diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2010

jądro

Brak komentarzy

Podobno autor Zmierzchu, który w przeczuciu katastrofy opisał odchodzący w niebyt świat, był szczególnym mędrcem. Albowiem dogłębna znajomość ludzkiej natury nie przeszkadzała, lecz umożliwiała muidentyfikację z daną grupą ludzi. Mógł pić i kląć z Kozakami przy ognisku i był swój, lub wspierać subtelną radą zagubionego, rozpoetyzowanego młodzieńca, który eterycznym kaleką w świecie swojej wrażliwości.

 

Być może jakiś upadły freudysta podpowie, że to zaledwie ego w nawiasie dystansu, a rzeczywistym motorem był lęk – ta wieczna obudowa każdego przedstawiciela tradycji narodu wybranego… I powie to mając czterdzieści lat i rzadką bródkę, za którą karykatura autorytetu w pogodnej idolatrii. Cóż, bywa… Wtedy, z szacunku, należy mianować go według rytu staroszkockiego i tytułować Wzniosłym Edypem Wielkich Tajemnic.

 

Tymczasem jednak, w rozproszonym tłumie monolitycznych tożsamości, dojrzewa kolejny młodzieniec, któremu bardzo daleko do sefirot Drzewa Życia i elastycznej pustki Izaaka Babla. Siedzi on jeszcze w jaju i opukuje bezradnie skorupę, choć z dziobem rozwartym i przygotowanym już na przyjęcie pożywienia. Ten mroczny dla niego czas preegzystencji, to okres pierwszego miesiąca wakacji, na które postanowił zarobić pieniądze.

 

Ów embrion duchowy, gnijący zalążek elementarnej zawiązki, trafia pośród murarzy – krzepkich chłopów fizycznej tężyzny i prostoty. Być może nawet z kartką papieru i nadzieją, że w chwili przerwy zaznaczy na niej swój wolnomularski stosunek do murowanej rzeczywistości. A może zamiast kartki tylko czysty pamiętnik, w którym każda strona to zapis męki estetycznego niesmaku i huraganowej brawury w krojeniu ciemności, w braniu na barki kolejnych połaci poczucia winy?

 

Edek, to majster wzrostu słusznego, szeroki w barach i z pewnego rodzaju filozoficznym zacięciem. Nie wiadomo, czy Edek żywi upodobanie do filozofii, czy naznaczyła go tym konieczność. Albowiem Edek ma przed sobą poważną operację. Wkrótce czeka go usunięcie jądra. Edek nie ustaje w dociekliwości i często stawia pytania o fundamentalnej treści. Adresatami bywa wielu, bo Edek uznaje swobodę filozofowania i rzuca pytania gdzieniegdzie, czasami i często, pozwalając rozmówcy na głęboki namysł i przyglądając się, jak smakuje rzecz dla siebie nową, niewiarygodną i jak przez to obcuje z dylematem, materią powikłaną, aż w końcu z blaskiem tajemnicy nieodgadnionego.

 

- A ty, dałbyś wyciąć sobie jaja? – zapyta kiedyś Mariana, wąsatego, poczciwego hulakę, który ma zwyczaj psotnego znęcania się nad zwierzętami.

 

Asumpt, bo tak został położony fundament pod cztery musztardówki bimbru dla niegodziwego Mariana i zasłużonej przerwy w murarskiej pracy. Barak tętni życiem i opiniami z płodnego jądra chorego Edka. Uwagę zwraca harmonijnie rozwinięty Józek, a wtóruje mu podstępny Gienek. Józek, młody mąż i ojciec córeczki, zna wartość życia i wiotkimi pasemkami wyobraźni klei współczucie wychodząc od szatkowania. Szatkowanie to ulubiona czynność prokreacyjna Józka. Gienek jest zawzięty i cyniczny i ma prawo, bo dzieci odchowane, a samodzielny syn jeździ już własnym samochodem i pracuje w Niemczech. Jego niedelikatność zawiera szorstkie pocieszenie i nikt nie wątpi, że mały, wolny w tym wypadku od zawiści Gienek, jest głosem wyroczni doświadczenia. I tylko Marian, wciąż głupio uśmiechnięty pod wąsem, wygląda okolicznego psa, którego będzie mógł odrobinę pomęczyć. Trzecia kolejka zawiesza niedopowiedzenie w gęstej atmosferze. Edek wzdycha tak, jak sapie mężczyzna. Niedźwiedzia łapa Mariana ląduje na jego plecach. Nikomu nawet nie przypomniało się uskarżanie. Do baraku wchodzi samotnie pracujący Heniek. Tłusta baryła zgubionego ciepła i zaskakującej nieodpowiedzialnością stateczności. W sumie zwykła sprawa, a nawet trochę dla żartu. Dzień wcześniej spadł z taczką z trzymetrowego rusztowania. Rechot detonuje zapowiedź melancholii Edka. Stół odpowiada huknięciem twardym musztardówkom i pojawia się pies.

 

Chude członki istoty wątłej, smukłymi palcami, dotykają bladej twarzy niemal pozbawionej zarostu. Pierwsze wtajemniczenie równa się pierwszym słowom. Wypowie je cichym, stłumionym w sobie głosem, w którym niepewność miesza się z kosmicznym absolutem w nerwicy tak wiedzy, jak i samopoznania. Jądro.

 

Operacja przebiega bez narkozy, ale w pełnym znieczuleniu. Obraca w rękach tłoczoną musztardówkę, wyczuwając zaokrąglenia tam, gdzie powinien być kant. I nikt go nie usłyszy, bo mówi za cicho. Gdyby jeszcze ktokolwiek oczekiwał tego, co starał się wypowiedzieć, ale oczekiwano tylko jednego i za to został pochwalony. – Niezły masz łeb i dobrze, tak trzymaj. Albo ten bimber chrzczony przez Mariana – dorzuca samorodnie podły Gienek. Zaprzeczą wszyscy gwarem, który niemal poklepuje po plecach. I nawet Edek uniesie głowę od stołu i powie cicho, ochryple i dobitnie: – Ma jaja.

 

Zapytacie może, co stało się z tą istotą wierzby płaczącej, golemem dysfunkcyjnej autodestrukcji, płodem zorzy hermetycznego rozkładu? Stał się powiernikiem swego wtajemniczenia. Pewnego razu do jego gabinetu przyszedł mężczyzna, rosły murarz, któremu po operacji usunięcia jądra zalecono psychoterapię, bo przejawiał delikatne objawy depresji. Murarz usiadł, powiedział dwa zdania i milczał. Milczał też Wzniosły Edyp Wielkich Tajemnic, bo wiedział, że sens terapii słowem polega na milczeniu. Murarz powiedział w końcu: kurwa. A psychoterapeuta wyznaczył kolejne spotkanie.

 

Wieczorem, grzebał nerwowo, przeszukując swoje szuflady. Po długim czasie poszukiwań, wydobył starą, zmiętą i wyblakłą kartkę, znaczoną kulfonami dziecinnego jeszcze charakteru pisma. I w napięciu niemal numinosum, odczytał dawno zapisane słowa:

 

 
po kilku ciężkich cegłach jeszcze zaprawa
a potem motyl
usiadł zmurowany
zastygł
 
mam wybór
 
kielnią na masło
kapkę cementu
a może raczej usymbolicznić narzędzia
stać się budowniczym i w szlachetnej postawie
 
on tak delikatny już z uszczerbkiem na skrzydle
śmierć poniesie przed końcem jednego dnia swego życia
a nawet jeśli
nie uleci w obuwiu kaleki
 
zgrzytnęła kielnia o resztki piasku
wmurowało życie nic nie znaczący pomnik
nie uleciała myśl ponad cegłę i czas drugiego śniadania
pora roku obojętna świat tak naprawdę obcy
ci co kochają i pragną
nie pracują na budowie
 
Nie spalił tego wtedy i nie wyrzuci teraz. Czy dlatego, że świat Izaaka Babla odszedł w niebyt?

Dyrektor KAI rozentuzjazmował się w porannym programie telewizyjnym. Przyczyną entuzjazmu dyrektora była nowa książka papieża, a powodem do rozmowy roztrąbiona w mediach rewolucja w Kościele. Użycie w kontekście Kościoła słowa rewolucja, to bez wątpienia semantyczna i pojęciowa perwersja.

W mediach klangor, bo papież powiedział jedno zdanie o uzasadnionym użyciu prezerwatywy w sytuacji, kiedy miliony zakażonych dogorywają na AIDS. Rzecz jest usprawiedliwiona od strony duszpasterskiej dyspensy, w mocy pozostaje doktrynalne nauczanie w kwestii ludzkiej seksualności.

Używanie prezerwatyw, to, zdaniem Kościoła, prosta droga do odhumanizowania seksualności człowieka i sprowadzenia tego niezwykle ważkiego wymiaru życia do ubóstwa konsumpcyjnego aktu. Kościół postrzega rzecz z perspektywy, która docenia głębszy, bogatszy i tym samym prawdziwy pokład ludzkiej natury – człowieczeństwa. Mówi nawet o teologii seksualności, czyli duchowym rozwoju człowieka przez seksualność realizowaną w małżeństwie.

Wszystko pięknie.

Pomijając fakt, że zakomunikowanie dwudziestolatce, iż bzykanko na imprezie utrudni jej rozwój duchowy, to rzecz która z całą pewnością przywoła wielką i nieuświadomioną sympatię dla radia Maryja. To jednak nieważne, bo, jak wiadomo, wiara przychodzi z wiekiem. A póki co, liczy się to, co się liczy, czyli miłość jako pochodna konsumpcji. Kościół ma czas, więc poczeka – historia pokazuje, że kolejne pokolenia kończą bardzo podobnie i bez względu na czasy, w których przyszło im żyć. Wyzwania współczesności, ten niezrozumiały pośpiech, można zamknąć wizerunkowym retuszem przez wydawanie super fajnych kalendarzy z księżmi na harleyach, skaczących na bungee itp.

Nie w kondomie przyszłość`Kościoła…

Ale bardzo zajmujący był entuzjazm dyrektora KAI. Bo obok całej tej przemowy o jakże wartościowym stosunku Kościoła do ludzkiej seksualności, padło też zdanie na temat niemałego problemu, z którym mierzył się papież w Piotrowej posłudze. Pedofilii księży. Było dramatycznie, bo Benedyktowi przemknęła nawet myśl o rezygnacji z misji, co, oczywiście, najbardziej interesuje media.

Mnie natomiast interesuje ten entuzjazm dyrektora KAI do nauczania Kościoła w kwestii seksualności, w kontekście psychologicznego infantylizmu pasterzy instytucji. Duchowa dojrzałość, świadomość odrębności misji? I tak i nie – baju, baju. Fakty pokazują, że ofiarami wypartej, zmaltretowanej i zaburzonej seksualności są często właśnie dzieci. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to dla dziecka równie nieatrakcyjna perspektywa, co niewydarzona szansa na życie, którą przekreśla kondom. I choć sprawy różnią się nieco charakterem, to pomostem może być np. przedmiot wychowania seksualnego tak dzielnie podejmowany przez duszpasterzy (skądinąd najbardziej kompetentnych nauczycieli, bo przecież etyka rekompensuje ubytek doświadczenia…). Jakoś tak mierzi mnie entuzjazm wielkiej pochwały dojrzałości Kościoła w sytuacji, kiedy multum kapłanów stanowią ludzie borykający się z utajonym homoseksualizmem, albo rozdający dzieciom cukierki równie słodkie, co warunkowana brakiem autentycznego rozwoju świętoszkowatość.

Inkwizytor

Brak komentarzy
Ulewny deszcz podmywał kamienie i zatapiał drogę w brunatnym
błocie i ciemności. Podróż stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Na
szczęście wjeżdżaliśmy już na trakt prowadzący prosto do
zamku. Napięte i obciążone wodą płachty płótna w skórzanym zadaszeniu
zaczynały powoli przeciekać i coraz częściej na mój habit spadały grube
krople deszczu. Strząsałem je z rękawa, czując dochodzący zza okna
przenikliwy chłód nocy. W końcu rozkolebany wóz stanął i po chwili
drzwiczki uchylił potężny woźnica, z płonącą ciemnoczerwonym jęzorem
ognia pochodnią w dłoni.
Niskim warknięciem oznajmił koniec podróży i skłonił głowę z szacunkiem.
Ogarnąłem jego sylwetkę zmęczonym spojrzeniem i stwierdziłem
niechętnie konieczność tego spaceru. Wszystko dudniło, chlupało,
a mokre, przeciągłe skrzypienie powozu i wyjący wiatr, upodabniały te
dźwięki do jęków potępionych. Zeskoczyłem ze schodka, czując na
policzku żar płonącej pochodni. Ogromnej postury woźnica cofnął
się usłużnie i pokornie. W zarzuconym na głowę kapturze, ślizgając się
na podeszwach starych trzewików i mamrocząc pod nosem przekleństwa,
przemierzyłem pusty, ciemny i rozmazany w strugach deszczu dziedziniec.
Nikt mnie witał, choć byłem oczekiwany. Jesienny księżyc zbliżał się
do pełni, uwięzionemu w zamku waldensowi pozostał jeden dzień życia.

Nalałem podgrzanej wody z glinianego dzbana do miednicy i obmyłem
strudzona twarz. Ciepłe krople łaskotały przyjemnie skórę, tocząc się w
dół po szyi. Miałem jeszcze napięte chłodem i zmęczone podróżą zmysły.
Z ulgą ułożyłem się w czystej i ciepłej pościeli loża. Było wygodne i
przestronne, posiadało nawet szufladę służącą do ogrzewania pościeli
węgłem. Uśmiechnięta dziewka służebna zostawiła jedzenie na srebrnej
zastawie i opuściła komnatę. Chleb, ser, owoce, wino, kawałki suszonego
mięsa z warzywami. Nie byłem głodny, usnąłem niemal natychmiast.
Obudził mnie dotyk czyjegoś ciała. Przylgnęło do mnie gładkie i
pachnące. Nim zdołałem wyrazić sprzeciw, usłyszałem przy uchu gorący
szept.
- Nie zabijaj go, lubię z nim przebywać. Lubię rozmawiać.
Odwróciłem głowę, a potem delikatnie wyzwoliłem się z objęcia.
- Wiele mogę za to zrobić. Dać.
Kobieta uśmiechała się łagodnie i miała bardzo pogodny wyraz
twarzy. Jeśli nie była szalona, musiała być bardzo odważna. Milczałem,
patrząc jej w oczy. Przechyliła zalotnie głowę i skręcała w
palcach loczek włosów. Nie było w tym nic bezwstydnego.
Westchnąłem głęboko. Dotknęła palcem moich ust, jakby chciała
powstrzymać słowa i musnęła wargami w pocałunku lżejszym od motyla.
- Proszę - wyszeptała.
Stłumiłem pożądanie…

Oderwałem się od opowiadania. Już to czytałem. Nikt w tym zamku
nie spotkał żadnego waldensa, albigensa, katara, czy jakiegokolwiek
innego heretyka, schizmatyka czy odstępcy. Pomysł opowiadania polegał
na tym, że każda z tych osób widziała personifikację swojego pożądania,
którą to zabawę zgotował wszystkim sam Książę Ciemności. Nie
pamiętałem tylko, jaka w tym wszystkim była rola tego inkwizytora. W
końcu chyba sam się osądził…
Spojrzałem przez okno. Jesień rozwijała swój płaszcz.
Dzień szarzał chmurnie z każdą chwilą. Ptaki podrywały się do lotu
wrzeszcząc kłótliwie, lub przecinały gwałtownie przestrzeń. Wtopiłem
się wzrokiem w szybę. Muszę odpocząć, pomyślałem. Czułem się zmęczony
i nie wiedziałem dlaczego.
Śniłem kobietę z opowiadania. Miała cudownie delikatne ciało,
pragnąłem tylko dotykać, całować… Położyła palec na moich ustach,
uśmiechając się zniewalająco. Powiedziała: Nie śnisz, jesteś
śniony. Zaraz potem znalazłem się w jakiejś sali ćwiczeń i tam na nią
czekałem. Mieliśmy się spotkać. W międzyczasie ćwiczyłem z kolegą.
Sztangi były elektroniczne, ciężar regulowało się pilotem. Nie mogłem
unieść zaprogramowanego obciążenia. Ciekawe jak to działało, pomyślałem
po przebudzeniu. Nie byłem typem ścisłym i brakowało mi dostatecznej
orientacji. Myjąc zęby, wydumałem jakiś patent wykorzystujący pole
grawitacji i ze współczuciem pomyślałem o autorach SF. Przypomniałem
sobie jednego, który zapełnił podobnymi wynalazkami 900 stron…
Spojrzałem na swoją elektryczną szczoteczkę, stanowiła prosty wyrok
śmierci dla wyobraźni tych grafomanów. Wszyscy latali w kosmos,
podróżowali w czasie przy pomocy bardzo skomplikowanych i z detalami
opisanych maszyn, ale żaden z nich nie czyścił zębów elektryczną
szczoteczką. Wyobraźnia zawsze potyka się o drobiazg codzienności,
pomyślałem ze smutkiem.
Wyszedłem bardzo wcześnie i pozwoliłem sobie na drobna osmozę ze
światem.  Promienie przenikały rześki chłód bladego poranka, tkając
złotem jesienny gobelin. Powietrze długo jeszcze będzie smakować świtem,
nim pojawia się w nim srebrne nitki mrozu. Szedłem niespiesznie i bez
celu, kierując się w stronę pobliskiego parku. I wtedy ujrzałem tę
kobietę ze snu. Przystanąłem gwałtownie. Patrzyła nie tyle na mnie, co
raczej przeze mnie, jakbym prześwitywał, jakby usiłowała nadać mojej
sylwetce realność. Zastygłem w zdziwieniu. Była bardzo atrakcyjna.
Wysoka, szczupła, o pięknej twarzy. Ubrana w żółty płaszcz z fantazyjnym
kołnierzem i przewieszony przez szyję ciemnoczerwony szal. Patrzyłem
urzeczony. Zbliżyła się rozkołysanym krokiem modelki, stawiając
wdzięcznie drobne i niemal roztańczone kroki na wysokich obcasach. Nie
widziałem wcześniej tak zmysłowo poruszającej się kobiety. Nim zdążyłem
się odezwać, położyła palec na moich ustach i powiedziała: Jesteś
śniony i poszukiwany za morderstwo. A potem przeniknęła mnie w
pocałunku, którego nie poczułem. Rozejrzałem się dookoła. Mijała mnie
obojętnie jakaś zgarbiona babcia, a w oddali przyglądał się temu
ksiądz. Ruszyłem w stronę parafii. Nie zauważył niczego szczególnego.
Atrakcyjna kobieta w żółtym płaszczu? A tak, przechodziła tędy jakaś
kobieta, pasuje do opisu. Podziękowałem cokolwiek zmieszany. Nie czułem
się najlepiej, byłem zdezorientowany, miałem przeczucie czegoś, czego
nie potrafiłem uchwycić i zdefiniować. Rzeczywistość toczyła się jakby
obok, a ja nie mogłem wpisać się w nurt, nie mogłem jej uchwycić. I nie
pamiętałem, kiedy to nastąpiło. Coś było nie w porządku, tylko nie
wiedziałem co i jak do tego doszło. Wróciłem do domu i upiłem się
winem. Przynajmniej ten stan przywoływał wyrazistość doświadczenia
przez jego zamglenie, aż po końcowe zagubienie i frontalny atak na
sterowność wszystkich funkcji. Zasnąłem głęboko i półprzytomnie. Śniłem
płonącą w deszczu pochodnie. Paliła się ciemnoczerwonym jęzorem
ognia, sycząc i ulatując czarnym dymem w niebiosa zlewające
wszystko strumieniami wody. Spowiła mnie gorącem i żarem podniecenia.
Czułem silny zapach perfum i niebiańską gładkość skóry. Zobaczyłem
przed sobą kobietę w czerwonym szalu, nagą i uśmiechniętą. Przylgnąłem
do jej ust, wodząc po ciele spragnioną dłonią. Intensywny zapach
odurzał intymnością.
I obudziłem się z potwornym bólem głowy i jakimś przeczuciem
dokonanej zbrodni. Była trzecia w nocy. Cisza i pustka potęgowały moją
niechęć i zagubienie. Nie wiedziałem do tej pory, że kac może być tak
nieprzyjemny. Wyszedłem z domu i zanurzyłem się w lodową czerń
nocy. Pachniały drzewa i ciemność. Czasami odzywały się ptaki,
pojedynczo i rzadko, jakby wybudzone opowiadały fragmenty snu. Szedłem
szybko, skulony w sobie. Światło stacji benzynowej jawiło przyszłą
ulgę, gdy rozważałem wybór trunku. Pomyliłem drzwi i przeszedłem do
następnych. Powitała mnie jasność szpitalnego oświetlenia i sącząca się
wątło muzyka z radia. Wewnątrz nie było nikogo. Wyjąłem z lodówki
kilka piw i podszedłem do lady. Czekałem zniecierpliwiony. Didżej
sennie zapowiedział zbliżający się serwis. Przespacerowałem się wzdłuż
lady. Ale powtórkę trasy zastopował widok u jej końca. Leżała
skrwawiona, wystawały włosy i czoło. Zajrzałem zdrętwiały ze strachu.
To ona. Niewiarygodnie piękna i martwa. Upuściłem dwie butelki,
syczący jasny płyn pokrył czyste płytki żółtym jeziorem z białą pianą
przy brzegach. Stałem niezdolny do ruchu. Wtedy otworzyła jedna powiekę
i wyszeptała przez rozchylone usta: Dla ciebie przyśniłam twoją
zbrodnię.
Z zaplecza wyszedł sprzedawca i spojrzał na mnie z żartobliwą nagana.
- Ale za piwo będzie pan musiał zapłacić - powiedział .
Patrzyłem na niego ze strachem.
- Proszę się nie obawiać, sprzątania nie doliczę - dodał wesoło.
Milczałem z wzrokiem utkwionym w miejsce, gdzie przed
chwilą leżała kobieta. Światło odbijało się od płytek i zlewało w
połyskliwa smugę. Byłem przyśnionym mordercą bez ofiary.

Obudziło mnie stukanie do drzwi. Zaczerpnąłem powietrza i
podniosłem z poduszki skacowana głowę. Szumy, trzaski, zupełnie jak w
popsutym odbiorniku radiowym, pomyślałem. Szarość wlewała się oknem do
pokoju. Dookoła było brudno, dawno nie sprzątałem. Otworzyłem drzwi z
zamka i do środka wszedł bez zaproszenia jakiś mężczyzna. Przysiadł na
krześle i popatrzył na mnie uważnie. Zaskoczony tym zachowaniem
milczałem, przeczesując dłonią zmierzwione włosy.
- Co się dzieje, Adam? – zapytał z troską.
Pod szyją dostrzegłem koloratkę. Moje zdziwienie wzrosło.
- Od trzech miesięcy jesteś na zwolnieniu. Wynająłeś to mieszkanie, nie bywasz na plebanii…
Patrzyłem na niego bezmiernie zdumiony. Nie byłem w stanie wypowiedzieć słowa.
Rozejrzał się po pokoju i pokiwał w milczeniu głową.
- Stary się niecierpliwi – powiedział. - Wybierał się tu dzisiaj,
ale przekonałem go, że poprzedzę wizytę. To chyba nie był zły pomysł –
Dodał.
Patrzyłem na niego oszołomiony, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
- Słuchaj… – zacząłem.
- Dobra, dobra – przerwał mi wyrozumiale. – Nie tłumacz się.
Będziesz chciał pogadać, wpadniesz. Ze starym i tak musisz, ta
przyjemność cię nie ominie. Przyszedł list na plebanie, wygląda na
osobisty, przyniosłem.
Podziękowałem schrypniętym głosem. Klepnął mnie w ramię i na odchodne powiedział.
- Wpadnij jutro, może odprawisz mszę… Najwyższy czas jakoś zainicjować powrót.
Wyszedł uśmiechając się życzliwie. Stałem przy drzwiach dobre
kilka minut, aż w końcu do mnie dotarło. Ale nie mogłem uwierzyć, że
jestem księdzem. Trzymałem w ręku list. Był zaadresowany kobiecą ręką,
koperta pachniała przyjemnie. Przeczytałem: Ks Adam Ikucki, Parafia
Ofiarowania Pańskiego, dalej adres. Rozejrzałem się bezradnie po pokoju.
Nie dość, że nie wiedziałem kim byłem, to jeszcze nie mam noża do
papieru. Zganiłem siebie za absurdalność tych myśli. Zagubiona
tożsamość, a ty szukasz nożyka do papieru, pomyślałem szyderczo.
Poszedłem do kuchni i jednym cięciem rozerwałem kopertę. Na delikatnym,
złożonym w cztery papierze, przeczytałem jedno słowo skreślone pięknym
pismem kobiety: Wybaczam.Stałem bez ruchu. Pozostawało jedynie
się upić, co niezwłocznie uczyniłem.
Wieczorem, nie do końca trzeźwy, udałem się niepewnie na parafię.
Wszedłem do kościoła i zobaczyłem mężczyznę, który odwiedził mnie rano.
Nawet nie pamiętałem jego imienia. Ksiądz Piotr zawsze tak ładnie
odprawia, usłyszałem szept starszej pani przed sobą. Wyszedłem i
okrążając kościół, wszedłem do zakrystii. Czekałem końca mszy, liturgia
nie budziła we mnie żadnych uczuć czy wspomnień. Odnotowałem tylko
fakt dobrej znajomości rzeczy, ich sensu, kolejności, jakbym wsiadł do
samochodu po długiej przerwie i przypominał sobie sposób prowadzenia
auta. W końcu usłyszałem kroki i do pomieszczenia wszedł Piotr.
- Cześć – powiedziałem. – Nie zdobywając się na żaden żart.
- Dobrze, że jesteś - zareagował ożywiony – Po południu szukała cię policja.
Nagle poczułem się bardzo zmęczony. Spojrzałem na niego
zrezygnowany i zapytałem, czy podał im mój tymczasowy adres. Po skąpej
wymianie informacji, pożegnał mnie ciepło, o nic nie pytając. Wróciłem
do domu i czekałem na policjantów. Zadzwonił telefon.
- Ksiądz Adam Ikucki? – usłyszałem zapytanie.
- Tak myślę – potwierdziłem.
Głos zareagował chwilą przerwy.
- Proszę pozostać w miejscu zamieszkania, odwiedzi księdza dwóch detektywów.
- Oczywiście – zgodziłem się bez sprzeciwu.
Wpuściłem ich niedługo potem. Para. Czterdziestoletni mężczyzna
miał zmęczone oczy, w których można było dostrzec światło ciągle
skupionej uwagi i podświadomość żądającą odpoczynku. Mijając w
przedpokoju lustro, zerknąłem na siebie przelotnie. Moje spojrzenie
było bardzo podobne. Kobieta wyglądała młodo i miała coś bezczelnego w
sposobie bycia. Usiadłem w milczeniu przy stole, czekając wyroku.
- Podobno znał pan, ksiądz – poprawił się szybko - Żonę denata. – Przemówił mężczyzna, pokazując fotografię.
Wziąłem zdjęcie do ręki i ujrzałem na nim piękną kobietę z moich
snów. Obok stał uśmiechnięty mężczyzna, którego pytałem o nią wczoraj.
Ten ksiądz. Milczałem zrezygnowany. W końcu wykonałem nieokreślony gest
ręką i westchnąłem ciężko. Nie miałem pojęcia, co mam
powiedzieć.Policjant przyszedł mi z pomocą.
- Widywano tę kobietę z księdzem w kościele. Przy spowiedzi.
Rozumiem, że obowiązuje księdza tajemnica spowiedzi, ale… – zawahał
się, spoglądając na towarzyszkę – Niedługo potem opuścił ksiądz
plebanię i wprowadził się tutaj. Możemy się dowiedzieć czegoś więcej o
tej decyzji?
Policjantka patrzyła na mnie uważnie. Rozejrzałem się bezradnie po pokoju i wskazując butelki, powiedziałem zawstydzony cicho.
- Problem alkoholowy. O tym panu nic nie wiem – dodałem po chwili.
Kobieta spuściła głowę, policjant podrapał się w brodę.
- A więc nie kontaktowała się z księdzem ostatnio, lub wcześniej?
Zaprzeczyłem ruchem głowy.
- Proszę w najbliższym czasie nigdzie nie wyjeżdżać – po raz pierwszy odezwała się detektyw.
Skinąłem głowa. Wyszli bez słowa, rzucając ciche pożegnanie w progu. Zamknąłem drzwi w milczeniu.
Osuszyłem do końca butelkę wina. Przynajmniej nie musisz zarzucać
sobie kłamstwa, pomyślałem gorzko, rozglądając się dookoła. Opróżnione i
rozproszone po pokoju butelki były nie tylko moim wątpliwym alibi, ale
też jedynymi przyjaciółkami, które potrafiły ukoić bolesny brak
pamięci. Zamyśliłem się na chwilę, a potem przytaknąłem głową i
wyszedłem do sklepu, aby kupić kolejnych przyjaciół do pomocy.

Obudziło mnie delikatne ciało przywierające do mojego boku. Po
policzku gładziła mnie szczupła i gładka dłoń. Pachniały włosy, muskały
mnie usta. Odwróciłem się w łóżku i spojrzałem jej w oczy. Uśmiechała
się łagodnie, była naga i piękna.
- Nie musiałeś go zabijać, kochałam cię przecież. Lubiłam go.
Lubiłam z nim rozmawiać. Był biedny, był czysty. Porzucony. Kochałam
tylko ciebie. Nadal kocham tylko ciebie. Śnię ciebie, jesteś moim
wyśnionym ukochanym. Dlatego śnisz o mnie, dlatego mnie śnisz…
Przebudziłem się słuchając ostatnich słów w głowie. Świt szarzał
kacem. Usiadłem na łóżku, kryjąc twarz w dłoniach. Po chwili wstałem i
nie zmieniając ubrania wyszedłem z domu. W kilka minut dotarłem do
parafii. Wszedłem do zakrystii, nie budząc żadnego zdziwienia
kościelnej babci. Założyłem sutannę i ornat. Ministrant zadzwonił.
Podniosłem opłatek do góry i spojrzałem przez niego na nielicznie
zgromadzonych. Nie wyszeptałem modlitwy, myślałem o czymś innym. Czy wyparty grzech ponowił tę samą ofiarę?

Monika, lat 22

Kochanie, chcę czegoś więcej i bynajmniej nie chodzi mi o metafizykę. Nie żądam komplikacji,
naprawdę. To niezmiernie urocze, że gniewasz się w tak uprzejmy sposób i
im bardziej jesteś zdenerwowany, tym spokojniejszy i milszy. Tak, cenię
też ten chłód, który sprowadza dystans do ironii i nieprzyjemnego
sarkazmu. Za niezbywalnie wartościowy uważam twój bardzo
wyrafinowany stosunek do neurozy, któremu, przyznaję bez przesady,
nadałeś formę wręcz etykiety. Jestem pod wrażeniem, naprawdę. Ale mnie
interesuje pełny portfel i dobre rżnięcie. Z tym drugim jest znośnie,
ale to pierwsze gwarantuje Zakopane zamiast Ibizy. Tak, wiem już, że
Heidegger to oszust, że… w ogóle wiem wszystko. Powiem nawet więcej,
cokolwiek upraszczając. Gówno mnie to wszystko obchodzi. Mam w dupie
idee, wartości, wszystkie te nudności. Nie interesuje mnie,
co bredził Freud, co Jung i co z tym ma wspólnego ta cała reszta nie
halo. Znoszę przetrząsanie trumien dla ułomów tylko dlatego, że rozmowa
toczy się w drodze do jubilera. Zresztą… będę szczera. Nie, wcale nie
uważam za urocze tego, jak się gniewasz. To jest jakieś słabe. Jesteś
słabeuszem. Pedałem, można powiedzieć. Gniewasz się jak pedał i nie
potrafisz przypierdolić. Taka jest prawda bez względu na to, czy
zagadasz do mnie Piłatem, Husserlem czy jakimś innym trupem. Tak,
poznałam, myślałam, myślałam nad tym wszystkim, przemyślałam i szkoda
zachodu. Nieprzydatne, niezrozumiałe i flaki z olejem. Poezję też
czytałam. Nie wiem po co. O ile tam była jeszcze ścisłość, klarowność
myślenia, to tu już wszystko zupełnie popierdolone. Masakra na maksa.
Jakieś metafory… Co to w ogóle jest?! Po co to komu i do czego
potrzebne. Brednie straszne. Pamiętasz ten list, który do mnie napisałeś
pół roku temu? Ten, w którym porównałeś mnie do
sarny? Ja myślałam, że ty pisałeś o sarnie. O lesie. I zastanawiałam się
długo, po co ty piszesz do mnie o lesie? Kiedyś zapytałam i mi
odpowiedziałeś. Przez chwilę się zmartwiłam, że taka głupia jestem. Ale
potem uznałam, że to ty jesteś popierdolony. Pisać do kogoś o sarnie,
jeleniu… Kurwa… Ale wysilałam się, bo przynajmniej chodziliśmy do
jubilera. I liczyłam na Ibizę. Liczyłam też, że w końcu wpadniesz na
pomysł, żeby zamienić kryształy na… Sam sobie odpowiedz, na co. Nic z
tego,
kolego. No fucking way.

Karol, lat 25

Nienawidzę
Polski. Nienawidzę tego brudnego, zaszczanego kraju śmieciarzy i
alkoholików. Zawistnego, prymitywnego bydła i dewot. Pojebanych i
rozmodlonych faszystów. Politycznego piekiełka, w którym nurzają się
niepochowane kreatury. Zasikanych emerytów, cuchnących chamów, głupich
bab, całego tego zasranego plebsu, który nie porafi nawet powiedzieć
„dzień dobry” po angielsku. Brzydzę się ich kiełbachą,
skwarami w smalcu tej nędzy, wegetacją w tym niezmiennym ubóstwie.
Gardzę bezrobotnymi, żulią i brzydzę się umysłowego niedowarzania całej
reszty. Tfu!

Dla
mnie liczy się wartość pracy i sukces. Jeśli pracujesz, to prędzej czy
później znajdziesz się na swoim. Dorabiam m.in. jako ankieter i wiem, że
ludzie są po prostu zajebiście leniwi. Nic im się nie chce. Proponuję
rózne kursy, darmowe, sponsorowane z unijnych pieniędzy – nic nikomu się
nie chce.

Ludwik, lat 24

Dlaczego
mi to robisz? Czy wyrządziłem ci jakąś krzywdę, mścisz się na mnie?
Przecież wszystko było w porządku, nie skarżyłaś się, byłaś zadowolona.
Co się zmieniło tak nagle? I dlaczego niszczysz moje poczucie własnej
wartości? Chodzi ci o to, że nie mam jeszcze pieniędzy, że się nie
dorobiłem? Od kiedy jesteś taką materialistką? Skończyłem właśnie
studia, ukończyłem dobry kierunek, ostatnie wakacje i ruszam do pracy.
Wystarczy chwilę
poczekać, przemysleć kilka rzeczy, ułożyć i zacząć realizować plan. To o
to chodzi, tak? Dlatego spotykasz się z tym leszczem, któremu tatuś
zafundował super brykę? Daltego nie kochamy się od dwóch miesięcy?
Początkowo chciałem cię przeprosić za poziom, na którym zacząłem rzecz
identyfikować, ale widzę, że raczej się nie mylę, prawda? A będziesz
tego żałować, zapewniam cię. Nie było mnie zaledwie dwa tygodnie i
proszę: Co za wielki rozkwit fascynacji! Od kiedy to
interesujesz się giełdą, o której nic nie wiesz. Przesiadujesz z gazetą,
śledzisz kolumny, wysyłasz esemesy… przecież to jest żałosne… A to,
co było i, mam nadzieję, jeszcze jest między nami, czy to się już w
ogóle dla ciebie nie liczy? Nie, nie mówię o żadnym melodramacie, mówię o
wartości naszego uczucia, o miłości. Z czego się śmiejesz?

Kasia, lat 23

Ależ
on był romantyczny… Kompletnie nieprzytomny, nie z tej ziemi.
Potłuczony poeta. Całował ją po stopach, obsypywał płatkami kwiatów,
podarowywał egzotyczne ptaki. Co odrobinę zdumiewające, przynajmniej dla
mnie – humanistki, bo studiował na politechnice. Niemniej, dbał o
rozległe horyzonty. Całkiem refleksyjny i dowcipny typ. Kilka razy
świadkowałam jakiejś zgrabnej perorze. Początkowo jej imponował, ale był
zdecydowanie za biedny. Owszem, ambitny, ale bez większych, mimo
wszystko, perspektyw. Ciepłe, ciasne gniazdko obowiązku i rutyny… W
łóżku znośny, z bardzo dużym rozmiarem… Puściła go puszczając się i
jest już po sprawie… W dodatku jakoś tak głupio, bo z jakimś baranem.
Takim chamkiem, spranym propagandą stereotypu i z chcicą na sukces.
Straszny trep. Nie wiem, co jej odbiło, ale jest już za późno. Nie, no
pewnie, że ją rozumiem. Koleś ma bardzo pogodnie sytuowanych rodziców,
minął tydzień i już pojechali na ich koszt na Ibizę. Podobno jest
odrobinę męczący, ale rzutki i zdecydowany, a pieprzy się jak zwierze…
Ma dziewczyna farta…       

 

opary

Brak komentarzy

A co pan tu przyniósł? Przescieradła,
poszewki, pościelowe, gacie? Gacie też pan magluje, czy to przez
pomyłkę? Nieważne, niech pan sobie spocznie. Tam gazetki, czasopisma,
książki. Ja dbam o nowości. Nie ma to tamto, u mnie jest prawdziwa
kultura. Żadne tam Masłowskie, genialnie osłuchane w szambie panienki…
Albo ten, no, jak mu tam, geniusz
niepośledniego płazu… Huelle! Jezu, sto stron,
sto stron brnęłam, brnęłam z nadzieją na jedno może zdanie, jedno
skondensowane tchnienie literatury, jedno zdanie ubrane w treść, która
coś odsłoni, coś powie. Nic. Jak zepsute wino mszalne, jak w dupę
wazelina… Co pan wybrał? Pan w ogóle nie gada. Języka zabrakło, język
kołkiem? Słowa pogubione, słowa bez tożsamości? No to gazetkę pan wybrał
właściwą,
bo tam już słowa bez znaczeń. Odarte, zelżone, znieważone i to na
elementarnym poziomie. Bez wzlotów nawet, codziennie, zwyczajnie. Fałsz
zwyczajny, podły, zatruty, szkoda gadać. Pan z jakąś opinią do mnie? W
tych trzech pustych zdaniach kolorowych przepychem tego bełkotu? A, że
tylko cytat? No i dobrze, bo nerwy mam dzisiaj zszargane, to i gacie
mogę temperaturą potraktować.

Wszyscy
jacyś milczący, pan uważa? Niby spiesznie, niby przez obowiązek, niby w
to celują, co niepodrzędne, ważne, co stanowi. Jak ja niekiedy kelnerom
zazdroszczę, że w zupę mogą napluć… Tu, na szafeczce pilot, pan
włączy. O, i proszę. Moje koleżanki urocze. Pan posłucha. Jakie to to
mądre, ile w tym życiowego doświadczenia. O czym to dzisiaj. O
spełnionych kobietach – ludziach, czyli ludź – kobieta spełniony…
Tylko dlaczego, ja się
pytam, w tej scenografii? Do siebie zapraszam, o tutaj. Para, krochmal,
miła atmosfera, herbatka w szklance. A za skarby świata, w szklance
właśnie. Wedle najlepszych tradycji schamienia. Ja specjalnie panu nie
podam w srebrnym, rosyjskim uchwycie. Widzi pan? O tam, na półeczce.
Piękny, przywiozłam z Terespola. Samowar jak się patrzy. A pan dostanie w
plastikowym koszyczku i szklaneczce cienkiej, co to się nigdy nie
potłucze. I z torebką. Tego panu zrobić nie wolno, bo ja tu rządzę. To
ma pływać, niech pływa i nie obok cytryty, tylko doleję węgierskiego
kwasku cytrynowego. I zamieszam, tak, mam, zachowałam, starą aluminiową
łyżeczkę. Potem się pan naświetli, bo rak tuż tuż, zresztą i azbest
dookoła i piwniczne, wilgotne powietrze…

A
wcale nie kpię. A i bez folkloru. Tam pan sobie sięgnie. Co to?
„Dookoła świata”. Pozna pan trochę różne kultury, o których to nie
zdążyła jeszcze napisać Dzikowska, a to teraz przecież bardzo ważne. Bez
kultury pałac ponury…

No
tośmy sobie temat obrali, co? Z dubeltówką, albo aparatem. I niech to
będzie „Smiena”. Nie inaczej, nawet nie bardziej profesjonalny
„Zenit”… I czarno – białe, amtorskie zdjęcia z przesłoniętych dymem
barykad… Pan poznaje? O, tam, z dymu się wyłania, po okularkach można
poznać i sygnecie na palcu. A tu podobnie, taki rysuneczek w rosyjskiej
czytance, pan widzi? Bardzo ładny…  Poslie zawtraka my poszli… No,
może być i
polowanie, dlaczego nie, co nie? Co? A nie, oczywiście, że podważam, jak
najbardziej podważam, w końcu ze mnie, widzi pan, taka praczka –
monarchistka…

Nie, nie długo, zaraz kończę, tobołek podam, za drzwi wykopię. Wędruj głupcze! Obrazek jak z tej karty szatańskiej…

Ale
tak na poważnie? Chłopcze drogi, coś w polu a szukasz drogi… Może
wierszem powinnam byś wybaczył? Zewrzeć pochód… Czekaj pan, wierszyk
ułożę, powiem, pan się skapniesz:

Szalony starcze plecący androny

Czy ty świadomie trujesz salony

Czy tobie starość wyżera jelita

Żeby wolnością sięgać koryta

Porzucona kochanko Michnika Adama

Kiedy zabliźni się twa rana

Kiedy annus zewrze pępowina

Dawcy wolności – Jej syna

Pif, paf, ustrzelony jeleń, tradycje, Hubertus i dziczyzna smacznie pachnie…

Rachuneczek,
bo my teraz mamy kasy fiskalne, proszę… Nie dziekuję, szerokiej
rozprawy życzę. I filmik na drogę. Sprzedaję, dodatkowo. Pan usiądzie na
chwilkę, puszczę, a to się nigdy nie nudzi, proszę… Ale ją w dupę
posuwają, co? W trzech, w pięciu… Niezła dziewczyna, naprawdę. A
symbolicznie, za złotówkę. Bo wie pan, ja rzecz traktuję tak bardziej
alegorycznie…

 


  • RSS