diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2012

urlop

Brak komentarzy

Pogoda brzydka
Mam ładny parasol
Może odwrotnie

pszczelarz

Brak komentarzy

Dziewczynka ma bal
Jest pszczółką
Nie szukaj miodu

kino

Brak komentarzy

Ekran i projektor
Światło
Ale fajne filmy!

gaśnica

Brak komentarzy

Zdmuchnij płomień
Serca
Wywołasz pożar

dedykacja

Brak komentarzy

Ryszard Cieślak wszedł w ogień
płonął na scenie

Zerwij aktorowi maskę
czy zobaczysz oparzenia?

z drzewa

Brak komentarzy

Pracuję po to, by raz w tygodniu móc o tym zapomnieć. Mam mnóstwo w sumie niepotrzebnych mi rzeczy, którymi nudzę się po tygodniu, więc muszę sobie kupować następne. Chcę łatwego życia, więc nie czytam zbyt dużo. Wolę oglądać filmy i to takie, w których coś się dzieje. Nie wysilam się, bo to nie ma sensu i prowadzi tylko do problemów. Znam takich, co dużo się naczytali i bez przerwy pierdolą bez sensu. Bez wątpienia mają nasrane w garze. Rozrywka nie polega na myśleniu, bo myślenie boli. I nawet każdy guru przyzna, że jest zbędne. Ja tam nie medytuję, bo nie mam takiej potrzeby, a poza tym uważam, że to bez sensu. Śmiercią to się zajmowali w ponurym średniowieczu i nic dobrego z tego nie wyniknęło. Wie coś o tym taki napakowany wiedzą mediewista jak Eco, ale on wkrótce umrze, bo ma już osiemdziesiąt lat. I po co mu była cała ta wiedza? No, fakt, przynajmniej miał z tego kasę. Ale jak coś zaczyna pieprzyć, to ja i tak nic z tego nie rozumiem, więc dla mnie żadna strata. Umrzeć i tak każdy musi, a co jest potem to nie wiadomo. Ja zresztą o tym nie myślę, bo nie ma o czym i ten temat mnie nie interesuje. Interesuje mnie życie, łatwe i przyjemne, bo tylko takie jest ciekawe. Nikt chyba nie marzy o byciu nędzarzem, co? I żeby nie być nędzarzem potrzebna jest kasa. Pewnie, że lepiej by było być bogatym i nie pracować, ale to się nie sprawdza. Muszę więc pracować – no to pracuję. Mniejsza o to, co robię, bo na brak pieniędzy nie narzekam. Może i nie do końca lubię swoją robotę, bo muszę się zmęczyć, ale lekko nie ma i nikt nie powiedział, że będzie. W wolnym czasie trochę pakuję, więc nie wyglądam źle i laski też nie marudzą. To wszystko.

Ale wczoraj spotkałem takiego kolesia (kurwa, naprawdę nie wiem jak można być tak chudym. Aha, nie powiedziałem, że to było na siłce), co machał takimi małymi hantelkami dla dziewcząt i gadał z kolegą. Trochę posłuchałem, bo zaciekawiło mnie jak mówił o byciu „bogatym”. To znaczy on głównie mówił  – Jezu, gadał chyba z pół godziny – o tym, co to słowo oznaczało kiedyś, czyli – jak się pewnie domyślacie – w mrokach średniowiecza (stąd też wiem o tym Eco). I kiedyś to słowo, „bogaty”, znaczyło… No zaraz. Bo to słowo pochodzi od „boga” i być „bogatym” znaczyło widoczny przejaw jego łaski. Znaczy się, że takiemu gościowi nie tylko dobrze się powodziło (bo na to to wszyscy wpadli dopiero jakiś czas potem), ale że kolo był cały happy w intrygujący sposób. Dacie wiarę? I z ubóstwem to samo, tylko odwrotnie… Mnie się to za bardzo w pale nie mieści. Bo on był bogaty przez coś, co jak wiadomo nie istnieje. A więc można powiedzieć, że cieszył się jak głupi do sera i to mu zjednywało ludzi. Taki idiota znaczy się i gorszy jeszcze od tych różnych pajaców w tele. Ale najbardziej jednak wstrząsnął mną ten obraz, obraz, że tak powiem, o fundamentalnym znaczeniu. Że można było kogoś uznać za bogatego na podstawie niczego. Rozumiecie? Nie o to mi chodzi, że facet cieszył się jak idiota i było OK, bo przecież idioci to zawsze i tak się cieszą, tylko że komuś przyszło do głowy mieszać bogactwo z niczym. No może i nie z nędzą, bo tym „bogatym” jednak jakoś dobrze się powodziło, ale z czymś, czego nie ma! Trochę mnie to zainteresowało, więc kupiłem sobie książkę tego Eco.

Strasznie gruba. Głupi nie jestem, ale jak zacząłem czytać, to miałem mu ochotę pierdolnąć i posłać rachunek za książkę. Na początku opisywał jakieś wahadło, którego punkt zawieszenia staje się jedynym nieruchomym punktem w całym wszechświecie, czy jakoś tak. Niestety nie zrozumiałem, a czytałem ze trzy razy i nawet sprawdziłem w wikipedii. A rozdział zatytułował „Kheter”. To też sprawdziłem. I dowiedziałem się, że chodzi o jakieś drzewo… Raz piszą, że życia, innym razem „kosmiczne”, co i tak bez znaczenia, bo zrozumieć tego nie sposób. Ale każdy następny rozdział tytułował z tego drzewa. Pomyślałem sobie, że z drzewa w końcu zeszliśmy, więc może to i trzyma się kupy. Zaraz potem pożałowałem udzielonego kredytu zaufania, bo w życiu nie czytałem tak popierdolonej masakry. Ale idzie to jakoś tak: spotyka się trzech cieniasów, najgorszych pod słońcem moli książkowych i zaczynają snuć jakąś historię o templariuszach (znałem z „Pana Samochodzika”), przez którą to historię w końcu jeden z nich ginie, drugi umiera, a trzeci ucieka, bo dopadają ich psychole szukający skarbu templariuszy, co uwierzyli w tą wymyśloną historię. I jeden tylko opis takiej fajnej laski, co odpadła na ichniejszej dyskotece i chciała się ze wszystkimi wybzykać, a potem zwiała ze wstydu. No. A pomiędzy jakiś marksizm, graal, homonkulusy, druidki… Ja pierdolę.

Nic z tego nie skumałem, więc sięgnąłem do opracowania. Słuchajcie, ktoś potrafił napisać o tej kiążce tak, że zrozumiałem z tego jeszcze mniej niż z samej książki! Linijki nie skumałem i to ze słownikiem w ręku! Bo co słowo, to konieczność nowej książki, a do każdej z nich dziesięć następnych i tak, kurwa, bez końca! Ale wjechali mi, żule, na ambicję i postanowiłem się dowiedzieć. I teraz uważajcie, bo to doprawdy niewiarygodne. Podszedłem do tego kolesia na siłowni i wyłożyłem mu w czym rzecz. A w trakcie zgadało nam się, że moja dupa właśnie zaciążyła i ma do mnie pretensję, że nie założyłem gumki. Nie wiem dlaczego mu to powiedziałem, ale tak jakoś wyszło (bo był sympatyczny i jakoś tak stale uśmiechnięty). A ten skurwiel, słuchajcie uważnie, uśmiecha się na całą szerokość tej chudej gęby w okularkach i podnosząc palec do góry mówi mi, że „O, o to właśnie chodzi! W tym cała tajemnica. Malkuth wieńcząca akt współkreacji i na zachodzie nie ma więcej czego szukać!” i ściska mi serdecznie rękę… Jak mu nie wyjebałem…

I teraz do rzeczy, bo ciutkę z tego zatrybiłem. Jak mu wyjechałem z bańki, to poszły z trzy zęby na raz. Myslałem, że sprawa się potoczy, będę miał kłopoty i mniej łatwe i przyjemne życie. Ale on, uważajcie, ledwo co otarł sobie juchę z ryja i zaczyna mnie natychmiast przepraszać… Że nie chciał, bardzo mu przykro, źle go zrozumiałem i cały czas uśmiechnięty, tylko teraz już szczerzy te krwawe szczerby. A na koniec pozbierał wybite zęby do chusteczki i powiedział, że da mi w prezencie książkę, która miał w szatni… I dał mi taki cienki zbiorek trzylinijkowych wierszyków… Nic już nie mówiłem, bo i tak miałem wiele szczęścia, jako że wujek tego kolesia był protetykiem i wyszło całkiem tanio. On natomiast na odchodne powiedział, że te wierszyki są o pustce…

Słuchajcie, nie będę wam tych wierszyków cytował, bo żaden nie ma sensu. We wszystkim ich autorzy widzą pustkę i nawet jest jeden o pustym bzykaniu. Ale coś mi się w głowie razem zbiegło do kupy i połączyłem rzecz w całość. Widzę to tak: pustka to w końcu „nic”, więc nie trzeba niczego szukać i tym się przejmować (łatwe życie!). A kto niczego nie ma, to musi mieć pusto w głowie, żeby się z tego cieszyć, więc może się śmiac jak głupi do sera (jak ten szczerbaty idiota..). I skoro nic nie rozświetlało średniowiecza, to nic dziwnego, że był tam mrok…  

Dodam jeszcze, że po zejściu z drzewa jakoś inaczej patrzę na drzewa. Bo tak przyjemnie jest oddychać w drodze do sklepu, gdzie kupuję tony mleka dla córeczki. A z mleka, jak wiadomo, wyrabia się ser…

przekład

Brak komentarzy

Gdy los i ludzie częstują mnie wzgardą,

:@ ://

Chcę miłosierdzie wzbudzić w głuchym niebie;

:* :/

Płaczę i żalę się na dolę twardą,

:(( :/

I klnę upadek mój patrząc na siebie.

:@ :(

Chcę mieć bogatszą nadzieję przyszłości,

:)) :?

Mieć rysy innych i przyjaciół rzeszę,

:* :)

Dobra jednego, innego zdolności,

:? ;)

Gdyż tym, co moje, zgoła się nie cieszę.

:/

Lecz gdy od myśli tych brzydnie mi życie,

://

Wraca o tobie myśl, a moja dusza
:?

Niby skowronek zrywa się o świcie

;)

I hymn podnosząc, bramy niebios wzrusza;

:* :)

Gdyż twej miłości najsłodsze wspomnienie

:** :/

Sprawia, że z królem losu nie zamienię.

:) :*

cv

Brak komentarzy

Strumyk z dzieciństwa. Szemrząca kraina baśni obfitująca w smukłość ważek i i fi – glarną fantazję bujnej zieleni roślin. Tak… Dalej piękny sad, wiekowe drzewa, których rzeźba kory pobudza wyobraźnię i tworzy religijny instykt. Tak… Nad tym dzieciństwem teraz zadumany wciąż do niego powracam, bo tam żywotne soki piękna, które pozwala iść przez życie i nie trwonić dobra w zderzeniu z brzydotą, gminną podłością, szkalującym obrysem wszelkiej historii i ideologii. Tak… Zanurzony w tym dzieciństwie, w poezji jego wyobraźni, w mitotwórczym bezpieczeństwie beztroskich przygód czystego umysłu sięgam pierzastych chmur i kolorowych archipelagów, po których żeglowałem myślą wpatrzony w przepastny błękit wiecznego niedopowiedzenia. Tak… To wszystko wciąż tak żywe we mnie, jak niespełnione jeszcze pragnienia, co płoną ogniem pożądania w apetycie miłości na miłość. Tak… Dalej ona, czyli anioł i kolce róży oraz słodycz słona dorosłości w niedojrzałości i odwrotnie. Tak… Klęski, sukcesy, zwątpienia, porażki, zwycięstwa, błahostki i tonaż absolutny rzeczy pozostałych. Eksplozje radości, cieniste krainy smutku, muł i błoto, rwąca bystrość górskiego strumienia ach. Tak… Troszkę też po bandzie przez cynizm, pychę dla otuchy, przyjemność samodoskonalenia i fotografię nędzy. Tak…

No dobra. Tak naprawdę nie było żadnego strumyka, ani nawet brudnego stawu z gnijącymi liliamii. Był ściek wiodący do rynsztoka. I jedynie wart zapamiętania bruk kocich łbów. Czy grał refleksami światła po ulewnym deszczu i w prześwicie słońca? Zapewne. Lecz ups, sprawa niewarta zachodu, bo żeby to opisać trzeba się pofatygować percepcją w przestrzeń wolną od daltonistycznego nazewnictwa. Ale dołożę końskie kupy dla osłody. I wszystko to uczy niebywałej wytrwałości w introspektywnym doświadczeniu subiekta nicości, który kieruje obiektyw na ciszę wewnętrznej niszy przetwania. W tym zaiste można dopatrzyć się obiektywnego trudu uogólnienia dla dobra ogółu, trzeba tylko użyć dziecięcej wyobraźni…

Co za horror. Czy wyobrażacie sobie tak okaleczoną istotę? Nieszczęśnika okradzionego z wrażliwości, z której niewyczerpany kosz darów i błogosławieństwo przyszłości? Żadnych sadów, leniwych rzek skąpanych w cudownych blaskach zmieniających się pór dnia i nocy? A tylko coca – cola w deficycie, bo trudno dostępna w sklepie z oranżadą i kiszoną kapustą oraz waflami „andruty”. Co za groza… Jak tu spojrzeć na wiek z perspektywy ludzkości w jej utrudzonej naturze, zawiedzionych nadziejach, prozie rozczarowania i nieujarzmionej woli życia? Gdzie wielkie konflikty, tołstojowe kolumny doświadczeń, płomień duszy w zgiełku bitewnej zawieruchy lub… Ech i e..tam?

No tak się składa, że nie chce mi się dalej. Nędza jakąś wytyczną, albo łączenia chodnikowych płyt. Bezmiar chodnikowych płyt, jak ocean szarości, jak brunatna coca – cola spływająca strugami po szybach okna.

Aha, byłbym zapomniał po co to piszę. Przypominam więc ciężkostrawnym przeniesieniem duchowym. Proszę odnieść pierwszy akapit do logiki sporządzania CV.

…I w morzu tego pojęciowego szlamu, jak w potokach łez… Niekiedy trudno nie ulec pokusie, żeby skwitować takie, bądź co bądź, szczere i uczciwe poszukiwania konstatacją, że oto mamy do czynienia z niekłamanym zapałem idioty… Bo jak inaczej..? Mamy takiego wielce szanownego starego pryka, który całe życie poświęcił dociekaniom filozoficzno – religijno – gnostycko – i Bóg wie jeszcze jakim, nie marnując chyba żadnej z okazji, żeby to wszystko dla świata spisać w swoich duchowych dziennikach. A te dzienniki, o matko, przykładna bazgranina ślepca w oparciu o ścisły konstrukt pojęciowy, który świeci żarówką w oczy. Pięćdziesiąt lat pyka sobie taki człek z fajki i rozważa swoje powroty i oddalenia na ścieżce buddyjskiej, podobieństwa do tantry w swoich próbach z różnych szkół inicjacyjnych, systemów medytacyjnych i tym podobnych bzdur. Gęsto podlane sosem z łaciny, greki, lubo sanskrytu a to w niemczyźnie gustownie przedwojennej… Corpus zwarty, higieniczny i z wybiegami wzlotów w krainę poezji, która dystansuje od okropieństwa jungowskiego języka. Z czego na końcu dowiadujemy się, że niczego się dowiedzieliśmy, ale taka to już tajemnica człowieczego istnienia – zaglądanie za zasłonę, przyjścia – przejścia etc.

Albo o iluminacji. No łaził po górach, wcześniej lata medytował, ba! właśnie rzucił palenie – wszystko się zbiegło. I zajaśniał, jaśniał dwa dni, co skrupulatnie zapisał, a i u ludzi można było wtedy zauważyć widoczny szacunek dla światła i choć ujawniany z podświadomego poziomu, to jednak w należnym, widocznym i kornym respekcie. Następne dwadzieścia lat nic, ale wciąż ta sama żmudna praca. A o tym to Nietzsche, a o tym to Bergson w kawałku, a to to już z Wed, to natomiast ewidentnie manichejskie…

Że tak powiem, ja pierdole. Byle patałach od gelugpów, po szkółce pomiędzy zmywaniem miseczek, więcej doświadczy „łaski” po jednej sesji z kołowrotkiem, niż ten pan wydmuchujący anioły z fajki przez wiek niemal swojego pracowitego życia.

Autorytet. Pokorny. Zna swą małość. Nie w nim wielkość. O matko…

A mnie trapi ta różnica, co tak nagle jawi się w brzasku istotnego rozróżnienia… Różnica między panem od fajki i użytkownikiem awatara „wojtek.kocham rozwój duchowy”, który cztery razy w tygodniu zamieszcza na swoim blogu sążniste prawdy o medytacji i co czwartek odkrywa sens absolutu. „wojtek.kocham rozwój duchowy” siada na piętnaście minut na poduszce i wtedy przychodzą mu do głowy zaskakujące i bardzo odkrywcze rzeczy, które natychmiast musi upublicznić w trosce o to, żeby prawda nie przepadła. A czasami to nawet nie nadąża. Bo w ósmej minucie odkrywa istotne powiązanie między Czerwonym Kapturkiem a psychoanalizą, a w dziesiątej wbija się w sekret piątej czakry i stąd w kolizji, po kwadransie, rozgorączkowany pisze o marności konsumpcyjnego stylu życia.

Niby jakość „tych” medytacji obydwu panów zasadniczo różna, ale efekt już niekoniecznie. Pierwszy opuszcza i wraca do „buddyjskiej ścieżki” w cyklu pięcioletnim i koncentruje się na ponurym wymiarze hinajany, tłumaczonej z najstarszych pism sanskryckich, przez następne pięć lat dla kolejnych pięciu zdań bez sensu, a drugi odkrył właśnie ścisłą relację fizyki kwantowej z własną percepcją, co zmusza go entuzjazmem do natychmiastowego skorygowania starych przekonań i w końcu wielkiego urzeczywistnienia prawdziwego wyzwolenia, które zamanifestował w trzech nowych notkach.

I być może jeden z nich jest bardziej stabilny, bo prawidłowo przyjmuje założenia, myśli poprawnie i cieszy się większą swobodą aparatu pojęciowego. Można też przypuścić, że „wojtek.kocham rozwój duchowy” po upływie pięciu lat skończy raczej z piwem przed telewizorem i będzie rechotał z kolegami na temat swoich minionych poszukiwań oraz pocieszał się młodszymi kobietami i nowszymi samochodami, co dla drugiego tylko w odsłonie uwiedzionych autorytetem pensjonarek…

Medytacja. Co za tajemne słowo. Recepta na wszystko i ponad wszystko. I o co w tym chodzi. Medytuję, medytujesz, medytuje, medytujemy…

Na czym ta medytacja polega. W pierwszym przypadku na pochłonięciu sześciu tomów o siamacie (ups) i vipassanie w sanskrycie i dłubaniu w fajce. W drugim starczą trzy książki, chwila wizualizacji i mruczenia i już mamy strumień tego bełkotu, który początkowo miał być dyscyplinowany. W pierwszym przypadku został zdyscyplinowany i podany w pojęciowym rygorze spekulatywnej paszy, w drugim – niczym wytrysk.

A co odbija ten umysł, który już nie docieka i który do niczego już nie biegnie. Spokój. A co jest tego wglądem. Radość. A jak się przejawia. Pod wspólnym mianownikiem ładu. Doświadczenia harmonii. Czyli że reszta złudą.

Ho ho ho. To nie może być takie proste. Bo i nie jest. Wiem! Jest znacznie prostsze! To jest prostsze, to prostota! Idę zapisać: To wszystko jest takie proste! Prostsze niż wam się wydaje. Wam się wydaje…

- Ja to czytam z pewnym niesmakiem, ale i nadzieją… Bo w końcu tym się zajmuję przez całe moje, długie przyznam, życie, choć wiem już teraz, że nie można udzielić żadnej prostej i łatwej odpowiedzi, co więcej… Żadna z odpowiedzi donikąd nas nie zaprowadzi, być może będzie dobrą wskazówką…  – Ale pan mądry, panie profesorze…  – O, mam dystans do swojej postaci starego mędrca, w który to archetyp ludzie zwykli mnie najczęściej wpisywać z racji mojego wieku…

To dlaczego „tu i teraz”. Bo nie „tam i wtedy”. Ale…

Ale dlaczego to jest takie trudne. Bo ja na przykład od pięciu lat powtarzam sobie magiczne słowo „zen”. Wiem, że bez sensu powtarzam, bo jestem już od dawna oświecony, właściwie to zawsze byłem… I dlatego właśnie bardzo ostrożnie przechodzę przez ulicę nawet wtedy, jak nie przejeżdża żaden samochód. Dlaczego? Bo pod samochód można łatwo wpaść. Zen. Nawet jak przejeżdża, to słyszę takie „zzzen”…

A ty? Ja ruszam nogą jak siedzę, tak jakbym miał pod stopą perkusyjny pedał… Ooo.

Czyli że?

No nie potrafimy. Ale wiemy. Albo chcemy… „Chcemy”.

To co? Mam w ogóle nie myśleć? I tak się nudzić? O matko…

Nie… Najpierw poczytałem, potem przemyślałem, następnie wiele medytowałem, a teraz to już piszę… I dopiero teraz widzę swoje wcześniejsze błędy. Tak to już jest, to rozwój duchowy… kocham go. wojtek. Aha, zapomniałem o najważniejszym: ja już nie myślę!

Czas na pointę.

Sorry, nie wyszło. To przez karme…

na szaniec

Brak komentarzy

Pani Genowefa Tkaczyk zaprojektowała obok swojego miejsca zamieszkania kamienny ogród zen. Nie znamy jeszcze przyczyny wybuchu tej zgoła nagłej twórczości pani Genowefy. Niewątpliwe coś jej odpaliło. Można mieć pewne zastrzeżenia do warstwy estetycznej, jako że daleko jej do wyrafinowanej estetyki prostoty, która korzeniami w – popełnijmy drobne nadużycie – krystalicznie czystej pustce. Wzięła Genowefa grabie, wiadro z węglem, oraz trochę kolorowego żwiru. Nie myśląc wiele (sic!), pomachała grabiami i z zamachem godnym swojej krzepy energicznej siedemdziesięciolatki, walnęła tu i tam bryły węgla obok naturalnie osadzonych w podwórzu kamieni. Efekt zadawalający i nawet jakoś tak przyjemniej TERAZ wylewać pomyje.

I do tego „TERAZ” od pomyj właśnie pani Genowefy, przyczepiła się jakaś wielce szanowna doktor z uniwersytetu, co była w Japonii, widziała wszystkie ogrody i wie na ten temat więcej niż świętej pamięci Shunryu, co to zwykł odlewać się na głazy zawsze, ilekroć nadmiar sake przypominał mu o złym stanie jego prostaty.

A na imię tej ladacznicy było Małgorzata. Jak tylko zobaczyła ogród pani Genowefy – a wszędzie, w każdym parku, widziała te ogrody, bo stale o nich myślała i pisała – to natychmiast skrystalizowała (o Boże! znowu) kiełbie we łbie (tak to określiła pani Genowefa) i spłodziła konspekt eseju zatytułowany „Prymitywistyczny ogród zen w strukturze nieuświadomionego wpływu”. I dalej deptać pani Genowefie ten ogród, coby zdokumentować materiał przy pomocy niezwykle precyzyjnie skonstruowanego japońskiego aparatu cyfrowego. W dodatku, pani Genowefa opowiadała, na każdym kamieniu posadziła taką japońską zabawkę kiwającego się Bodhidharmy, która w zamyśle podobna do znanej każdemu porządnemu człowiekowi matrioszki.  

I trochę to trwało, ale w końcu się pani Genowefa dowiedziała, co też takiego ona sama zrobiła. No, może i nie do końca, ale przynajmniej jakoś tak w zarysie. Tak przynajmniej nieśmiało postuluje pani Genowefa przyznając, że już cztery miesiące studiuje ten esej i całkiem jest zadowolona, bo dostała ze trzy całe paczki i te dobre na podpałkę. A ogrodu to już nie ma, bo jak sąsiad Heniek się upił i zdenerwował, to tymi bryłami węgla szybki na stryszku powybijał.

Z tych popalonych i pobrudzonych resztek, co pani Genowefa pokazała, ocałało tylko to, co zdołałem przeczytać i zapamiętać:

…w naturze paradoksu… poprzez niejako „algorytm sprzeczności”… w definicji bytu… jako że brak czasownika „istnieć” wymusza… podmiot w paradoksie analogii postępującej pauperyzacji…

No, to z grubsza tyle…

Myślicie może, że to trochę jednak szkoda i ubytek wiedzy dla pani Genowefy? Ale nie wiecie, z jak kamiennym uśmiechem serwuje bimber w musztadówkach…


  • RSS