diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

w dupie

Brak komentarzy

Cóż… Nasz bohater nie był raczej międzygalaktycznym dyplomatą… Właściwie należy powiedzieć, że było mu obojętne kim był. W zasadzie spełniał jakąś rolę, ale jej zdefiniowanie podlegało synkretycznej wiązce bliżej niesprecyzowanego zakresu świała. Można powiedzieć, że świecił tu i ówdzie, lecz był jednocześnie kompletną ciemnością i ściśle czarną dziurą, która to świadomość manifestowała się czasami pragnieniem seksu analnego…

Dosyć osobliwa była forma jego aktywności, bo polegała głównie na nic nie robieniu. Skutkiem tego trudno powiedzieć, żeby manifestowały się przed nim jakieś przeszkody. Nasz bohater był osobą, o której swobodnie możemy powiedzieć, iż cechowała się pełnym wyluzowaniem. Jeśli pojawało się pytanie, pojawiała się też odpowiedź. Jeśli natomiast odpowiedź była nietrafna, nie przyczyniało się to do zmartwienia…

Dosyć łatwo oddać specyfikę tego zjawiska, a być może nawet charakter, jeśli posłużymy się przykładem z rozmowy:

- Zaratustra? Ach, tak… Czy nie uważasz, że on był odrobinę za nerwowy..? Mam na myśli fakt, że bardzo poważnie podchodził do swojego przesłania.
- Bo jego portrecista doświadczał wyjątkowego napięcia.
- Chodzi ci o syfilis?
- No niekoniecznie. Bardziej szaleństwo. Wiesz, te spacery ze świeczkami i świętymi obrazkami, aż w końcu nadzieja pokładana w koniu, że to szlachetne zwierzę ukoi lęk… Końska dawka, można powiedzieć…
- A dalczego właściwie szlachetne? Owszem, bydlę bywa narcystyczne, sporo pośród nich gwiazd, ale żeby od razu szlachetność…
- A oddanie na bitewnych polach, przyjacielska więź z najwierniejszym towarzyszem? Obrok jako order…
- No tak, tak… I jeszcze ten senator… Inci..
- Incitatus.
- No właśnie. Już trzy razy zapominałem, kiedy własciwie powinno się wymawiać w łacinie „k”, a kiedy „c”.
- Bolesny brak wiedzy.
- Cokolwiek, szczególnie na randkach… Jednak tak łatwo się zbłaźnić…
- Mówisz o sobie?
- Nie zaprzeczam, ale miałem na myśli Nietzschego.
- Sarmatę.
- Armatę.
- I syfilis.
- Nie, nie biorę pod uwagę rozmiaru i wynikającej stąd narcystycznej sublimacji, bo, po pierwsze, sam mam małego, a po drugie, jestem uzależnionym fanem psychoanalizy.
- Tak, to przykre.
- Jak alkoholizm.
- Jesteś niepijącym alkoholikiem?
- Wręcz przeciwnie. Jestem pijącym niealkoholikiem, bo to jedyna droga pokonania uzależnienia.
- Aha. Ale odbiegamy chyba od tematu…
- A co, spieszy ci się gdzieś?
- Do zobowiązań pionty.
- O, delirka.
- Ale bez dreszczy.
- Bo świeci słońce.
- No tak, tak… Oczywiście każdy z nas jest gwiazdą…
- Ale wyobraź sobie, że to raczej trudno zakomunikować koniowi.
- Czyli jednak bydlę?
- Szlachetne przez projekcję.
- Bydlęca ta nasza natura.
- A płacisz jak za zboże…
- Za owies.
- Obrok.
- Pomrok.
- No widzisz, też sobie zrymowałeś. Ale czy przypadkiem?
- Bo mam na imię Zygmunt?
- Dlatego też jest tu miejsce na naszą ulubiona zabawę. Kto wyznacza?
- Ja.
- Ty.
- Ty chcesz?
- Ja to ty.
- Dobrze, mój Zaratustro… Niech będzie wianek – planetoida.
- W ilu?
- Pięciu albo siedmiu.
- Proszę bardzo. Wianek – wiosna – słońce – przesilenie – precesja – przebiegunowanie – planetoida.
- I co z nią?
- Wianuszek, meteoryt, bum.
- Raczej płaskie.
- Nieziemsko.
- A w którym wymiarze?
- Oh, tego to już sporo. Myślisz o jakiejś konkretnej szkole, czy tak na bazie wyobraźni świetlistego ciała?
- Równaj do Zaratustry.
- Dobrze, mój Fryderyku. Ale czy dobrze trawisz szaleństwo?
- Rozczarowujesz mnie…
- Poczuciem humoru?
- Raczej jego brakiem.
- To przecież ty się nie śmiejsz…
- A komu jest do śmiechu z głową przytuloną do konia i w panicznym strachu..?
- Prostytutce, jeśli pomyśli sobie o misterium tremendum seksu.

Ważna jest tutaj uwaga, że nasz bohater zajadał się hamburgerem. Poplamił się też ketchupem i majonezem, bo spadł mu na koszulę kawałek sałatki. Zapytałem się więc, czy nie martwi go fakt, że najwyraźniej ulega podszeptom aktów, które silnym związkiem miłosnym między kultura masową i konsumpcją. Odpowiedział pogodnie, że w żadnym razie, bo zawsze wybiera te „hamburgery”, które są wytworem fantazji lokalnej przedsiębiorczości i nie mają nic wspólnego z produktami uznanych sieci. Dodał jednak, że zawsze stara się popijać je coca – colą. Zdobyłem sie więc na największą obelgę na jaką było mnie stać i powiedziałem mu, że hołduje tao. Nigdy więcej nie popełniłem tego błędu, bo musiałem zapłacić za kolejnego hamburgera.

Tuż przed swoją śmiercią nasz bohater przyszedł do mnie z książką po pachą. Co czytasz? zapytałem. Spojrzał się na książkę odrobinę nieprzytomnie i odpowiedział, że to pozycja z dziedziny biologii. Spojrzałem na tytuł, książka traktowała o DNA. Zaciekawiło mnie, co takiego studiuje. Odpowiedział mi, że chciał w końcu przyjrzeć się bliżej rysunkom, bo miał niejaki problem w narysowaniu spiralnej nici kwasu. Dodał też, że, niestety, już nie zdąży, bo bardzo gorączkuje i prawdopodobnie umrze po południu, więc przyniósł mi książkę dla mojego przyszłego pożytku. Miałem zamiar okazać mu troskę, ale byłem jeszcze trochę zaspany. A po południu już nie żył. Wczoraj, trochę pod wpływem wspomnień, otworzyłem książkę i zauważyłem, że marginesy pokrywają różne notatki. Były to uwagi, które odnosiły się do teorii o Świętym Graalu w krwi i jego ścisłym związku z DNA. Skąndinąd wiedziałem, że doszukiwał się go raczej w magii seksualnej i zdecydowanie kojarzył perłę z kobiecym śluzem. Byłem więc odrobinę zaskoczony, dopóki nie przeczytałem jednego ze zdań na marginesie. Brzmialo ono: „Kto stąpa po krokodylu, nie kąpie się w Nilu”. Pewnie nic wam to nie powie, ale tydzień wcześniej otrzymałem od niego różową kartkę z zielonym krokodylem. Prosił mnie w niej o oddanie do biblioteki książki, której wcale nie pożyczałem. A w post scriptum dopisał, że bibliotekarka jest urocza, ale z powodu przesadnego przywiązania do (tutaj trzykropek), odmawia seksu analnego. Na końcu zaś zawarł uwagę: „Trzeba mieć umysł otwarty na różne ciekawe teorie, bo nie wiadomo, które z nich i kiedy okażą się tyleż prawdziwe, co pożyteczne. Powodzenia, bracie!”. Spojrzałem więc na pierwszą stronę książki i zobaczyłem stempel lokalnej biblioteki. Denerwował mnie jednak fakt, że nie mogłem namierzyć linku pomiędzy krokodylem a Nilem. I być może to odrobinę nieładnie z mojej strony wobec pamięci o zmarłych, ale pomyślałem sobie ze złością, że trzeba mieć naprawdę wszystko w dupie, żeby tak umrzeć bez ostatniego wyjaśnienia… 

Tyle się wydarzy, że nikt tego nie zauważy…


  • RSS