diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2010

nekrofilia

Brak komentarzy

Czy w przeddzień
święta duchy pełgają w sercach? Czy dnieje świt bladego wspomnienia? Czy
zmarli dopukują się z niebytu nadzieją, która radośnie legitymizuje
wiarę? A może więcej? Może ich obecność gęstnieje do namacalności
powietrza rozedrganego płomieniem znicza, a w zimnej szarudze
listopadowego dnia poruszają się kolorami zwiędłych liści szarpanych
wiatrem?

Autobusy i tramwaje
wypełnione odświętnie ubranymi ludźmi. Kreacje dobrane do wybiegu
nekropoli, potężne wieńce i wiązanki honorują zawekowane w pamięci
uczucia. Konsumpcja przy stole rodzinnego spotkania pełna westchnień
uwalnianych z pokrywek słoików. Milcząca obecność zmarłego umyka do
życia chwili imieninowego zgromadzenia. Jest dla niego talerzyk intencji
i pomrok jasnego stwierdzenia w iluzoryczności żywionych przekonań.
Wcześniej msza potwierdziła kolejny rok oczekiwania w czyśccu.

Tuż obok nowa pokusa
kiczu konsumpcji. Bardziej adekwatny spektakl obcowania z nieuchronnym i
ostatecznym. Refleksja przez zabawę, wolna od utrapień ponurej zadumy.
Korowody lekkiego dowcipem dystansu prosto z i do galerii handlowej. A
przecież korzeniami osadzone w tej samej tradycji – przypomina tygodnik
opinii.

Bliskość tego
doświadczenia obowiązuje przez specjalne wydanie świątecznego odcinka
popularnego serialu telewizyjnego. Do kalendarza reprezentacyjnego
ideału rodziny, po Wigilii Bożego Narodzenia i Wielkanocy, dołączyło
kolejne ważne święto – informuje zadowolona autorka scenariusza.
Zamknięcie oczu i przełożenie scenki do zapisanego na papierze dialogu,
odsłania głębię obrazu:

- Kochanie, czekam w samochodzie. Powinniśmy wyjechać wcześniej, bo trzeba będzie znaleźć miejsce do zaparkowania auta.

- Musimy podwieźć mamę.

- Pamiętam oczywiście. Nie zapomnij zabrać zniczy, o które prosił tata. Kupiłem wczoraj, stoją w kuchni.

- Zamówiłeś kwiaty?

- Oczywiście. Ale…

- Tak..?

- To nie jest może najlepsza chwila, właściwy dzień, ale każdy moment jest dobry…

- O co chodzi?

- … A nic nie cieszy zmarłych bardziej, a szczególnie…

- Kochanie, czy coś się stało? Niepokoję się.

- … Jeśli miłość rozkwitła tak pięknie, jak ta róża…

- Kochanie…

Niemi w nieobecności
świadkowie wiary, próbują naciskać przycisk pilota. Ich niematerialną
postać konsumuje postać materii. Nieożywione święto ożywi biznes. Do
uczty na cmentarzu, na którym nietolerancyjne (naturalnie) społeczeństwo
spogląda krzywym okiem na biesiadę tradycji Cyganów. Wstaje świt żywych
trupów, trwa konkurs na najlepszy esemes z życzeniami dla zmarłego.
Zmarli pełgają w sercach wyczekiwaniem żywych. Na moment przejścia,
połączenia w jedności i refleksję? Nie… Na następny dzień, w którym
otworzą sklepy.

Alicja (fragment)

Brak komentarzy

O Alicji mówiono, że jest zła. W pewnym sensie była to prawda. Rodzice doszli do takiego wniosku, kiedy miała sześć lat i po tym, jak użyła narzędzi chirurgicznych ojca, żeby zrobić sekcję żywego kotka. Miał na imię Es i był miękką, psotną kulką ciepłego zaufania. Alicja sprawdzała, czy perforował mu flaczek. Tak przynajmniej powiedziała rodzicom, a oni nie mieli wątpliwości, że kłamała.

Dziewictwo straciła w wieku 13 lat ze śmieciarzem. Uwiodła go późnym popołudniem, gdy wracał z pracy. Potem manipulowała mało rozgarniętym mężczyzną przez kilka miesięcy. Porzucił swoją żonę i dziecko, zgłupiał – o ile można tak powiedzieć – do reszty i przelał na założone dla Alicji konto resztę swoich pieniędzy. Był mało przydatny, a nawet bezużyteczny, więc Alicja dała mu do zrozumienia, że powinien zacząć pić. Przez kilka następnych lat prostytuowała się wśród znajomych ojca, więc po osiągnięciu pełnołetności stać ją już było na zakup apartamentu w ekskluzywnej dzielnicy. Alicja skończyła studia, zrobiła doktorat i zdobyła najbardziej prestiżową nagrodę w kraju, pisząc artykuł na temat ekspiacji kobiet, które zmuszane były do prostytytucji w obozach koncentracyjnych. Miała 23 lata.

W wieku 25 lat doprowadziła do nielegalnej eutanazji ojca i umieściła matkę w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Spieniężyła majątek rodziców i zaczęła grać na giełdzie. Dwa lata później obracała kapitałem porównywalnym z budżetem średniej wielkości państwa w Afryce. Zainwestowała w firmy farmaceutyczne i pomnożyła zysk do wielkości dochodów spółek eksportujących surowce naturalne. Alicja miała miliardy.

Wtedy też porzuciła światowe życie i zamknęła się na sześć lat w klasztorze klauzulowym sióstr benedyktynek. Majątek spoczywał bezpiecznie w rękach pełnomocników, a Alicja oddawała się lesbiskim orgiom w gronie kilku konsekrowanych matek. Dwie z nich popełniły samobójstwo, a najbliższa kochanka Alicji zwariowała i dołączyła do jej matki. W swoje trzydzieste trzecie urodziny Alicja opuściła kalsztor.

Tyle właśnie dowiedział się z akt młody lekarz, któremu powierzono diagnozę Alicji. I było to cokolwiek kłopotliwe, albowiem zamysł ten nie obejmował wtajemniczenia w rzecz samej Alicji. Formalnie lekarz był dyrektorem jednego z koncernów farmaceutycznych i przelotnym kochankiem kobiety, a nieformalna prośba płynęła z ramienia ciał, o których nie miał zbyt wielkiego pojęcia. Jako motywację kształtującą decyzję, przyjęto jego bardzo intensywne uczucie do Alicji.

Na pierwszym spotkaniu, po powierzeniu lekarzowi delikatnej misji, której cel był mu nieznany, Alicja poczęstowała go wyśmienitym burgundem i zdjęła z siebie ubranie. Przykuła go do krzesła i delikatnymi pieszczotami doprowadziła do wytrysku. Potem zaprowadziła do ciemnego pokoju, ponownie przykuła do fotela i zapalila światło. Oczom lekarza ukazał się mały gabinet ginekologiczny. Alicja fachowo się znieczuliła, wprowadziła kamerę do pochwy i na oczach lekarza dokonała aborcji. Następnie podsunęła mu wyskrobany płód w niewielkiej, nerkowatej miseczce i powiedziała, że to było ich dziecko. Alicja zapytała go, czy może jej pomóc. Lekarz długo płakał. Kochał ją do szaleństwa. Alicja wyjęła przygotowane przyprawy, wybrała kilka kawałeczków i upiekła płód w kuchence mikrofalowej. Usiadła lekarzowi na kolanach, pocałowała go czule i wsunęła do ust mały fragment płodu. Po krótkiej chwili wspólnej degustacji, pocałowała lekarza chłodno i głęboko, rozkuła i pożegnała. Poprosiła o czas w samotności i obiecała, że odezwie się za kilka dni.

Indagowany przez grono zainteresowanych ludzi o perspektywę powierzonego zadania, lekarz oznajmił, że jest to proces, który wymaga stosownego rozłożenia w czasie. Był bardzo roztargniony i nieuważny, tęsknił do Alicji i palił dużo papierosów, bo stale czuł na podniebieniu mdły posmak płodu. Zainteresowana grupa ustaliła umowny czas miesiąca, a prawnicy zabrali się do profilowania wariantów ubezwłasnowolnienia. Ktoś, widząc, że lakarzowi wciąż się odbija, podał mu szklankę wody. Lekarz wypił wodę półprzytomnie i zapalił kolejnego papierosa. Gdyby zgromadzeni poznali jego tajemnicę pierwszej romantycznej kolacji niedoszłych rodziców, rzecz z pewnością nabrałaby dynamiki. Lekarz zastanawiał się obsesyjnie nad taktyką swojego działania, nie wiedząc jednak, że w gronie zainteresowanych osób funkcjonuje pod pseudonimem „Kaligula”.

musli

Brak komentarzy

Stosunek ludzi do islamu, to jest bardzo dobry przykład na bezmyślność, którą powoduje idea poprawności politycznej. I nie chodzi wcale o terrorystyczne zamachy ekstremistów, którzy, jak to ekstremiści, rzekomo upolityczniają „religię miłości i pokoju”.

Zostawiając ekstremistów na boku i w spokoju, jakiego wymaga rozerwanie siebie na kawałki, warto spojrzeć na entuzjazm, jaki wyzwala multikulti i sympatyczni muzułmanie ze swoim wkładem w kulturę europejskich wartości. A ponieważ w Polsce muzułmanów jak na lekarstwo, to zamiast tego możemy przyjrzeć się katolikom.

Katolicy to zdeklarowana większość społeczeństwa, z którą środowiska lewicowo – feministyczne toczą nieustanny spór o tolerancję, dyskryminowane mniejszości, wolne od wpływów religii prawodawstwo itd. Kościół ich zdaniem, to średniowieczna opoka zacofania, lęków i rozmaitych absurdów powodowanych wiarą, których skutki bardzo boleśnie ograniczają swobodę i wolność każdego człowieka oświeceniowej tradycji. Teraz toczy się bój o in vitro, którego sedno, osadzone w racjonalnym podejściu do rzeczy, jest całkowicie nieakceptowalne z punktu widzenia katolickiej etyki. Nie wspominając już o takich drobiazgach, jak religia w szkole, krzyż w przestrzeni publicznej i katolik jako obywatel. To wszystko jest trwałym elementem ciągłego sporu, ideologicznej walki oraz prowadzonej polityki w imię kulturowej rewolucji.

Tymczasem islam, na oko, jest jakieś 600 lat do tyłu w stosunku do chrześcijaństwa i osiągnięć na polu katolickiej antropologii… Prawo religijne jest normą i wyznacza standard asymilacji muzułmanów w europejskich społeczeństwach. Europejka wchodząca w związek małżeński z muzułmaninem trafia do obcego sobie kulturowo świata, co najczęściej stanowi przyczynę osobistych dramatów i co najczęściej jest przyczyną ostrej krytyki, bo rzekomo wzmacnia negatywny stereotyp. Polki, którym bardzo spodobał się Egipt i wdzięk tamtejszych mężczyzn, mają w tej kwestii wiele do opowiedzenia. Nagle muszą odnaleźć się w hierarchii zupełnie innego modelu rodziny, trafiają do „kuchni” i zajmują ściśle określone miejsce wśród licznych matek, ciotek i reszty kobiet podporządkowanych wartościom muzułmańskiej kultury.

Tyle tylko, że takie widzenie sprawy nie jest niczym innym, jak wyłącznie przejawem ciemnoty, nietolerancji i stojącej za nią islamofobii. I podobnie jak zamachy, które są nieprzystającym do islamu przejawem politycznego ekstremizmu, tak podobny stosunek do muzułmańskiej kultury jest tylko wyrazem krzywdzącego stereotypu.

Powiedzieć o islamie, że jest bardziej projektem politycznym niż religią, to mniej więcej tyle samo, co oznajmić, że problem dyskryminacji mniejszości seksualnych jest jednym z narzędzi walki politycznej. A nad wszystkim dumnie powiewa sztandar poprawności politycznej, który symbolem wielkiego zwycięstwa nad zabobonem i nienaganną etykietą myślącego człowieka.

Niestety było już za
późno. Co prawda zawsze myślałem, że prędzej umrę niż pójdę z własnej
woli do lekarza, ale to, przekreśliło moją nadzieję. W sposób bardzo
podstępny i przez szantaż. Niby nic, a jednak. Jednak całkowicie
niestrawne zaniedbanie w całokształcie estetyki bezwzględnie
narcystycznych czasów. I, w dodatku, samo nie zniknie. Wielka, twarda,
nagle wybujała i po chwili tryskająca jadowitym lekceważeniem dla
specyfiki czasów, gradówka.

Jakie to smutne,
pomyślałem. Żeby chociaż coś spektakularnego, co pokrewne w wyobraźni
dumnej przeszłości szwoleżera. Jedyne, co mogłem w tej sytuacji
przypuścić, to zakażenie od końskiego kopyta, ale nie miało to większego
sensu, bo ostatni raz siedziałem w siodle będąc uczniem podstawówki. 

Nie ma jednak tego
złego, co by na dobre nie wyszło. Porzuciłem więc mitomańskie fantazje i
zdałem się na osąd sympatycznego redaktora lewicowego pisma, który w
towarzyskiej rozmowie bardzo zachwalał poziom publicznej służby
zdrowia. 

Najpierw czekałem w
kolejce do internisty po skierowanie, co zaowocowało znienawidzeniem
mnie jako konkurencji przez stałych bywalców przychodni, potem umówiłem
termin badania okulistycznego w szpitalu, a następnie udałem się na
wyznaczoną wizytę i po pięciu godzinach oczekiwania i standardowym
badaniu wzroku, wpisano mnie do zeszytu z datą odległą o zaledwie trzy
miesiące.

Ale dostałem recepty na maść i krople, jak również poinformowano mnie, że te lekarstwa
w niczym mi nie pomogą i nie zaszkodzą. Nie uznałem za stosowne zadać
pytania, lecz pokiwałem głową. Lekarze i pielęgniarki byli
przyzwyczajeni do takiej reakcji, bo większość pacjentów po tym, jak
oznajmiano im termin zabiegu, wychodziła z szoku przez kilka następnych
minut. Wiem, bo czekając na swoją kolej prześledziłem ten proces uważnie
i pod kątem indywidualnych predyspozycji na tolerancję stresu.
Niektórzy po kilku minutach zaczynali płakać, a inni kontentowali się
kwiecistymi wiązankami.

Zamiast uzasadniać swoją decyzję, powiem tylko, że długi czas oczekiwania wypełniłem licznymi randkami.

Telefon odebrałem
trzy dni przed zabiegiem, a potem już tylko dwukrotnie zmieniano termin i
w końcu nastał radosny czas ostatecznej rozprawy z wielką zniewagą dla
osobowości współczesnego człowieka.

Dzień był pogodny i
ciepły, ale szpital ponury i chłodny. Przyjęto mnie z pewna dozą
uprzejmej dezaprobaty, której przyczyna pozostała dla mnie tajemnicą i
wręczono mi poplamioną i podartą szmatę w groszki. Trauma tego
wydarzenia nie pozwoliła mi ocalić w pamięci wspomnienia, ale chyba
mogłem zachować majtki. Plan przewiezienia mnie na salę operacyjną
obliczony był na wózek, lecz rzecz rozłożył – całkiem dosłownie –
konserwator, więc skończyło się na łóżku bez poręczy i z popsutym kołem.
Siostry dzielnie lawirowały do obszernej windy, a ja usiłowałem
zapanować nad szpitalną koszulą w rozmiarze mini i tasiemkami, które –
jak podpowiedziały siostry – mogłem zabrać do domu na pamiątkę.

Aż w końcu wjechałem
do królestwa bezlitosnego rzeźnika lat 28 i na stażu. Położyłem się na
zimnym, prosektoryjnym stole i wpatrzyłem w oczy przepięknej i
szefującej stażyście lekarki. Był cokolwiek zły, albowiem cudo natury
rzucało polecenia bardzo zdecydowanym i lekko kpiącym tonem, a on wciąż
miał pytania, których tak naprawdę nie miał. Przecudna okularnica
wybyła, pozostawiając za sobą smugę zapachu i lekceważenia, a ja
zostałem skazany na profesjonalizm zirytowanego podwładnego. Po
gwałtownych ruchach rąk wnioskowałem, że nie mam raczej do czynienia z
flegmatykiem. Mam też niejasne wspomnienie, że patrząc się na lekarkę
myślałem o swoich starych slipach, więc jednak musiałem mieć na sobie
majtki, czego nie dało się do końca powiedzieć o koszuli. Powiekę
odchylił metalowy i poręczny przedmiot z mechanicznej pomarańczy, a nad
moim okiem pojawił się wielki, metalowy i wyjątkowo twardy haczyk.
Zaczęło się szorowanie po kości oczodołu, którego suchy dźwięk słyszałem
nie tylko w głowie. Pomimo tego, że zostałem fachowo znieczulony, moje
ręce odruchowo przywarły do prosektoryjnego stołu, a zwartość mięśni
konkludowała mój dyskomfort. To ostatecznie przelało czarę goryczy
porannego samopoczucia stażysty i po kilku zamaszystych ruchach
haczykiem, warknął zdziwionym pytaniem: Co pan jest taki spięty?
Udzieliłem zdecydowanie za długiej odpowiedzi, czego potwierdzeniem był
fakt, iż w ogóle nie zainteresowała chirurga. Założył opatrunek, wypisał
recepty, udzielił wskazówek i byłem niemal wolny. Droga powrotna była
równie trudna, ale siostry inteligentne i uczyły się bardzo szybko.

Wyszedłem na ciepło
słonecznego dnia. Ale mijający mnie ludzie, rzucali dziwnie spłoszone
spojrzenia. Przystanąłem przed lustrzaną szybą sklepowych drzwi i
zerknąłem przelotnie. Spod kwadratowej gazy, przyklejonej do czoła i
polika plastrami, spływała brunatno czerwona krew. Wyglądałem jak cięty
szablą. Pokiwałem zadowolony głową. Moje szwoleżerskie fantazje znalazły
szczęśliwy finał. A w domu do dzisiaj powiewają chorągwie tego
zwycięstwa: sprute tasiemki szpitalnej koszuli.

wibrys

Brak komentarzy

Kot przystanął w
smudze światła akurat tak, że widać było wąsy tylko po jednej stronie
pyszczka. Miał jeszcze na wibrysie kropelkę mleka, którą zlizał łakomie
różowym języczkiem. Miauknął rozmarudzony, przeskoczył na kolana i
nadstawił grzbiet. Łapki poczęły miesić chleb, a pomrukiwanie przeszło w
urywany warkot. W końcu wyczerpany pacnął na bok i spoczął w krainie
pełnego zadowolenia.

Wysnułem wobec kota
śmiałe i nieco bezczelne przypuszczenie, że jest szczęśliwy. Czy kot
sprawił, że i ja byłem szczęśliwy? Moją odpowiedź znaczyło stwierdzenie,
które mogło być dla kota komplementem lub obrazą: no widzisz, jak
niewiele potrzeba do szczęścia…

Pomyślałem o tym
niewielkim acz wymagającym zbiorze elementów potrzebnych do szczęścia.
Natychmiast pojawił się przed moimi oczami zapracowany Marcin Luter,
który nie mając zbyt wiele czasu i mając zbyt wiele energii, rzucił
pośpiesznie praktyczną uwagę: troszcz się o to, co wchodzi i wychodzi i
ciesz się tym, co pomiędzy. I rozwiał się równie szybko, jak pojawił.

O nie, Marcinie…
Nic z tego. Czy uważasz, że mógłbym się motywować tak minimalistycznym
ujęciem potrzeb? Że moja ambicja zniesie ten fizjologicznie okrojony
wariant Epikura? Bardzo cię przepraszam, ale mój podbój świata zakłada
szerszy wachlarz możliwości i chcę stanowić zwycięstwo godnym
potwierdzeniem mojej wielkości. 

Zaraz potem pojawił
się Budda, z którym już od długiego czasu nie gadam, bo po prostu mnie
obraża. Niby że ja, to nie ja, tylko mój umysł, który uzurpowany przez
moje ja. Zamiast cieszyć się szczęściem płynącym z samego umysłu, to
zatruwam go żądaniami mojego ja. Nawet nie wiecie, jak cholernie
denerwujący potrafi być Budda. On się cały czas cieszy i non stop jest
wesoły. Zero napięć. Wyluzowany jak jakiś naćpany koleś spod bloku…

Tymczasem wcale nie
zamierzam ograniczać mojej frustracji nieszczerością potrzeb. Dlaczego
wakacje nad Bałtykiem, a nie np. w Tajlandii? Dlaczego rower zamiast
land rovera? Dlaczego wypożyczona na Mazurach stara łajba, a nie
dalekomorski rejs na luksusowym i własnym jachcie? Że niby akceptacja
własnych ograniczeń to podstawa dojrzałości? Ależ ja wcale nie mówię o
ograniczeniach, tylko potrzebach.

Albo miłość. Niby
taka prosta sprawa. Wijemy szczęśliwe gniazdko, w którym gałązki
bezpieczeństwa, stabilizacji i cienkie źdźbła komfortu, który żadną
atrakcją w dobrobycie. A potem? Rutyna, gadżety i niepokojąco absurdalne
stwierdzenie psychologów, że sześć lat jest granicą natchnienia dla
tych najbardziej interesujących fantazji.

A przecież mówię o
bardzo elementarnym poziomie. Całkowicie niemal zewnętrznym, który
pustynią wobec fauny i flory tudzież dżungli wnętrza. Ambicja wyznacza
horyzonty, które wsparte talentami potrafią zmienić oblicze świata. Ale
nawet bez tego, już od dawna i w czysto osobistym wymiarze, karzemy
Bogów za ich hybris. Możemy to prześledzić na bazie definicji
obraźliwego słowa „kariera”. Dlaczego to słowo jest obraźliwe? Bo można
malować obrazy dla malowania i to niekiedy sprawia, że stają się słynne,
ale można malować obrazy po to, żeby stały się słynne.

Czy ktoś jeszcze
pospieszy z radą? Tak, ale nie będzie to Nietzsche, Lao tse, albo
chociaż Kandinsky. Będzie to stado psychologów w porannym programie
telewizyjnym, wbijających chorągiewki na kolejnych zdobytych przez
siebie szczytach. Mądrzy kapłani współczesnej religii, znawcy bytu od
podszewki.

Patrzę na uśpionego
kota na moich kolanach. Być może powinienem ustawić się w smudze światła
tak, żeby zniknęła połowa wibrysów i zlizać kroplę mleczka z drugiej
strony?

pożarcie

Brak komentarzy

Do katolika mam
stosunek chłodny i nacechowany nieufnością. Można powiedzieć, że żywię
niekiedy apetyt, by rzucić go lwom na pożarcie. Oczywiście tak
przejawiony entuzjazm dla lekcji tolerancji, skażony męczeństwem
pierwszych wieków, jest również fantazją o próbie świętości. Albowiem
fantazja zapewnia, że lew jest jedynym zwierzęciem zdolnym do pożarcia
świętego, ale też z całą pewnością nie pożre prawdziwie świętego.

Mój apetyt jest
głęboko we mnie i nie całkiem zauważalny. Objawia się zmęczeniem i
irytacją i tylko wtedy, jeśli towarzyszę gorliwości neofity, albo mam do
czynienia z połączeniem szczerej żarliwości i dewotyzmu, wraz z
niezbędnym komponentem obłudy.

Czai się wtedy Bóg, dla którego mój katolik przygotowuje zasadzki. 

Jednak pomijając
chwile spędzone na zapinaniu złotych guziczków Czarnej Madonnie i
codziennym wymiarze moralnej pomroczności jasnej, czuję wobec katolika
nieśmiałość stanowienia oceny. Powodowany szacunkiem zamykam drzwi jego
świątyni i zatykam uszy na dobiegający do mnie dźwięk fałszowanego
hymnu.

Nie mogę mu też
wyrządzić krzywdy mistrzem Eckhartem, św Janem od Krzyża, albo choćby
Tomaszem Mertonem. Nie mogę też rzucić w niego słodkim ciasteczkiem
małej Tereski, albo przebić go włócznią dużej Teresy. Nie żywię ochoty
przybierania na twarzy wyrazu świętego Franciszka, jakkolwiek lubię
zwierzęta, Porkuncjulę, a przede wszystkim najgłośniejszy romans z
nieprawdopodobnym wprost napięciem erotycznym, przez który pożądam Klary
w równym stopniu, co rozgadany z ptakami konkurent.

Nieco strawniej robi
się w surowym świecie ascezy i habitu. Mniej uważnie patrząc, częściej
daje się zauważyć światło w oczach. I spokój przypomina, że bez czterech
filiżanek kawy, szesnastu operacji giełdowych, konferencji na skypie i
przeczytaniu dwunastu tysięcy słów o treści dwóch zdań, czujemy się
bardzo zmęczeni.

Jednak i tam krążą
kruki, a ich czarne oczy odbijają skryte cienie pychy i ambicji, oraz
bardzo wysokie i wysublimowane ego. I wdzięk teokratycznej arystokracji.

Dalej partia nieco
wyklętych, zmagających się z manichejskim rozdarciem, albo odsłoną gnozy
tuż przed portykiem świątyni. Wyrośli już z mistyki, zresztą nigdy do
końca jej nie ufali, a będąc mało powściągliwymi w obcowaniu, biedzą się
nad aspektem zwątpienia w codzienności. Wiedzą, że odejdą i
nienachalnie czekają przejścia, wypełniając oczekiwanie a to pięknem, a
to obowiązkiem dotykania kolców róży. I oni są najbliżej, bo widzą
najdalej i dlatego też uważają, że są tak daleko, jak blisko ci, którzy
nie muszą widzieć wcale.

Najmniej zachęcający są ci, którzy
zamieniają wątpliwość w nakaz. Wydawałoby się nawet, że potrafią jakoś
tak dynamicznie przekształcać w swym jakby szale poczciwą acedię…
Ściskają w portkach grube penisy i zapełniają probówki spermą, którą
potem wypijają jednym haustem.
Ich nie lubię najbardziej, ale też najbardziej im współczuję – za co przepraszam, bo to dla nich źródło gniewu.

Cóż, na koniec wypada
wypuścić lwy. Tyle tylko, że dzisiaj lwy z Cyrku przybrały postać lwów
cyrkowych. Skaczą przez obręcze i ryczą po strzałach z treserskiego
bicza. Takim lwom nie wypada rzucać chrześcijan na pożarcie. Nawet
wtedy, jeśli są nimi tylko nieświęci katolicy…


 

     

 

       

 

 

 

lub – czyk

Brak komentarzy

Dwa dni temu
wróciło do mnie pewne wspomnienie. Całego tego żenującego spektaklu pt.
„Afera Rywina”. Kilka wrażeń wciąż ma dla mnie charakter wesołej
reminiscencji. Np. poseł PSL – u, który był jakimś zdumiewająco tępym
cyborgiem, albo wprost groteskowa aktywność Anity Błochowiak, która w
najgorętszych chwilach swojej misji mataczenia i zaciemniania, mówiła
niemal szeptem i pod nosem. Ale najzabawniejszą chwilą było
przesłuchanie Piotra Niemczyckiego. Jeden z głównych właścicieli Agory,
playboy cierpiący w przeszłości na depresję i filozof z wykształcenia.
Zeznawał, mówił różne rzeczy i niby świadomy powagi i odpowiedzialności,
ale też bez napięcia, tylko z typowym dystansem ironii pogmatwanego
inteligenta. Nie żeby to, co mówił, było ironiczne, chodzi mi bardziej o
taki stosunek do siebie, w którym i drobiazgi rezygnacji i spora doza
megalomanii, co jest klasyczną postacią sączonego drinka, zza którego
patrzymy znudzeni na migający obok świat tyleż zabawnej, co absurdalnej i
popapranej kreacji. Kiedy Piotra zaczęła przesłuchiwać Renata Beger, to
zadała mu życzliwe pytanie na nutę okazywanego przez matkę zaufania:
panie Piotrze – powiedziała pogodnie i z sympatyczną zachętą Renata –
niech nam pan powie, jakim jest człowiekiem. Bardzo to Piotra rozbawiło i
po kilku dalszych, rozbrajających próbach ustalenia przez Renatę jego
tożsamości, zwrócił się z prośbą o pomoc do przewodniczącego komisji,
Tomasza Nałęcza.

Niemczycki zeznawał
w kilku turach i trwało to parę dni. Najbardziej jednak uderzyło mnie
pewne ważne dla niego spostrzeżenie, z którym pojawił się na kolejnym
przesłuchaniu. Otóż w pewnym momencie Niemczycki oznajmił, że oglądał
swoje poprzednie zeznania i bardzo go uderzyło to, jak brzydkim mówi
językiem. Okropnym. Okropną polszczyzną. I przez chwilę rozwodził się
nad tym smutnym spostrzeżeniem, dając jednocześnie dyskretnie do
zrozumienia, że nie jest jedyną w tym towarzystwie ofiarą tego upadku.
Zapamiętałem to sobie dobrze, bo to pokazało faktyczny wymiar troski
potłuczonego inteligenta. Bądź co bądź, trudno założyć, że Piotr
Niemczycki jest osobą tak skrajnie naiwną, żeby nie wiedział w jakiej
sytuacji się znalazł i że jest pośród krajobrazu polityczno –
biznesowego bagna rzeczywistego obrazu państwa. Piotr musiał o tym
wiedzieć, a sam był jednym z beneficjentów tego układu. Ale jego troska o
język wcale nie była humorystyczną kpiną z komisji, tylko przykrą dla
niego konstatacją. Taką właśnie zza sączonego drinka z drobiny dystansu,
megalomanii i uwewnętrznionej refleksji nad przemijającymi wartościami,
ludźmi i postacią świata…

podtopienie

Brak komentarzy

Czasem odtrutką
bywa kilka zdań o pięknie natury i rzeczy. Poezja staje się niezbędna,
nawet jeśli dotyka morza wyobrażonego. Metafory abstrakcji i bez żywego
doświadczenia, za którym konkret krwawego mięsa wersu.

Stoi przede mną
niebieska, figlarna filiżanka. Wystudzony płyn odbija mały fragment nie
całkiem czarno – białej fotografii, ale płynnie kadruje filmowe ujęcie i
wyzwala to oczekiwanie, jakie towarzyszyło wywoływaniu pierwszych
zdjęć, kiedy obraz falował pod powierzchnią utrwalacza w ciemni.
Przenikanie obrazów i skojarzeń w pustych pokojach pamięci, małe cząstki
przenikających się światów. To było, tego już nie ma; to jest, tego już
nie będzie. Pamięć i fotografia, skojarzenie wywołane tak łatwo, jak
obraz na światłoczułym papierze.

Niekończąca się
aktywność umysłu w szeregu obrazów pisanych na wodzie, a obok konkret
dynamicznie kształtowanej materii. I człowiek pomiędzy, w
introwertycznym nurcie bladej świadomości, która chwyta się kurczowo
stanowień tożsamości niczym tonący brzytwy.

Wachlarz
rozlicznych inspiracji. Od pachnącego sadu dzieciństwa, po dębową
twardość wypolerowanej czerni trumny. Przez bukiet traum, uśmiechy
zakochanej pamięci, ogryzki zakazanych owoców. W ścisłym ujęciu woli i
zdeterminowanej negacji wolności. W pasji i racjonalizacji. W ogromie i
rozmachu oraz ciszy i pokorze. W maszynach myślących za nas i liczeniu
maszyn o myśleniu, co jest obliczonym przez maszyny marzeniem.

Nie ma sposobu,
żeby powstrzymać rozfalowany do dna nicości ocean bytu. Dlatego tak
ważna jest ścisła receptura odtrutki. Pieczołowicie dobrane składniki,
precyzyjnie odmierzone na aptekarskiej wadze. Doza hierarchii i
komponent wolności, melodia i rytm języka itd. – wszystko to pozostawiam
farmaceutom. Dla mnie ten haust koniecznego powietrza, to swobodny
oddech i piękno kobiecego głosu.

pomidor

Brak komentarzy

A wszystko tak szybko w migających obrazkach i hiperrealnym doświadczeniu spotęgowanego złudzenia. Można nawet wykroić swój kawałeczek tortu, byle tylko dbać o właściwą narrację. Albo kleimy prostą scenkę z pointą, co jest standardem obowiązującej wypowiedzi, albo łączymy w kolaż skrawki zrelatywizowanej rzeczywistości i w przebiegle fenomenologiczny sposób ustanawiamy status najbardziej atrakcyjnej formy – tarantinowskiej pulpy komiksu. Bardziej wymagająca jest psychodeliczna hiperświadomość. Bieg po obrzeżach globalnego śmietnika z nieuchronną konstatacją, że niczego nie da się ustalić, a sama świadomość jest podwójnym złudzeniem – najpierw śmietnika, a potem ego. Zachwycony będzie każdy zdyszany zjadacz popkulturowego fast foodu.

Twardość logicznych stwierdzeń, jak na przykład, że powiedzenie „wszystko jest względne” jest bzdurą, bo jego „istotą jest uogólnienie teorii względności, dotyczącej zdań o ruchu ciał, na wszystkie zdania bez wyjątku”, opływa swobodą zbycia, w której nie mieszczą się już elementarne prawa logiki. W kulturze obrazkowej to zbyt trudne, a w przestrzeni doświadczenia głębi zbyt nudne, bo znacznie bardziej interesująca jest różnica opisu kilku ślepców, którzy macają różne części jednego słonia, albo, w najlepszym razie, przypomnienie sobie jednego z filmów Kurosawy.

Zbieramy rozbryzgany obrazkową kulą małego kalibru mózg z tapicerki zabrudzonego samochodu – anachronicznego symbolu wolności. To było już tak dawno, jak nie przymierzając w czasie krasy starych chevroletów. Dzisiaj mam wolność pod paluszkiem, a cienie z jaskini formatują sprzężenia symulakrycznych odbić. Wszystko jeszcze w twardym kośćcu ewoluującego społeczeństwa, które wymyka się pracy socjologów, bo zamiast nauki narodził się standard poprawności politycznej i lokalnie obowiązująca struktura mitu.

Zatomizowane jednostki, przetrzebione niezmiennym uwarunkowaniem ludzkiej natury, gnają w przestrzeni kreowanego produktu i newsu. Łączą się pary edypalnych podobieństw, neurotycznych pragnień, autystycznej więzi wyobcowania i lęku przed samotnością. Ich umysłowe pustostany rzadko korespondują z kontemplatywną świadomością eremitów, którzy czerpią wiedzę o współczesnym świecie z pielęgnacji grządek z pomidorami. W pędzie konsumpcyjnego szczęścia infostrady, nie ma miejsca dla zabobonu patologii złudzenia. Spływający gęstą czekoladą z każdej reklamy seks, wypełnia nudę totalitarnej kontroli umysłów. Spustoszenia korporacji więdną w natłoku zrewitalizowanej relatywizacji lewicowej ideologii, a zysk tryska z roponośnych pól w absurdalnej kumulacji republikańskich „operacji pokojowych”. Ciężar interpretacji dźwigają kolorowe zdjęcia celebrytów o jasnych twarzach i mętnych główkach.

Dlatego też nie dziwię się drobiazgom i kiedy premier Tusk serwuje kolejny pogodny suspens pt. Polska jest krajem niebywałego sukcesu, odwracam się do pielęgnowania grządki. Po raz kolejny okazuje się bowiem, że wszystko jest względne i rzeczywistość wymyka się namacalności faktów. I staję się tylko pielęgnowanym warzywem, które pielęgnuje warzywa. W tej sytuacji pozostaje mi zabawa w pomidora. Pomidor, odpowiadam i wracam do pielęgnowania grządki. Pomidor – mówi premier – i wraca do pielęgnowania swoich warzyw.

łachmany

Brak komentarzy

Oczywiście Meryl Streep była w tej roli jednocześnie elektryzująca i magnetyczna. Jej stonowany do najbardziej subtelnego i wyrazistego odcienia perfekcjonizm, był po prostu iście szatański. Była urzekająco doskonała. I kiedy w jednej ze scen, na swobodnym oddechu irytacji, wygłasza błyskotliwy wywód, w którym odsłania filozofię wielomiliardowego biznesu wychodząc od paska w modrym kolorze i niszcząc naiwne mniemanie asystentki, widzów przeszywa dreszcz zachwytu. Ambitna dziewczyna wsiąka w świat blichtru i blasku glamour, bo stoi za nim niepodważalny autorytet absolutnej perfekcjonistki, której nawet życie osobiste jest całkowicie podporządkowane wartości pracy. A w samej stolicy, ojczyźnie tego bajkowego świata dla dorosłych, Paryżu, ulega urokowi piszącego dla pisma playboya, poznaje brutalne mechanizmy kariery i niemal niszczy ważny dla siebie związek z chłopakiem.

Patrzę więc na kolejny dobrze zmontowany program, w którym stadko nienagannie ufryzowanych celebrytów, zapragnęło podzielić się z widzami swoją życiową mądrością. Dobrym duchem programu jest skończony niewolnik mody, najlepiej ubrany mężczyzna ostatniej dekady, Oliwier Janiak, który towarzyszy mikrofonem błyszczącym znakomitościom. Trwa party, płynie szampan i wiedza. Nie jest tak, że to tylko rozrywka, bo dzięki Oliwierowi mamy szansę poznać wszystkie recepty, przepis na sukces, złote myśli, spostrzeżenia, refleksje, całą skarbnicę mądrości. A natężenie dobrej zabawy pomaga ubrać te najbardziej istotne myśli w swobodną formę przekazu. Marta Kuligowska, prezenterka aksamitnego głosu, rozprawia o kremach. Tak, to jest naukowo udowodnione, że używanie kremów wpływa na dobre samopoczucie. Hanna Mostowiak, z tym dziecinnym nalotem na nienagannej dykcji, omawia wielką przygodę w swojej nowej roli energetycznej didżejki. Tym razem nie ma Beaty Ścibakówny, która jest bardzo dobrą aktorka, ale jest też żoną Jana Englerta, więc musi ponosić koszty zbzikowanego snobizmu mistrza. Jeśli będzie to pierścionek, to będzie też niesiona poczuciem naturalnej wyższości uwaga, że szlif na diamencie jest brytyjski, co pominęło w swym zachwycie biedne jakieś dziecię nieokrzesane. Dalej kreacje, suknie, treny, botki, paseczki, bransoletki, figlarna i oryginalna biżuteria nawet tatuaże. A pomiędzy o spokoju, harmonii, wyciszeniu, chaosie, Bogu, polityce, smaku i niesmaku, miłości przez „M” i miłości bez „M”, zdradzie, cierpieniu, doświadczeniu, wadze piór i wstążek w kapeluszu, samochodach i rowerach, szpitalach i białaczce, aż wreszcie śmierci i nadziei oraz pogodnym stoicyzmie.

Biegnę myślami do końcówki filmu z Meryl Streep. Dziewczyna wraca do chłopaka, przeprasza go i mówi mu, że miał rację. A on jednym lekceważącym zdaniem podsumowuje świat wartości, który uwiódł jego dziewczynę: sukienki, buty, torebki, paski, chustki… Bajka o Kopciuszku wartości kończy się dobrze, a diabeł uśmiecha się do lekcji, której właśnie udzielił. A ja patrzę w ekran i czegoś mi brakuje. Aha, nie czegoś, tylko kogoś. Meryl Streep.

 

   


  • RSS