczeństwa odwróconej pozycji i zza szczelnej gardy potrafił wyprowadzić atak, w którym każdy technik stwierdzi finezję doświadczenia. Jednym słowem, panowie znali się na rzeczy i swoim fachu.
Patrzyłem też z zadumą na determinację Robinsona, którego waleczność – jak raczyli poinformować komentatorzy – płynęła z faktu, iż będąc biedny i z nizin (właśnie) wykorzystywał swoją jedyną szansę na zmianę starego grata na lepszy samochód. Ileż tu resentymentu lewicowej wrażliwości w pączkującym micie „od pucybuta do milionera”, w twardych i brutalnych realiach życia…

Walka była wyrównana i jeśli wierzyć sędziom, to wygrało doświadczenie Włodarczyka. Pierwsza obrona pasa nic nieznaczącej federacji za Włodarczykiem, w kolejnej odsłonie powijaków w jakich promotorzy konsumują rynek. Do finansowego przepychu amerykańskich gal boksu zawodowego jeszcze długa droga, ale bez wątpienia Włodarczyk jest już wart swoich 150 tysięcy dolarów. 

No tak. Pani Piekarska i pan Biedroń sprowadzili minister Radziszewską do parteru. Najpierw wyemitowano krótki felieton, którego tematem był opisywany przez „Wyborczą” przypadek łódzkiej nauczycielki – lesbijki. Właściwie to nawet nie wiadomo, czy była lesbijką (wiadomo natomiast, że kocha swoją pracę), bo w felietonie opowiadała tylko o podstawie swojej decyzji o zwolnieniu. Chodziło o negatywny komentarz ciała pedagogicznego, które źle zareagowało na zdjęcie dwóch uczennic, bo sugerowało między nimi relację lesbijską. Nauczycielka uznała to za reakcję homofobiczną, bo każdy przejaw sugerujący, że postawa homoseksualna to niewłaściwa skłonność jest dyskryminujący i wzmacnia negatywny stereotyp.  I tak to ciału oznajmiła, a następnie się zwolniła. I tenże stereotyp wzmacnia właśnie swoimi wypowiedziami minister Radziszewska – zakończyła nauczycielka (zresztą bardzo młoda i ładna).

Potem zaczął się program i zmasowany atak Biedronia i Piekarskiej. Szczególnie dobrze radziła sobie Piekarska, która nie powiedziała nawet jednej sensownej rzeczy, ale za to mówiła tak głośno, tak długo i tak oburzona, że doskonale zrekompensowała ubytek treści. Znacznie lepiej poszło Biedroniowi, bo z jednej strony rwał szaty, iz nie jest broniony i adorowany przez minister, a z drugiej oskarżał ją o to, że nie chciała się z nim spotykać i pracować. Piekarska wyjechała z pretensją o pedofila, który miał być stereotypem w ustach Radziszewskiej, a Biedroń dołożył nieznajomość prawa, co jednoznacznie objawili mu wszyscy eksperci i specjaliści.

Przyciśnięta do muru minister, przynajmniej w pierwszej części dyskusji, sprawiała wrażenie lekko pozbawionej oddechu (z pedofilem w ustach), a jej skołowane i raz po raz przekrzykiwane argumenty nie miały dobrego przebicia. W drugiej części odzyskała oddech, ale mówiła za wolno, segmentami i niepłynnie, by publiczność mogła to uznać za w pełni zborne.

Na koniec nawet wyraziła pretensję do redaktora, że zaprosił wyłącznie atakujące ją osoby i żadnego obrońcy, czym przejawiła wzruszającą bezradność typowo patriarchalnej natury.

Merytorycznie oczywiście nie miało to większego sensu, ale też nie o sens chodziło, tylko wyraźne powiedzenie pani minister, że nienawidzi gejów, pozwala ich obrażać, sprzyja utrwalaniu stereotypów oraz, że jest niekompetentną homofobką. Dlatego też minister w połowie rozmowy poczuła się czarownicą, co też usiłowała powiedzieć, lecz nie dopuszczono jej do głosu. Przez chwilę myślałem, że może się obraziła, bo oznajmiła, że w zasadzie powinna chyba milczeć, co, jak łatwo przewidzieć, przyjęto bardzo skwapliwie i z podpowiedzią, że może lepiej będzie odejść.

I dalej nic ciekawego, jak tylko kontynuacja rażącej ignorancji minister w materii prawa, a zresztą nie prawo było najważniejsze, tylko fakt, że minister nie krzyczy głośno i przy każdej nadarzającej się okazji, że geje są cudowni i mają prawo do wszystkiego i znacznie nawet więcej.

Ale w połowie rozmowy redaktor wywołał temat jednego z posłów, który oczekiwał na udział w dalszej części dyskusji. Poseł powiedział w kuluarach do kolegi: chodźmy stąd, nie będziemy się spotykać z tymi dziwnymi ludźmi, a miał na myśli Biedronia i Piekarską. Tego pani minister też nie chciała skomentować, uzasadniając rzecz nieznajomością treści, sytuacji i ludzi. To spowodowało u Biedronia niemal ekstazę i zaczął oskarżać w prawdziwym natchnieniu. Na nic zdały się ponawiane próby zakomunikowania, że dyskryminacja osób homoseksualnych jest be, bo z ust ministra – homofoba brzmiało to już jak szyderstwo…

I tak ten program się skończył, a epilog dopisał w drugiej części rzeczony poseł, niejaki Raś. Na samym wstępie zarzucił redaktorowi manipulację słowami, których użył w innym kontekście, ale w taki sposób, że z miejsca można mu było wręczyć nominację na rektora wyższej szkoły buractwa. Zapytany uprzejmie o wyjaśnienie, poseł Raś nabzdyczony do niemożliwości wypowiedzenia nawet kilku słów, nie tylko nie powiedział o co chodziło, ale jeszcze powarkiwał na dziennikarza: przeproś, przeproś (brakowało tylko strzału z bańki). I tak nam właśnie poseł Raś program pointuje, bo to właśnie posłowie stanowią w kraju prawo, w którym potem obraca się ze swoimi prerogatywami pani minister…

To powinno zainteresować każdego mańkuta, bo Magdalena uderza w określony przez siebie „porządek” lewą ręką. Przywoływanie absurdów myśli teologicznej, to jedna z ulubionych form argumentacji lewicy, po stronie której „stoi” przecież autorytet rozumu i nauki. Jakoś nigdy nie przychodzi Środzie do głowy, żeby przypomnieć kilka przypadków z historii chirurgii, psychiatrii, czy też stanowiska naukowców pod koniec XVIIIw., że ilość końskich kup doprowadzi do ekologicznej zagłady świata… Ale mniejsza z tym, bo ciekawszy jest obraz „różnorodności” i „inności”, który rysuje Środa. To jest właśnie typowa odpowiedź lewicy na problem wykluczenia. Żyjemy w świecie cudownej odmienności ludzi, którzy na co dzień dyskryminowani przez społeczeństwo tracą swoje szanse na szczęśliwe życie. Oni nie są „niepełnosprawni”, oni są po prostu „inni”. Drobna i politycznie poprawna zmiana etykietki i już mamy problem z głowy, oraz szczęśliwą ludzkość w jednym worku.

A za przykład święto para olimpiady. Otóż ja się bardzo cieszę, że ludzie niepełnosprawni mają swoją olimpiadę, której, nawiasem mówiąc, otwarcie było transmitowane przez telewizję. Nie zmienia to jednak faktu, że żadna z tych osób nigdy nie będzie rywalizować z osobami pełnosprawnymi, bo po prostu nie ma na to żadnych szans.

Widziałem mecz upośledzonych i niewidomych piłkarzy. Jednemu z nich udało się strzelić bramkę i wiedziony radością puścił się w klasyczny piłkarski rajd. Niestety, w połowie triumfującego biegu (wszyscy inni stali nieruchomo) wpadł na kolegę i boleśnie się zderzyli. Obaj siedzieli na murawie krwawiąc i płacząc.

Jechałem kiedyś z grupą upośledzonych umysłowo osób w jednym autobusie. Ponieważ jedna z tych osób wyrwała mi torbę i rzuciła na środek autobusu, to próbowałem w bardzo łagodny i uprzejmy sposób wymienić z nią kilka zdań. Naturalnie nie było to możliwe, bo stopień upośledzenia tej osoby był za duży. Była debilem ( z definicji stopnia upośledzenia z drugiej połowy XIXw. ) niezdolnym do tak złożonego dialogu. Nie zmienia to jednak faktu, że podobna do niej osoba, na meczu podczas olimpiady, strzeliła gola. Przez chwilę była olimpijczykiem.

Ale kiedy mija ta chwila, pozostaje codzienność. A codzienność jest koniecznością stałej opieki rodziców, lub państwa. Równe szanse i prawa do szczęścia są złudzeniem i zaklinaniem rzeczywistości. Można stwarzać pewne warunki, które umożliwią upośledzonym, lub kalekim (dla wygody kategoria obejmująca ludzi okaleczonych, ale nie upośledzonych umysłowo) ludziom maksymalizację tego, co mogą uzyskać z życia, ale bredzenie o „inności” jest tylko „niewykluczającą” etykietką. (Jeśli ktoś nie ma nóg, to nikt przytomny nie będzie robił z tego problemu, ale w życiu niekoniecznie będzie przez to łatwiej).

Nawet jeśli osoba upośledzona uczęszcza do szkoły integracyjnej, to nie jest zdolna przekroczyć progu matury. A jeśli umożliwia to program, to wtedy cierpią na tym pozostali uczniowie.

Nie ma w tym zjawiska „ubogacania” przez „inność”, jest konieczność opieki i wyrównywania warunków życia do poziomu maksymalnego komfortu.

Każdy wrażliwy człowiek, który styka się z kalectwem zachowuje się w ten sam sposób. Nie patrzy na trudność, tylko usiłuje zrównoważyć jej konsekwencje. To jest naturalne i oczywiste. I stąd m.in. olimpiada. Ale czym innym jest postulat pomocy dla ludzi niepełnosprawnych, a czym innym mieszanie tego z filozofią, która odpowiedzialnością za stan rzeczy obarcza w tym wypadku chrześcijaństwo , w kontrze do którego punktuje się przewagę dla swojej ideologii.

A tym bardziej, że to nie rozwiązuje żadnego problemu, tylko stanowi słodką iluzję na poziomie pojęciowym i werbalnym (Czy jest to przesądzająca zmiana w świadomości?).

Na przykład jest cały szereg wąsko wyspecjalizowanych zakonów (głownie żeńskich), które podejmują się opieki nad osobami upośledzonymi. Przykrą konsekwencją tego stanu rzeczy jest to, że sfrustrowane własnym życiem siostry nie potrafią udźwignąć ciężaru tak wymagającej pracy i niekiedy dochodzi do zachowań, które uwłaczają godności podopiecznych. Ale jeśli potraktujemy rzecz sensacyjnie i tabloidowo, to będzie dobrym obrazem wartości przekonań i zamiaru Środy.

nic więcej

Brak komentarzy

Kiedy człowiek siedzi w domu, ma już gadający toster i chodzące za nim krzesła, a także elektroniczny monitor – lustro, który zapamiętuje przymierzone wcześniej rzeczy, kiedy ma już telefon z perkusją, syntezatorem, farmeramą oraz dostępem do wszystkich akt FBI, to co właściwie pozostaje?

Nie pozostaje nic więcej. I to z dwóch stron. Nie pozostaje nic więcej, jak tylko pełne zanurzenie w wirtualnej przestrzeni śmietnika rozrywki. Od wyścigów samochodzikami, do trójwymiarowego synestezjowania obrazów Picassa. I nasycanie zmysłów oraz umysłu iluzją treści. Łatwo dostępnej, plastycznej pseudo-kreacji. Nie ma nawet czasu na problem, bo jesteśmy stale podłączeni do wzmacniającej wyobraźnię mózgowej fali i dzięki technice stajemy się podmiotem w jej przedmiocie. Oderwanie wzroku, odsunięcie palców od dotykowego ekranu, przerwanie przepływu informacji, zamknięcie uchylonego na świat okna – bolesna pustka utraty hiperrealnego doświadczenia. Na zewnątrz szary i płaski świat niedoskonałych jeszcze i uganiających się za nami mechanicznych tworów. Nuda sensorycznych mebli. I wtedy, kiedy na chwilkę życiowa konieczność wymusza przerwę, a może siadła właśnie bateria, pojawia się druga strona. Nic więcej, bo nic więcej już nie ma? Na pewno będzie. Wkrótce, bardzo szybko, bo technika przyspiesza. Może nawet nie zdążymy złapać tej przerwy. Ale jeśli zdążymy, to co więcej? Nic więcej.

I ten drugi wariant jest odrobinę ciekawszy, bo to nic więcej oznacza powrót do tego, co jest. A  jest to, co właściwie dopiero może być. Najczęściej kończy się to po czterdziestce powrotem do rodzimej tradycji religijnej. I konstatacją, że skoro już nic więcej, to, paradoksalnie, czymś więcej musi być i będzie to „nic”, co do którego nie mamy pewności, że w ogóle jest. I zaczyna odżywać przestrzeń wiary. Najczęściej, a szczególnie tutaj, w Polsce, pojawia się wtedy kościół. Okazuje się, że jest. Że trwa. I stanowi dla tego oparcie.

Czy ja chcę być przyjacielem tej instytucji? W granicach rozsądku, który podyktowany konserwatyzmem. I w obliczu próżni tego, co jest. Życia wyjałowionego z metafizyki, odartego z wartości i sprowadzonego do sklepowej półki. Życia, w którym nie ma mowy o doświadczeniu prawdziwej głębi Umysłu, bo został sprowadzony do funkcji macki odczłowieczającego systemu, w którym prawem piękna jest zazwyczaj pusty uśmiech kurwy.

Ale może to jest zbędne? Może stwarzam sobie złudzenie, które tak naprawdę oddziela mnie od rzeczywistego doświadczenia, do którego tęsknię. Ja akurat nie mam pytań, ja mam swój telefon…

Czy wiecie, co śni się Kaczyńskiemu po nocach? Brat na koniu Poniatowskiego. To jego zmaza, którą realizuje z pochodnią w dłoni. Dowiedziałem się tego od znanej dziennikarki, która obnażyła wyrodnego syna oficerki AK. Matka próbowała wychować syna na ludzi, ale partia była silniejsza. Chcąc nie chcąc, przejął jej najlepsze tradycje. Partia zakłamywała historię i on ją zakłamuje. Miała partia swoich bohaterów i on też ma swój mit. Potrzebuje go do walki politycznej i do tego, żeby mówić przez sen „Wio”.
Sny to specyficzna materia i trudno je kontrolować (upiorny sen każdego faszysty). Śnimy coś, co dla nas jest bardzo realne, a tak właściwie to tego nie ma. Taka troszkę bajka. Ale w bajkach nasz bohater ma spore doświadczenie, bo już w dzieciństwie ukradł księżyc ( razem z bratem, który na dobre utracił kontakt z rzeczywistością). W związku z tym, jak to we śnie, bajki cokolwiek się pomieszały i teraz Lolek woła „Bolka”.
Wie o tym doskonale nasza dziennikarka, która biegła w psychoanalizie bez trudu rozszyfrowuje sny. Tym sennym marzeniem jest wysyp książek o „Bolku”. Marzeniem, które gwarantuje płomień pochodni.
A kim właściwie jest ten „Bolek”. O, to nie byle jaka postać z bajki. On „(…) który jest nie tylko legendą „Solidarności”, ale też laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, zna każdy – od politycznych salonów władzy po wioski w Nikaragui. Jest symbolem upadku komunizmu. Jest równie znany jak słynny mur berliński”.
Jednym słowem to Mocarz i nie obszczeka go żaden Reksio. Sami więc widzicie, jak skomplikowaną perwersję rysuje czarodziejskim ołówkiem dziennikarka. Nasz bohater w polucji, a ona go ujeżdża. 

uczta Babette

Brak komentarzy

W porannym programie telewizyjnym zwierzenia mędrców. Dlaczego Polacy to naród narzekających pesymistów, którzy nawzajem wyrywają sobie pióra ze skrzydeł? Może być inaczej. Na przykład protestanci chwalą sukces i otaczają bogatych ludzi szacunkiem. Ba! stawiają im pomniki. Nie ma w nich uznania tej pierworodnej winy, co przekłada się na poczucie grzechu z powodu życiowego sukcesu. Dalej decydujące są afektywne skrypty. Rzecz przesądzająca bardzo wcześnie, bo w pierwszych latach dzieciństwa. O skryptach pisał już Żakowski. Sprawa jest prosta. Pozytywny skrypt, to wybór wolności, otwartości, zaufania, a więc w konsekwencji osoby o liberalnym światopoglądzie. Skrypt negatywny, to przewaga autorytetu, traumy, co z kolei kończy się postawieniem krzyżyka przy kandydacie PiS – u. A z małych krzyżyków wielkie krzyże, co jest łagodną i aktualną obsesją prowadzącej program pogodnej kobiety sukcesu.
Jak bardzo się cieszę, że mogę każdego ranka wysłuchiwać tego bełkotu licznych artystów i koniecznie w towarzystwie psychologa. Jak bardzo dzięki temu wzrasta mój optymizm, niszczony na co dzień poczuciem winy i towarzystwem ludzi bezinteresownej zawiści. Jak bardzo jestem szczęśliwy, że obok mnie żyją ludzie wyzwoleni z niewoli autorytarnego zacofania i świadomi ponurego wymiaru otaczającej mnie rzeczywistości. Jakim radosnym doświadczeniem jest przełamanie obowiązującego na każdym kroku stereotypu. I tylko wciąż nie potrafię się cieszyć. Utrapiony poczuciem winy, ciążącym na mnie grzechem, ukrzyżowany a może krzyżujący nienawiścią – jestem członkiem klubu fanów projekcji. Sami więc widzicie, jakie jest rzeczywiste oblicze tej radości. To jad trującego pesymizmu, typowe malkontenctwo negatywnie zakorzenionego fanatyka. Destrukcyjna siła wypaczonego spojrzenia na życie. I dramat chorej wyobraźni bez marzeń. Protestanci szanują czas, bo szanują wartość pracy, a teoria predestynacji była niegdyś kołem zamachowym dobrobytu zachodnich społeczeństw. Nie mogę jednak wyłączyć telewizora i spojrzeć w przyszłość z optymizmem, bo tylko przy telewizorze wzrasta mój optymizm. I zamiast pracować (przede wszystkim nad sobą), dziadzieję. Co w takiej sytuacji pozostaje? Oczywiście Krakowskie Przedmieście i solidarne wyskubywanie piór. Ale czy czegoś się nauczyłem, czy potrafię odnaleźć w tym coś optymistycznego? Tak, to nagroda mojej pracy (odroczona gratyfikacja) – smak pieczonej kaczki.

Jak widzę w telewizorze szczęśliwą nastolatkę, której źródłem szczęścia jest mydło Dove, to jej wierzę. Gładkie pachy, ładny wygląd, to ogólnie życiowy priorytet każdej nastolatki. Kult ciała dawno już wyparł rozum, więc nie mam zamiaru czepiać się nastolatek, a tym bardziej tych zadbanych.
Jeśli natomiast widzę Gronkiewicz – Waltz, która opowiada o krzyżu i nie oszukiwaniu się, to nie tylko jej nie wierzę, ale widzę wyłącznie reklamę mydła. Co to w ogóle była za afera, dlaczego tak długo trwała i jak się zakończyła?
Krzyż postawili harcerze, co było rezultatem spontanicznej reakcji społeczeństwa, które w ten sposób chciało uczcić ofiary katastrofy. Potem krzyż zaczął przeszkadzać i postanowiono go przenieść. Nie udało się, bo część ludzi chciała, by w tym miejscu zamiast krzyża powstał pomnik. Ci ludzie uważali, że to, co się wydarzyło było ważne i powinien to przywoływać właśnie pomnik. Ale pomnik to pomysł bardziej jeszcze kłopotliwy od krzyża. W katastrofie zginął Prezydent, Prezydent miał brata, brat ma partię, partia uczestniczy w wyborach, a pomnik to niemal polityczny bankomat. Rozpoczęły się więc trudne negocjacje, agresywnie sabotowane przez politycznych szantażystów. A pod krzyżem trwało święto religijnych fanatyków, dla których krzyż jest tyleż symbolem, co synonimem partyjnej legitymacji. Aż w końcu wszystko się skończyło, krzyż przeniesiono do kaplicy, a Gronkiewicz – Waltz oznajmiła, żebyśmy się nie oszukiwali, bo nie chodzi tu o religijny symbol, tylko kapitał polityczny i w dodatku kosztowało to Warszawę milion złotych. Jak się sprawa finalnie rysuje? Krzyża nie ma, pomnika być nie może, a ludzie mają dość religijnych fanatyków, których partyjna przynależność nie wymaga żadnych uzasadnień. Nie trzeba też nikogo przekonywać, kto tak naprawdę stoi za całą sprawą…
Żałoba spowodowała, że w przestrzeni publicznej pojawił się symbol, który zgodnie z prawem i wolą większości społeczeństwa nie powinien w niej zaistnieć. Żałoba umożliwiła pojawienie się bardzo niewygodnego elementu, który wymową stanowił wielce niepożądaną treść. Grupkę koczujących i protestujących przez 155 dni ludzi, reprezentantów pogardzanego i rugowanego z nurtu publicznego życia upolitycznionego katolicyzmu, uznano za zmanipulowanych przedstawicieli fanatycznego marginesu, co w odbiorze społecznym jest bardziej niż oczywiste. Pamięć o wydarzeniu i symboliczna wartość tych chwil, powędrowały do radiomaryjnego zaścianka rzeczy wstydliwych, niestosownych, które na wyborczych kartkach krzyżykami tych analfabetów. Ludzie chcą żyć w normalnym kraju i bez konieczności konfrontowania się z chorym i upolitycznionym wymiarem religii. Bo ludzie, tak naprawdę, chcą już być tak szczęśliwi, jak nastolatka na reklamie. Żyć co prawda w kulcie, ale innego ciała. I ja im wierzę, tak jak wierzę nastolatce. Tylko dlaczego w tej reklamie musi występować Gronkiewicz- Waltz?

Jestem tak często szokowany, epatowany, indoktrynowany, że aż kompletnie zobojętniały. Mózg wybrał jałowe łąki świadomości, neurony pozamykały siatki, zero dostępnych asocjacji. Pozostało kilka czerwonych żaróweczek alarmowych, które zapewniają mojemu „ja” kontakt ze światem. Są to opcje proste i składnie uporządkowane. W relacji z dowolną osobą kod jest zawsze identyczny. Do którego ze światów przynależysz? Oczywiście do twojego. Zaraz to udowodnię. Przechodzimy właśnie obok paskudnego budynku nowo wybudowanego kościoła, więc jest okazja do powiedzenia kilku słów w temacie. Zaczynam od architektury, przechodzę do odrażającego i przygnębiającego widoku ulic, podkreślam – posiłkując się cytatem z Dody – niewydolność i bałagan wszystkiego, co jest, a na końcu rugam mentalne zacofanie, którego ten kościół trwałą przyczyną. Nie, nie zapomniałem o Kaczyńskim – jest bohaterem jakiegoś żartu na końcu. Potem robię przegląd przechodniów pod kątem ich homofobicznego, opresyjnego, ciasnego i prymitywnego stosunku do rzeczywistości, a całość wieńczę konstatacją bezinteresownej zawiści wyszystkiego, co dookoła żywe. To jest profil 80% kontaktów. Pozostałe 20% wymaga odwrotnej taktyki. Wakacje? A tak, spędziłem nad morzem niekończącej się propagandy i w lasach partyzanckiej walki z regularną prowokacją. I cierpiałem podczas lektury licznych szmat z mainstreamu, w których skrzypią pióra marnych sprzedawczyków na usługach niewidzialnych reżyserów. Nie pogadamy też jak Polak z Polakiem, bo za chwilę odwiedzi cię skarbówka i stłamsi i tak dogorywającą drobną przedsiębiorczość, która krwawicą twą ojczyzny twej.
Czasami, przyznam szczerze, bywam jednak cokolwiek krotochwilny i wtedy posługuję się cytatami. Tak jest szybciej, łatwiej i zdecydowanie służy to wzajemnej rozrywce. Na przykład omawiając aspekt unijnej niewoli i „anschlussu” po podpisaniu Traktatu Lizbońskiego, wtrącam: „Nie znajdują się w nim modele postnominalistycznego postsekularyzmu z tym wątkiem kantowskim, że się wybiera z przestrzeni norm pozostających wobec siebie w napięciu, z równoległych rzeczywistości normatywnych”. I tak sobie czekam na odpowiedź, którą wymuszam tonem zawieszonego pytania. Innym razem, w obliczu stwierdzenia z oświeconej perspektywy ogólnego zacofania bogoojczyźnianej frakcji ciemnogrodu, wybieram uwagę o konsekwencji różnicy paradygmatów: „Tak, to jest „nowoczesność” – to jest równie powierzchowne, równie selektywne, bardzo cynicznie eksploatowane i nieświadome. To są po prostu odruchy. Ludzie nie wiedzą, że są w innym paradygmacie, są wewnątrz, a nie analizują siebie”. I po raz kolejny okazuje się, że nikt nie czyta Jadwigi Staniszkis, ale wszyscy się z nią zgadzają… A kiedy mój zobojętniały mózg nie jest już zdolny do żadnej innej reakcji, prowadzę interlokutora w miejsce trwałego kompromisu. Na Wawel. I mając na uwadze profil światopoglądowy, proponuję zimnego Lecha, lub nie.
Dodam też, że jestem tak często szokowany, epatowany i indoktrynowany, iż uznaję to niemal za odlot. Przeżywam go na jałowych łąkach świadomości, które zdążyły uformować w moim umyśle kompromisowy projekt upamiętniający ofiary katastrofy: symulator lotów.  


  • RSS