diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2011

przeciw pogardzie

Brak komentarzy

Wojewódzkie Uroczystości Dożynkowe z udziałem wicepremiera waldemara Pawlaka

11:00  -  Zbiórka pocztów sztandarowych i delegacji przed Szkołą Podstawową w Bednarach-Wsi

Nie mogłem się już doczekać, ale do 11:00 została jeszcze godzina. A co dopiero do 20:00…  Mniejsza z tym, bo i tak szykowało się sporo atrakcji. Na początek miałem dźwigać wielki sztandar i kroczyć na samym czele przemarszu Pocztu. Miałem białe rękawiczki i czarny garnitur, w którym prezentowałem się zabójczo. Justyna zmięknie.

11:20  -  Przemarsz do kościoła parafialnego

Nie pomyliłem się, bo w drodze do kościoła dziewczyny prawie jęczały, a Sławek, molestowany przez proboszcza ministrant, patrzył na mnie z nienawiścią.

12:00 – 13:00    -  Uroczysta Msza Święta w intencji wsi i ruchu ludowego (taca przeznaczona dla powodzian)

Organista nie wytrzymał presji wizyty premiera Pawlaka i wzruszony walił w klawisze jak nawiedzony. Być może tłumaczy to fakt, że ostatnio lekko ogłuchł, ale dodatkowy znak zapytania postawiła przewrócona w ciszy modlitewnego skupienia pusta butelka.

13:00 -13:30 – Przemarsz na miejsce uroczystości; złożenie kwiatów na cmentarzu żołnierzy września 1939 r. i zmarłych strażaków

Znowu przemarsz. Strażacy ubrani bardzo odświętnie, ale w galowym mundurze jest tylko premier. Przedwczoraj spłonął budynek OSP, w którym strażacy przetrzymywali wyposażenie. Jak płonie remiza, to nie ma komu gasić.

13:30 – 14:00  -  Obrzęd Dożynkowy w wykonaniu zespołu â  Boczki Chełmońskie”

„Boczki” dały czadu. Same grube dziewuchy, cały zbiór starych panien. Premier lekko skrzywiony. Podobno jego gust jest mocno wydelikacony. Jadźka, koleżanka jego byłej żony, plotkowała, że on teraz to tak jurny, że już tylko na chudą żonę… A kondomy to podobno sprowadza z Azji.

14:00-15:00   -  Część oficjalna uroczystości:
- odśpiewanie hymnu państwowego,
- powitanie uczestników,
- wręczenie odznaczeń,
- przemówienia okolicznościowe,
- odśpiewanie Roty

Z hymnem był problem, bo wszyscy znali tylko jedną zwrotkę. W końcu pociągnął proboszcz: Boże coś Polskę. Z rotą było lepiej, ale po drugim wersie przeszła w międzynarodówkę. Zmieszanie pominięto milczeniem.

17:00   – 17:15   – Wręczenie podziękowań wykonawcom wieńców dożynkowych

Tej częsci wielu już nie pamięta. Najgorzej było z Władkiem, bo jak wręczał wieniec dożynkowy, to obrzygał czerwone buciki takiej dupie ze zlotymi warkoczami. A wtedy Józek zaczął skandować: gorzko! gorzko!

17:15  -  19:00   – Gwiazda Wieczoru – Zespół ABBA

Wszyscy czekali na ten zespół, ale okazało się, że organizator zgubił płyty. Zagrała kapela Janka – Białego Misia i Złoty krążek. Bisowano sześć razy i nikt nie chciał puścić ich ze sceny. Wszyscy krzyczeli: Abba! Abba!  A najgłośniej premier.

19:00  – 19:15  -  Finał loterii fantowej

Justyna wygrała na loterii, ale wcześniej ktoś zażądał od niej fanta. Dała pantofelek, a potem gdzieś przepadła. Wróciła cała czerwona i z potarganymi włosami. Na nodze miała pantofelek, a w dłoni ściskała kluczyki do nowego Tico. Premier Pawlak też był czerwony i poprawiał krawat. Justyna powiedziała, że zabierze mnie na wycieczkę, jak kupię paliwo.

2000   -   Zabawa ludowa w OSP Bednary-Wieś

Poszedłem z chłopakami z OSP po karnister benzyny. Początkowo miałem zamiar podpalić tę jej słomę z bucika… Ale trochę mnie poniosło, więc koniec zabawy był huczny, bo nie zabrakło fajerwerków…

Jaki on był elokwentny. No, może raczej bardziej gadatliwy. Sympatyczna i budząca zaufanie aparycja, stosowne tony konwencjonalnie przyjętej hipokryzji, własny interes na tapecie zatroskania. A jednak. Nie przekreślało to blasku ogólnych walorów, które każdemu kazałyby (dopuszczalne w scrabblach) powiedzieć: Ale ten Andrzej… Andrzej to szatan! Siedział więc pod tramwajową wiatą i sączył miód w głośniczek dotykowego – srotykowego gówienka – cudeńka. Ależ, jasne, oczywiście, no co ty, no przecież, pewnie, niedługo, a jakże!, hej hej, już, za chwilę, nie, niestety, to już docent, ha ha ha, sra ta ta. Nawet nie próbuję sprostać tej wyrafinowanej formie dwukrotnie podniesionego do potęgii rafinowanego wyszukania. Parowóz elokwencji, inżynier inteligencji i co tam jeszcze chcecie i sobie życzycie.

Siedziałem. Bezwiedna, skazana ofiara. Obok.

Na przystankach są teraz elektroniczne tablice, które pokazują aktualny czas odjazdu zacnego pojazdu. Trambambaju. A właściwe to tylko jedna. Jedna tablica, bo mieszkam w metropolii. Tam jej akurat nie było.

Słuchałem z podziwem, prześledziłem całą drogę uniwersyteckiej kariery, poznałem odsłonione (dopuszczalne w scrabblach) i ukryte żądze. Miejska Kabała linii numer „2″.

Czy zostałem zauważony, dostrzeżony, doceniony? Tak i skądże. Jako obłok powietrznego oparu miejskiej synestezji, jako przecinek w terminarzu podróżnego, jako alef rozchodzącego się miazmatu ogólnych poruszeń sumienia wobec rozedrganej pustki sosnowego igliwia miejskiego lasu. Czy aby to zdanie, Wojtusiu, nie jest przypadkiem za długie? Otóż on sobie tego pytania nie zadał. Nie zadał sobie żadnego pytania, a pytał, nie udzielił żadnej odpowiedzi, a na wszystko odpowiedział. Szczęściarz, lucky – ludzki, luminarz, rottwailler sukcesu niestereotypowego zapomnienia. Kanalizator potrzeby wyparcia? Asocjacyjny tłuk jestestw przyszłych w czasie minionym. No dobra. To już wiecie, że cierpiałem.

Motorniczy podjechał z najwyższym impetem ruchu jednostajnie prostoliniowego i z jego oblicza poznałem, że takimż cieszy się charakterem, który w termosie z kiełbasą w parówce bułki. Koniec męki! Zgiń, przepadnij sympatyczny wykładowco zużytych ręczników lokalnej akademii platońskiej, w doodbytniczym szale gromadzenia esejów analitycznej obsesji wg interpretacji dr freuda. Pieniądze dają szczęście, gówno śmierdzi, a wszystko to łączy się na trawniku w symfonię zmysłu i papierowej torebki pt. „To nie jest kupa roboty!”. Łopatka została w domu. Jest gwarantem powiedzenia: „To na szczęście!”; tak bardzo cenionego przez Niemców.

Koniec. Wyzwolenie. Howgh za 2, 40 i z własnym miejscem obok przyjemnie rozpachnionej, seksualnie spragnionej, odwiecznie stłumionej rudej Polki alias Natura.

Niestety. I trudno. Oraz na szczęście.

Bo i A usiadł na przeciwko. Nie przerwał, skądże, nabrał ropędu, polotu, dryfuje w tonacji rozwibrowanego śmiechem dźwięku rozsypanych klejnotów. Miasto klejnotów. Hara bez samuraja. Luz blues, jazz pomiędzy, jestestwo pogodnej jesieni, złoto, podczaszy, poezja, tradycja, smak, a nawet kropla wynurzenia. I ach, z kimś się umówił.

Ja ponuro patrzę w szybę. Mrugam w okienne zakamarki. Dobywam troski bydlątka na karuzeli Fortuny; czy aby mleczaki w chusteczce wróżki Zębuszki przeczą stomatologicznej warstwie w zębinowej pasji do okostnej? Bo wiecie, to jednak nie byle co. Tytuł magistra mówi sam za siebie, a nawet pomiędzy. I słucham, tak bardzo jestem spragniony nauki, tak bardzo w jesieni mojego życia tęsknie do prawdy i mądrości…

A on rzuca cześć, a ja nie wiem, że on się właśnie umówił. Za dwa przystanki z hakiem, i wsiada ona. Ach, doktor, profesor i Pani, polubownie umalowana, jeszcze już zdeterminowana i bez oporów oraz w komunikacie. Ona komunikuje. Ona, tak receptywna, tak zaiste diametralnie przyspawana do właściwego bieguna opcji pozamacicznej w jajowodzie jądra minionych wieków, bez atrybutu stałej konotacji w zewsząd sprzymierzonej naturze prozelitycznych odnóg nieskonkretyzowanego przeczucia. Czy ja przesadzam? Ależ skądże, ja tylko stenografuje intuicję, tak głośno oznajmioną, aż po bezbłędnie  wyrażony w seksapilu i entuzjastyczny krzyk!

Oni rozmawiają. On mówi, ona komunikuje. Gwiazdy, planety, to wszystko kręci się dla nich. Spiralnie, bezprzesadnie, niedosadnie, poza egzaltacją i okołowiecznie w linii prostej. Ach, już, nuże.

Ale co to. Coś ucichło. Wycofało się ogólne przesłanie, nastał szept. Niby polubowny, ale jeszcze już nie, w trakcie jakby gwałtownego porywu, wichru półnamiętności w ćwierćnutach, Coś szybuje, kołuje, ale niechętnie, jakby zewsząd, jakby już piekło się sprzysięgło, jakby bez koniecznej konotacji w kołonotatniku.

Zgubiłem się na chwilkę, oddaliłem, to przecież tak nieładnie podsłuchiwać…. I tak! Oni już wysiadają! Miny, bez żadnej przesady Marsowe i ona w zająknieniu. Gwałtownym, sugestywnym, namiętnym i gniewnym. Parska, prycha, czule śpiewa w rytmie tempa. Ta opera, ta ona, ten on, upiór więc, przypadek, chaos nagle a jego geniusz.

- Teraz mi mówisz?! Nagle?! Wczoraj rozmawialiśmy i nic, a teraz nagle mi komunikujesz, komunikujesz mi..?!
- Miałem przemyślenia – ponuro, na wykroku, w determinacji jego greckiego oblicza.

A ja płaczę. Teraz płaczę. Nie mogę się powstrzymać i nie chcę. Oni byli tacy szczęśliwi… Jeszcze pięć minut temu… Przecież dla nich cierpiałem, ich zbawiłem, oni przeze mnie odkupieni, oni nieodłączną ofiarą serca mojego w kraju moim… Ożeż ty, kurwa, ale się zagalopowałem i skąd to…skąd ta inspiracja dziwna taka „wyborcza” popłynęła, niechciana, skrytykowana… kontroler przecież, z biletem jadę… Ale płaczę. Ich szczęście w kraju moim, ja nóg jej tykałem… Nie, to już koniec, poszli. Sześć kroków od trambambaju. I za chwilę już burza, burza będzie i przez nich spowodowana. Jak nic, jak w mordę strzelił. Tak, już, już się chmurzy, burzy, gburnie wszystko przemawia, kropli, pada, leje, grzmi…

I oni mnie tak właśnie zostawili. Porzucili. Z pointą przyspawana do kory mózgowej, z pałeczką rzuconą na membranę ucha środkowego i  młoteczkiem uparcie stukającym w trzecie oko.

I co? Co mam powiedzieć? Do niego, do niej? Do siebie czyżby mówię?

To ego, kolego. Twój zbędny dodatek do fastrygowania uszytego garniturku. Twój szkocki akcent w Zakopanem. Pilot Pirx sefirotycznej dialektyki w ogrodzie rzekomej Gramatyki. Jej na czerwono pomalowane paznokcie u pięknych stóp dojrzałej pięćdziesięciolatki, będą dzisiaj martwym wytworem zrogowacenia skóry. A ty będziesz małym masochistą swojej dominy. Czy było warto?

No cóż, nie mogę odpowiedzieć inaczej, jak tylko:  Homo sum; humani nihil a me alienum puto (podkreślam ostatni wyraz homofobicznym akcentem: Jesteś mężczyzną, kobieto!). 


  • RSS