Z czasem polubiłem pogrzeby. Paczka frytek, wykałaczka, miejsce z boczku. Końcowy spektakl tanich dramatów. Tyle tego, tyle było, decha.
Dzisiaj jestem na swoim. Pełna pompa, liczni znajomi, krewni na wybiegu hipokryzji. Stoję obok, frytek brak, pocieszam się zapachem. Podchodzi dziewczynka.
- Znał pan umarlaka?
Dość dobrze. Ale czy dobrze widzę, że mnie widzisz. A co będzie, jak mamusia zaprowadzi do lekarza, bo dziecko z boku i mówi samo do siebie.
- Nie masz ochoty na frytki? – odpowiadam pytaniem.
- Mhm.
I co z tego. Ochota może jest, jakieś połączenie – być może, ale frytek w okolicy brak, a mama i tak jej nie da pieniędzy i nie puści samej. Wzdycham.
- Ja też, ale jestem przeźroczysty – odpowiadam zrezygnowany.
- Wiem. Wszyscy przez pana przechodzą.
Milkniemy. Właśnie rozpoczyna się pogrzeb. Ponury Wielki Grzesznik ciągnie nici i oplata kokony. Potem wyjmuje srebrny młoteczek i zbliża się do trumny. Zabija ją wściekle i pieczętuje mokrą wydzieliną z owczego pyska. To lak ze śliny, który powstaje przy wyrywaniu zębów. Szin, Szin, mruczy zaklęcia.
- Fuj, ale ohyda! – wyrywa się dziewczynce.
Też jestem zniesmaczony.
- Chodźmy zwiedzić ziemiankę – proponuję.
- Ziemiankę? – pyta z zaciekawieniem.
Wyprzedzamy pochód i zaglądamy do wykopanego dołu. Grabarz leniwie ogląda swoje paznokcie, nie zwraca na dziewczynkę uwagi.
Snuję obraz. Zasadniczo forma jest udana i cieszy mnie jej energetyczny potencjał. Wibruje w kolorach szmaragdowego błękitu i rubinowych halo. Połączenie cokolwiek gryzące, ale jest w nim jakieś tło właściwej toni.
- Nie widzę psa – mówi dziewczynka.
Nie szkodzi, myślę. Wsakzuję na liście pobliskiego drzewa, żeby odwrócić jej uwagę. W tym czasie jeden z grabarzy rozwala drugiemu głowę szpadlem. Martwe ciało wpada do świeżo wykopanego dołu.
- O! – krzyczy dziewczynka. – Jak ma na imię?
- Cerber – odpowiadam krótko.
- Ma dwie głowy! – woła zachwycona.
- Trzy – poprawiam.
Wielki Grzesznik wprowadza kondukt. Widzę straszliwe rozpasanie w jego oczach. Czas spędza na orgiach, które wyhodowały na jego głowie duże krowie rogi. Z jego tłustych piersi cieknie ziełczałe kozie mleko.
Dziewczynka bawi się z psem. Niknie z pola widzenia. Pobrzmiewa jej zarys, rozpuszczany we mgle. Wszędzie pełzają grzechotniki. Kąsają nieświadomych tego ludzi w stopy. Za chwilę nastanie mróz. Woda na morzu tworzy grubą taflę lodu i staje na niej karczma. Zaczyna się stypa. Wielki Grzesznik wznosi róg obfitości i karmi wszystkich ziełczałym mlekiem z tłustej piersi.
Zamawiam frytki i zostaję zignorowany. Żeby na wasnym pogrzebie nie można było zjeść frytek.
- Nazywam się Bulwa – słyszę.
- Bulwa – potwierdzam.
- Tak. Jestem inżynierem geotechnikiem – mówi zadowolony Bulwa.
- Chyba geodetą? – pytam jakby lekko zdziwiony.
Bulwa popada w zadumę.
- Może i geodetą… – powtarza do siebie w zamyśleniu.
Nagle patrzy na mnie rozwścieczony.
- Patrzcie, znalazł się..!
Oburzenie nie pozwala mu wyrazić myśli. Słyszę pogłos niemych cięć.
- Wrrrr…. – warczy nienawistnie. – Frytki, frytki – powtarza.
W końcu Bulwa rozrasta się w milczeniu i dzieli na wąskie paseczki. Skwierczy w oleju. Przygotował się na frytki. Dziękuję mu podarowując kolekcję numizmatyczną. Dziewczynka nawołuje psa. Cerber, Cerber, słyszę roześmiany głosik. Pogodny grabarz bez głowy ssie mleko z piersi Wielkiego Grzesznika. Jak on to robi, pytam. Bulwa skwierczy w odpowiedzi i rumieni się na Złoto.
Tak jak mówiłem, polubiłem pogrzeby. Nigdy też nie zapominam o chusteczce, którą wycieram tłustą od torby z frytkami dłoń.