diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2010

wow

Brak komentarzy

Wladymir podniósł się z krzesła z chrzęstem kości. Dawno już minął błogosławiony czas, kiedy to nocami biegał z gazrurką po cichych zaułkach ulic Wiednia, z dużym zapałem wypełniając rympałowate obowiązki szarego szpiega zza żelaznej kurtyny. Sentyment co prawda pozostał, ale od tamtego czasu świat pogrążył się w cokolwiek niezrozumiałym szaleństwie, które stało w jawnej sprzeczności z precyzyjnym i matematycznie obliczalnym ruchem planet. Bo czyż – zapytywał siebie Władymir. – jest choć kapka sensu w tym, że on, elastyczny judoka, gra na fortepianie i śpiewa? Czy to się godzi, czy licuje? I nie chodzi tu bynajmniej o cały ten wizerunkowy chłam, którym Wowa nieskrywanie pogardzał, ale o reputację. To przecież on pochwalił prezydenta Izraela, spontanicznie wyrażając zdziwienie, że ta hebrajska ciota lękliwego kompromisu okazała się mężczyzną zdolnym do tego, by posiąść siłą kilka kobiet. A nie ma wątpliwości, że jeśli komuś należy sprawiedliwie oddać komplement, to Wowa zawsze jest prawdziwym dżentelmenem. A tu takie, drobne co prawda, ale jakże uciążliwe sprzeczności. Jednego dnia wyścig bolidem formuły1, kapiące z przewodu paliwo i iskrzące się w każdej mikrosekundzie śmiertelne niebezpieczeństwo, a drugiego jakieś kalekie dzieci i konieczność wybeczenia piosenki… Swoją drogą mogło być gorzej, bo wyobraźcie sobie, że to stare pudło, popłuczyny po Bismarcku, traci nagle nad sobą kontrolę i zwiedziona tak urokiem męskości, jak i tajemnicami zwiędłej żopy, siada Władymirowi Władymiryczowi na kolanach… Zgroza, przy której nuklearne jądro koreańskiego satyra, tego cherlawego wymoczka z upodobaniem do oryginalnych modeli okularów przeciwsłonecznych, to zabawa na miarę znudzonego Rasputina. Tak naprawdę, to Wowa miał już tylko jedną i cokolwiek perwersyjną (zważywszy na to, że był obiektem uwielbienia milionów rosyjskich kobiet) pasję, której oddawał się po kryjomu i w tajemnicy zaciszy gabinetowych obowiązków. Kochał, co było sentymentalnym wyrazem dla  bezpowrotnie minionej przeszłości, w najdrobniejszych szczegółach opracowywać plany podtrucia co poniektórych rosyjskich pisarzy na emigracji. Takiego, dajmy na to, chłystka Pielewina… Niestety, nagroda miała mało satysfakcjonujący wymiar dla człowieka czynu, bo opierała się głównie o gratyfikację ze strony wyobraźni, kiedy to Wowa nurkował w przyjemności dokładnie zrealizowanego planu, którego wynikiem był wijący sie w mękach choroby popromiennej i po spożyciu solidnej porcji radu bezczelny i nikczemny chudożnik. I zawsze wtedy, wiedziony tak miłością do matuszki Rasyji, jak i pocieszony skromną satysfakcją ronił Wowa łzę wzruszenia… To była jego słabość. Dobrze ukryta i stanowiąca jego sekret. On, wszechmocny i mocarny, uwielbiał to, co w gruncie rzeczy było jednak obelgą dla każdego silnego człowieka czynu i możliwości. Składał to jednak na kark wieku i wielkodusznie sobie wybaczał. Bowiem wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy ma jakieś słabostki…

Wowa poprawił krawat i wygładził marynarkę. Już czas poplumkać na pianinie… Trudno, niech będzie. Ale myślami był już gdzie indziej. Wieczorem czekało go wystąpienie na ważnym szczycie przywódców kolejnego trójkąta albo kwadratu. Miał im do zakomunikowania rzecz ważną i podniosłą. Oczywiście, swoim zwyczajem, ujął to zwięźle i w postać zasadniczego pytania. I przez chwilę napawał się dumą, która wypływała z wagi wybrzmiewającego pytania. A miał Wowa zapytać: „Musimy sobie zadać pytanie, czy świat zmierza w kierunku, którego sobie życzymy”. Dobitna kropka i oklaski. I wątły cień uśmiechu, który rzeczowym kierunkowskazem dla prowadzących swe stada, jak orzeźwiający łyk kwasu chlebowego w upalny dzień. W gorączce tytanicznych zmagań o dobro ludzkości.        

o

Brak komentarzy

Poza umysłem nie ma nic. Nic jest poza umysłem.

- …Zupa ci wystygła…

wizyta

Brak komentarzy

Dylemat, o ile można tak powiedzieć, był błahy. Tiferet, szósta Sefira, najczystsza rozkosz Beriji, słała pozdrowienia. Archetypowy świat spełnienia, który wyłonił się z nicości niepoznawalnego, stanowiąc jego najwyższe i najbardziej harmonijne odbicie, muskał motylimi skrzydłami odwiecznej przemiany.

Westchnąłem, słusznie znużony, jak stary rabin. Bo widzicie, ja nie cierpię tych zaćpanych oczu wszystkich psychonautów. Nie tyle mierzi mnie brak przejrzystości, co to potwornie głupawe zadowolenie, które z energetycznej przyjemności podczas wyżerania ich jaźni.

Spojrzałem zmęczony.

Assur, nie assur. Gdzie on się szlajał? Msza gnostycka? Spojrzałem na niego współczująco. Cały ten nudny i sztywny ryt, który identycznie skostniały, co groza katolickiej mszy. Która hierarchia, jaki wpływ? Obliczyłem. Wenus w Raku, wiec niby OK. Odetchnąłem. A więc był czysty. Tylko to zaćpane spojrzenie… Ciągle żywię estetyczny uraz w stosunku do neofitów, pomyślałem znudzony.

Osobiście uważam, że powinni dyscyplinować się ascezą pustki, albo, w najgorszym razie, przynajmniej rozwiązywać sudoku… Jedni ociekają słodkością, inni galopują mentalną logoreą – po prostu koszmar…

O nic nie pytałem, rozłożyłem karty. No tak. Koleś inkubował jajo, ale z takim zapałem, że niemal się porzygałem. Oj, słono zapłacisz bratku, pomyślałem niemal mściwie.

Udzieliłem kilku skąpych wskazówek, naprostowałem parę aspektów. Ale widziałem wyraźnie, że tak się nachapał, iż powinienem mu zabrać torebkę z ciasteczkami menstruacyjnymi, które wkrótce zacznie lepić…

Mówiłem już, że nie cierpię tych psychonautów? Walą na oślep z Daat i sensowne w tym jest tylko to, że na oślep właśnie, bo jak niby inaczej..?

Ten był bezpieczny, ale brzydził mnie swoim entuzjazmem. Nawet ich nie lubię… pomyslałem skwaszony. A najgorsze było to, że im dłużej przebywam w towarzystwie takiego gościa, tym – siłą owojenia – prędzej go polubię. Smutne to, bo jedyne na co mam ochorę w stosunku do nich, to „plaskacz”, „liść”, albo spałowanie lekkim, pustym kijem…

Niech ci będzie. Won.

Nawet policzłem niedrogo. Wyszedł. Zamysliłem się melancholijnie nad tym nowym eonem. Jak długo jeszcze będę musiał znosić te przykre płody jego początku?

PS. Intelektualnie też mnie odpychają. Albowiem są tak głupi, jak subtelna jest „muzyka” Behemotha. Prawdziwa „harmonia sfer” ignorantów…

        


  • RSS