diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2012

Wywrócona rękawiczka
Wśród Gwiazd
Pasuje do pary

Oleg był zdruzgotany energią tego starca. Śledził jego poczynania z rosnącym zdumieniem i coraz większym przygnębieniem. Przywieziono go wczoraj i odkąd się obudził wszędzie go było pełno. Miał osiemdziesiąt lat, kazał siebie tytułować Billy i bezwstydnie uganiał się za pielęgniarkami. Podszczypywał, zadzierał fartuchy, pakował się pod prysznic pacjentkom… Oleg nawet nie starał się tego zrozumieć. Tym bardziej, że kontrast w szpitalnym pokoju przekroczył już chyba wszelką miarę absurdu. Drugi z współtowarzyszy popadł w katatonię i siedząc wyprostowany jak struna, wpatrywał się niezmiennie w ścianę naprzeciw. Billy nie omieszkał tego wykorzystać, oparł kostkę dziadka na kolanie, złożył mu ręce na piersi, a na głowie ustawił pusty wazonik. I tak Oleg mógł podziwiać jakąś groteskową rzeźbę z ciała tego starca, którego wiotkość kończyn pozwalała na ustawienie go w dowolnej pozycji na dowolnie długi czas. Jakby tego było mało, Billy paradował w naszyjniku z niedźwiedzich kłów, a na biodrach miał pas z nabojami i imitacją dwóch rewolwerów. Wyglądały imponująco i jak prawdziwe, a Billy niemal bez przerwy odruchowo po któregoś sięgał i wywijał nim skomplikowane ewolucje na palcu. Najbardziej szokujące w tym było to, że – jak zdążył się dowiedzieć Oleg – Billy w przeszłości był więźniem obozu w Auschwitz… Nic dodać, nic ująć. Ale prawdziwa męka miała się dopiero zacząć. Rano odwiedziła go matka, żeby omówić plan wieczornej imprezy. Ojciec w swojej pomysłowości bez wątpienia przeszedł samego siebie. Oto co wymyślił dla Olega, który bynajmniej nie był na wakacjach. Całość, jak zreferowała matka, miała się rozpocząć w szpitalnej bibliotece o 19: 45 i na tę okoliczność, ojciec uznał za stosowne znacznie powiększyć do niej wejście. Było to niezbędne, albowiem w bibliotece musiał się zmieścić trzymetrowy tort, z którego wyskoczy tancerka… Tak więc robotnicy zakończyli swoją pracę o świcie. Łomot, wiercenie… to była bardzo spokojna noc dla wszystkich pacjentów. Oleg już nie raz wstydził się za ojca, ale teraz… Pomyślał przez chwilę o bibliotekarce i jej zdaniu na ten temat, a potem zamknął z przerażenia oczy. Potem zaś miała się odbyć główna część imprezy, która obejmowała zainscenizowaną na szpitalnym patio Noc Kupały i z udziałem wszystkich chętnych pacjentów. Tatuś wynajął trupę jednego z najbardziej znanych na świecie rosyjskich teatrów, teatru „Dieriewo”… To by było na tyle, pomyślał zrezygnowany Oleg. Rozmowa z personelem nie miała najmniejszego sensu, bo ojciec wybulił pierwszą transzę dwudziestu milionów z dotacji na szpital, a deklarowanym wsparciem całkowicie uniezależnił placówkę od dotychczasowych właścicieli, czyli sióstr Lazaretanek i miejscowej Kurii. Siostry zresztą opuszczały właśnie skrzydło szpitala, który od kilku dni poddawany był wstrząsom gruntownych  remontów, a część z nich grzecznie i uprzejmie zadeklarowała udział w wieczornej imprezie. Na tatę zawsze można liczyć… pomyślał Oleg. Spojrzał na zegarek. Była 17: 40. Do kaźni pozostało niewiele ponad dwie godziny. Oleg zerknął na szafkę przy łóżku. Stała na niej mała ikonka, którą rano otrzymał w prezencie od matki. Na prezent ojca, doprawdy, nie mógł się doczekać… Był to jedyny plus tego dnia, który poza tym skazywał go na katorgę. Ikonka była naprawdę fajna, bo zamiast głowy świętego w aureoli widniał wilk. Oleg patrzył na nią z przyjemnością. Ale nie uratowało go to przed złożeniem głowy w dłoniach i rozpaczliwymi myślami, gdzie by tu się ukryć i schronić… Wtedy z impetem huknęły drzwi i do pokoju wparował niezawodny Billy.

- Stary, co ja słyszę! – Oleg poczuł swoje bębenki. – Podobno twój ojciec wynajął jakąś fajną cipę i wieczorem balanga!

Billy zatarł dłonie. Miał je pokryte brązowymi plamami a starcze palce powykręcał reumatyzm, ale Oleg nie mógł się oprzeć wrażeniu ich niezwykłej ruchliwości. Nim załamany zdążył cokolwiek wydukać, Billy klasnął go w policzek i poczochrał po włosach.

- Wszystkiego najlepszego, brachu. Staraj się tak dalej, a na pewno mnie przeżyjesz – zarechotał. – Do zobaczenia wieczorem!

I tyle go było. Po chwili Billy usłyszał wrzask jakiejś rozgniewanej pielęgniarki…

***

Karolina stała w szpitalnej bibliotece, ukradkiem spoglądając na Anandę. Był piękny czerwcowy wieczór i w zasadzie myślała raczej o tym, żeby udać się na jakiś romantyczny spacer z tym intrygującym Hindusem. Oprócz nich po bibliotece kręcił się Aaron, obok stała jakaś para w średnim wieku, była też bibliotekarka, dyrektor szpitala i pielęgniarka. Nie działo się nic ciekawego, a Ananda ziewał szeroko jak kot i uśmiechał się do niej zabójczo. Wszyscy czekali. W końcu frontowe, przeszklone i dziwnie olbrzymie drzwi pomieszczenia rozsunęły się cicho i Karolina zobaczyła w nich młodego, lekko zgarbionego mężczynę, który wszedł do środka zakłopotany i nieśmiało spuścił wzrok. W jego stronę ruszył jeden z mężczyzn, chwycił go za ramiona i mocno uściskał. Potem odwrócił się w stronę Karoliny i rzucił jej ciepły uśmiech. Karolina podeszła do chłopaka lekko, wręczyła mu trzymaną w ręku kaligrafię i mrugnęła okiem. Mężczyzna skrzywił usta w wymuszonym uśmiechu i podziękował Karolinie cichym i serdecznym głosem. Jakkolwiek jego zachowanie było dziwne, to Karolina odebrała go sympatycznie. Towarzystwo zaczęło klaskać, Karolina wróciła na swoje miejsce, a chłopak rozpakował prezent. Wtedy ponownie rozsunęły się drzwi, do biblioteki wjechał gigantyczny tort i dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie. Najpierw wszyscy usłyszeli z środka tego tortu jakieś stłamszone krzyki i odgłosy szarpaniny, a potem, w ramiona dwóch transportujących tort pielęgniarzy, wyskoczyła półnaga i rozwrzeszczana dziewczyna, która jedną ręką usiłowała przytrzymywać sobie na wpół zdarty stanik, a drugą wspomagała równowagę. Zaraz za nią wychylił się starzec o wyglądzie sępa i najwyraźniej wściekły, a Karolina jęknęła głucho: Dziadek?! Billy z pianą na ustach i okrzykiem „dziwka”, wyszarpnął rewolwer w tym samym momencie, w którym Ananda zrobił delikatny krok w stronę Karoliny. Padł strzał i Anandę odrzuciło w bok. Ramię Karoliny wystrzeliło niemal natychmiast, ale trajektorię ukrytego w rękawie sztyletu zmienił odruch Olega, który automatycznie wysunął rękę z obrazkiem. Sztylet przebił papier i wylądował dokładnie między nogami rozkraczonego i stojącego niemal po pas w torcie starca, W ciszy, która zaległa, runęła przestrzelona półka z książkami. Aaron stukał palcem w zegarek, a Konstanty Nikołajewicz Niekrasow nerwowo poprawił na nosie oprawkę okularów. Dyrektor szpitala spojrzał przytomnie na Anandę, którego karminowa szata nabierała barwy głębokiego rubinu. Nie wyglądało to groźnie. Kula przestrzeliła mięsień ramienia i wbiła się w regał. Ananda był całkiem spokojny i patrzył na starca, który stał teraz z bezwładnie opuszczonymi rękami, sprawiając wrażenie, jakby uszło z niego całe życie. Spodnie w kroku były zmoczone, z ust ciekła strużka silny, a przez środek czoła spływała kropla przeźroczystej limfy. Poza tym wydawało się, że wszystko jest z nim w porządku. Uśmiechał się lekko zakłopotany i sprawiał wrażenie zdezorientowanego. I jakkolwiek podobny, nie był to jednak dziadek Karoliny. Pielęgniarka właśnie sięgała po opatrunki.

- Chyba nic tu po nas, panie dyrektorze – odezwał się gromko Aaron Kubrit. – Czy możemy przejść do dalszej części zaplanowanego programu?

Lekarz zamrugał powiekami. Z pewnością to wszystko było czymś, nad czym powinien zastanowić się nieco później. A nie odmawia się człowiekowi, który tak hojnie finansuje szpital.

- Czy w parku będą czarownice? – zapytał uśmiechnięty Ananda, którego głos zabrzmiał jak z głośnika hitlerowskiej szczekaczki.

Ściana powypadkowego nastroju pękła i atmosfera uległa rozluźnieniu. Karolina dotknęła czule zdrowego ramienia Anandy. Oleg patrzył w otwór przedziurawionej, średniowiecznej kaligrafii japońskiej. Jesteś głupcem, myślenie o sobie nie ma żadnego sensu… pomyślał. Podszedł z przedziurawioną kaligrafią do bibliotekarki i po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się swobodnie.

- Co prawda jest rozdarta, ale i tak powinna być ciekawą ozdobą biblioteki – odezwał się pewnym siebie głosem.

Dziewczyna spojrzała na niego z uśmiechem.

- Potowarzyszy mi pani w dalszej części przyjęcia? – zapytał.

Bibliotekarka odpowiedziała kolejnym uśmiechem. Oleg schylił się, żeby pomóc jej pozbierać rozsypane książki i zauważył wśród nich tę, którą przeglądał w bibliotece ostatnim razem. Miała białą, papierową okładkę.

***

Ikatori obserwował kota we wstecznym lusterku. Zwierzę podbiegło zgrabnie do samochodu i wskoczyło na maskę. Edo sięgnął do leżącej obok na fotelu talii kart. Wyciągnął Śmierć. Otworzył schowek i wyjął tak schludne i estetyczne opakowanie na śniadanie, że przypominało niemal dzieło sztuki. Otworzył pojemnik i rozpakował równie schludnie i estetycznie opakowaną kanapkę. Wyjął kawałek szynki z sałaty, ale po chwili sięgnął do drugiej przegródki i wyłuskał rybę z malutkiego zestawu sushi. Wytarł palce chusteczką, sięgnął po karty, otworzył drzwi i wyszedł na parking. Kot sprężył ciało, spojrzał Edo w oczy i polizał kilka razy łapkę. Po chwili łasił się do jego ręki i zajadał rybą z maski samochodu. Edo rozłożył na masce talię kart. Poczekał. Kot szybkimi ruchami łapki wprawił jedną z nich w ruch. Potem wrócił do lizania łapki. Edo podniósł kartę i złożył talię. Wziął kota na ręce i pogłaskał czule. Mądry kotek, powiedział do niego. Wsadził kota do samochodu i poczęstował szynką. Odłożył karty, wysiadł, zamknął drzwi. Sięgnął po telefon i wybrał numer Karoliny.

- Dobrze się bawicie? – powiedział do słuchawki.

- Jasne, olbrzymie – odparła Karolina – Co u ciebie?

- Słuchaj, zostawiam wam samochód na parkingu. Będzie do waszej dyspozycji, kluczyki są w stacyjce. Mam tylko jedną małą i może trochę wymagającą prośbę. Czy możesz zaopiekować się moim kotem, jest w środku?

- No pewnie! Nie ma sprawy, uwielbiam koty – Karolina umilkła na chwilę. – Jakie masz plany? – dodała.

Ikatori westchnął cieżko.

- No wyobraź sobie, że jutro miałem sprzątnąć biskupa, ale dostałem telefon, że właśnie sam zszedł – Ikatori westchnął ponownie. – Jak tak dalej pójdzie, to czeka mnie bezrobocie, a póki co – urolp – dokończył śmiertelnie poważnie.

Karolina parsknęła śmiechem.

- Trzymaj się, olbrzymie. Jesteśmy w kontakcie.

Edo uśmiechnął się i przerwał połączenie. Odchodząc z parkingu, wsunął za wycieraczkę samochodu wybraną przez kota kartę. Arkan XXI, Wszechświat.

Fortuna kołem się toczy – Ananda wspomniał słowa starca. Jeszcze przed chwilą był bohaterem, teraz jest ofiarą. Jedno i drugie było bardzo ciekawe, ale Ananda nie przypisywał osobistej załugi żadnemu z obydwu przypadów. Tuż przed lądowaniem wysiadł jeden z silników w samolocie, co bardzo rozstroiło samopoczucie pasażerów. Ananda z dużym upodobaniem spożywał właśnie jakieś uprzednio serwowane przekąski, kiedy zaczęły się silne turbulencje. Po pierwszym ataku wstrząsów – zabawa niemal równie udana, jak na rollercoasterze – zauważył, że orzeszki na tacy samoistnie ułożyły wzór sylaby „OM”. Bardzo tym faktem ubawiony, w całkowicie naturalny sposób, przeszedł do częstowania tymi orzeszkami współpasażerów. Ogólnie komunikaty były stonowane i brzmiały: proszę zapiąć pasy, nie ma powodów do obaw itp., ale dało się już usłyszeć pierwsze podwyższone głosy i niepokój wzbierał falą. Z chwilą kiedy Ananda wstał z orzeszkami, maszyna zakrztusiła się kilkukrotnie, a potem śmigło podjęło przerwaną pracę. Tak więc emocjonalny upust wdzięczności spłynął na Anandę niczym złota poświata. Niemal mu klaskano, co było o tyle zrozumiałe, że od początku podróży cieszył się wyjątkową sympatią pasażerów. Tylko dwa razy przeszedł do toalety między siedzieniami przedziału, ale i tak przyszło mu niezmiernie długo wstrzymywać mocz. Ludzie uwielbiali mu się przyglądać i z nim rozmawać, bo wszystko co robił Ananda było całkowicie naturalne i kompletnie pozbawione wysiłku. Wszyscy dookoła Anandy przez cały czas i w każdej sytuacji bardzo się starali być jacyś, albo przynajmniej być sobą, Ananda natomiast nie starał się wcale, więc w dziwny dla siebie sposób bardzo przy nim odpoczywali. Gdyby pasażerowie mieli w samolocie girlandy kwiatów, to niewątpliwie właśnie z nimi na szyi Ananda opuścił by lotnisko.

- A więc, synek, dajesz, kurwa, walizeczkę, albo strzaskamy ci baniaczek kijaszkiem.

Ananda miał dużą przyjemność z wysłuchiwania tych zdań, bo ci ludzie mówili jak dzieci i bardzo mu się to podobało. Cała reszta też nie była najgorsza, choć ogólne wrażenie estetyczne mogło pozostawić coś do życzenia. Atletyczna budowa ale cokolwiek zachwiane proporcje, łyse głowy, opięte koszulki, luźne dresy i grube srebne łańcuchy na szyjach.

- Słyszysz, kurwa, brudasie, czy nie kumasz?

Ananda przygotowywał się do udzielenia odpowiedzi, korzystając z podręcznych rozmówek, ale chwilę potem musiał uznać, że nim zdąży to zrobić, to wpierw powinien zasłonić się swoja walizką przed nadlatującym ciosem. Zdążył. Kij huknął o neseser i odskoczył ze zdwojoną siłą. Tubylec przystanął, zaskoczony niespodziewaną gracją swojej ofiary.

Ty kutasie… – zdążył powiedzieć.
 Dalej, jakby znikąd, zawirował czarny płaszcz i czerwone obcasy. Wysoka, smukła kobieta najwyraźniej przywykła do wykorzystywania swoich nóg w niecodzienny sposób. Chwilę potem Ananda ściskał delikatną dłoń rozradowanej dziewczyny.

- Karolina – usłyszał od niezmiernie zadowolonej kobiety. – Już myślałam, że będzie dosyć nudno po drodze, a tu proszę: taka niespodzianka! – powiedziała uradowana.

Ananda odprowadził wzrokiem wściekłych byczków. Jeden z nich kulał, drugi trzymał się za złamany nos. Powtórzył kilka mantr i delikatnie dmuchnął w rozłożoną dłoń w ślad za mężczyznami.

- Dzięki – uśmiechnął się promiennie.

Karolinie to „dzięki” zabrzmiało jak szczek z hitlerowskiej przemowy, choć tembr głosu był miły.

- Może wskazać drogę? – zapytała uprzejmie.
 
Ananda, dość ambitnie, postanowił przejść na polski, bo zdążył ułożyć sobie co nieco zdań w samolocie, korzystając – z jego zdaniem – znakomitego wydania rozmówek hindusko – polskich, które otrzymał od Maharaja wraz z talią kart tarota. Miał ich już siedemnaście, bo dokładnie tyle razy wizytował starca w ubiegłym miesiącu.

- Nie znam drogi na starówkę w szesnastu szpitalach – powiedział całkiem uradowany i nie mogąc się nacieszyć tym dziecinnym brzmieniem wypowiadanych słów.

Karolina patrzyła na bardzo radosnego i pięknego hinduskiego nazistę.

- Umówmy się, że w razie czego będę dopowiadać – powiedziała z uśmiechem.

- Oczywiście zawsze jest ładna pogoda, ale pragnienie nie gasi słońca – odpowiedział jak zwykle szczęśliwy Ananda i wręczył Karolinie otrzymaną od Maharaja talię kart w prezencie.

***
Ikatori czekał na powrót Karoliny z toalety obserwując kota, który usadowił się na masce samochodu i bił z góry łapą w miesce przytwierdzenia emblematu marki.

- Zobacz co dostałam! – usłyszał.

Odwrócił się i niemal uległ wzruszeniu. Karolina wyglądała jak szczęśliwa dziewczynka, która właśnie otrzymała prezent od swojego ukochanego chłopaka. Wymachiwała mu przed nosem rozłożonym wachlarzem talii kart i sprawiała wrażenie, jakby miała zamiar zaraz zatańczyć.

- Wybierz, wybieraj! – z jej oczu sypały się iskry radości.

Ikatori podniósł brwi, wyciągnął kartę i nie patrząc na obrazek przeniósł wzrok na Hindusa stojącego za Karoliną, a potem spojrzał na nią pytająco.

- Ananda – rzuciła Karolina. – Podwieziemy go, a właściwie zabierzemy ze sobą, bo – z tego co zrozumiałam – przyleciał z Indii i nie wie po co. Jedziemy w końcu do szpitala psychiatrycznego, więc właściwie jakby pasuje – roześmiała się perliście. – A tak na poważnie, to potem zatrzyma się na jakiś czas u mnie – dodała.

Ikatori spojrzał na kartę. XVI Wieża, odczytał. Sięgnął po telefon i wybrał numer Kubrita.

- NMP z Amitabą – rzucił do słuchawki.

- Pora otworzyć kwiat lotosu – zobaczył przed oczami przyjemny uśmiech Aarona.

wtyczka

Brak komentarzy

Moi drodzy*,

Dziękując za to zaszczytne wyróżnienie, muszę przyznać, że kosztowało mnie ono kilkadziesiąt ładnych lat życia. W świetle dzisiejszego dnia mogę powiedzieć, że tego nie żałuję, ale wcześniej bywało różnie. Nieprzespane noce, łysina, kwasy żołądkowe i wrzody, choroby oczu, arytmia, impotencja…  Trochę się tego uzbierało. Koszt wcale nie jest mały.

Dzisiaj patrzę w twarze uśmiechniętych ludzi, cieszących się z kolejnego kroku na drodze postępu człowieka i moje serce rozpiera duma (arytmiczna). Jak do tego doszło, jaka była to droga? Pozwólcie mi na chwilę wrócić do tych bolesnych wspomnień, które przybliżą wam, moi drodzy, postać dzisiejszego bohatera i być może udzielą odpowiedzi na to zasadnicze i proste pytanie: kim właściwie jest ten niesamowity człowiek?

Otóż, odkąd sięgnę pamięcią, zawsze drążyła mnie ta wątpliwość i bolało to pytanie. I nie dawało mi to spokoju zwłaszcza wtedy, gdy zaczynałem o tym myśleć. A myślałem o tym bardzo wiele i długo. Myślałem nad tym, że policzono już wszystkie atomy we wszechświecie, że kilka małp może napisać wszystkie dzieła Szekspira, jeśli tylko będą wystarczająco długo stukać w maszyny do pisania, że gęstość Plancka jest taka niearbitralna itd. Myślałem nad tym wszystkim i coraz bardziej mnie to bolało. Aż w końcu ten ból coś we mnie przełamał i wyłoniła się z tego rzeczywistość. Jasna, klarowna pewność. Uświadomiłem sobie z całą oczywistością, że ukrywana jest przed nami wielka tajemnica, że stoi za tym wielki spisek grupki jajogłowych. I że ludzkość jest tego ofiarą.  

Taki właśnie był początek. Nagle, w wyniku niepojętego splotu wniosków, zrozumiałem, że Ziemia tak naprawdę jest płaska i podtrzymywana przez cztery krokodyle. Być może wyda się wam to szokujące, ale wierzcie mi, że dobrze rozumiem tę reakcję. Sam nie mogłem się z tym uporać. Jak to?, powtarzałem sobie. Stoisz przecież na gruncie zaprzeczenia dorobku całej nauki. Ty, który, jak mało kto, jesteś tak świadomy obiegu planet, bezmiaru kosmicznej przestrzeni itd. Tak, moi drodzy, a jednak krokodyle…

To był impuls prawdy dla moich poszukiwań, których rezultatem jest to wielkie odkrycie i dzisiaj ta najbardziej prestiżowa z nagród. Jak do niego doszło? Przez przypadek.

Któregoś dnia przydepnąłem kabel od swojego komputera i  ten po pewnym czasie przestał działać. Zacząłem szukać przyczyny. W gniazdku był prąd, kabel nie był mechanicznie uszkodzony, a jednak komputer nie działał. Tu zaczęły się schody, ale nie ustwałem w dociekaniach. W końcu jednak, zmęczony, postanowiłem się poddać. Zrezygnowałem. Odpoczywając po tym ogromnym wysiłku umysłowym, paliłem papierosa i bawiłem się tym kablem, obracając go bezmyślnie w dłoni. I wtedy spostrzegłem, że wieńczy go pewnego rodzaju skuwka. Jak pewnie się domyślacie, moi drodzy, była to wtyczka. Gdy tylko to spostrzegłem, skuwka sama zsunęła się z wtyczki, odsłaniając dwa zlutowane do blaszki kabelki. Dotknąłem delikatnie tej blaszki i komputer zaczął działać. Taka właśnie była geneza mojego odkrycia.

Zauważcie jednak, proszę, że moje wielkie odkrycie dokonało się na odwrót. Najpierw dokonałem odkrycia: krokodyle, a potem przyszło potwierdzenie: wtyczka. Czysta nauka.

W jakim więc punkcie, my ludzie, jesteśmy. Jak się odnajdziemy, co to dla nas znaczy? Być może są to ptania dla przyszłych pokoleń. Ja swoją skromną pracę wykonałem. Dziękuję za wyrazy uznania.

*Przemowa Johna Rowana Pluginson’a II Jr z odebrania nagrody im. Zygfryda Bubla na VI Międzynarodowym Kongresie Inżynierów Systemów Zastanych


Billy Kid miał poważny problem. Za cholerę nie wiedział skąd się wziął tam, gdzie był i dlaczego wszyscy dookoła wyglądają tak cholernie dziwacznie. Z przyzwyczajenia przebierał szybko palcami na wysokości pasa, ale przy nim brakowało mu jego niezawodnych koltów i w dodatku miał na sobie jakieś niewiarygodnie gówniane gacie. Billy stał naprężony jak struna przy czymś, co przypominało niezwykle ruchliwe miasteczko. Tyle tylko, że nigdzie nie było koni, za to wszędzie jeździły nieznane mu powozy, a budynki były niemal tak wysokie jak skarpy kanionu. I miał sraczkę. Już dwa razy ledwo co zdążył zsunąć te upiorne portki, żeby ulżyć sobie gwałtownym wypróżnieniem. Gdy załatwiał swoją potrzebę ci dziwni ludzie wokół niego rozbiegali się w popłochu. Fakt, może i nie było to najlepsze miejsce i wyglądało jak wejście do ogromnego saloonu, ale nie miał innego wyjścia. Zapinał właśnie te nieszczęsne portki, kiedy kątem oka spostrzegł jakiegoś szeryfa otwierającego szklane drzwi tego dużego saloonu. Billy skrzywił się kwaśno i splunął przez ramię. Gość miał przy pasie broń, a w ręku pałkę. Szukał wzrokiem znienawidzonej odznaki. Mężczyzna podszedł do niego wolno tym charakterystycznym rozbujanym krokiem, jakim te dupki zazwyczaj okazywali swoją władzę, a przynajmniej do czasu, aż Billy w mgnieniu oka robił z nich sito.

- Co pan wyrabia? – usłyszał.

Gówno ci do tego – miał ochotę powiedzieć Billy – ale nie miał przy sobie broni i za wcześnie było na pakowanie się w kłopoty.

- Do diaska, człowieku, trochę mnie pogoniło – odpowiedział Billy z szerokim uśmiechem.

Mężczyzna stał z bardzo poważną miną.

- Daj mi szpadel, to zaraz przysypię ten gnój ziemią i będzie po sprawie – dodał nie tracąc rezonu.

Mówiąc „gnój” miał na myśli tego dupka. Nim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, za plecami Billego pojawił się majestatyczny powóz, w którego szybie Billy ujrzał swoje odbicie. To go do reszty zdumiało. Ani trochę siebie nie przypominał. Zamiast młodego blondyna, za którym przepadały wszystkie dziwki od Kansas do Meksyku, zobaczył jakiegoś starego dziadka, który wyglądem przypominał bardziej łysego sępa niż cokolwiek innego. Nie zdążył ochłonąć, gdy szyba z jego odbiciem cicho spłynęła w dół, a w oknie powozu ukazała się ręka jakiegoś faceta z pasem i dwoma rewolwerami. Po chwili otworzyły się drzwi i mężczyzna kiwnął zachęcająco głową. Billy poprawił energicznie portki, rzucił szeryfowi pogardliwe spojrzenie i na tyle sprawnie, na ile się udało, zapakował swój tyłek do tego luksusowego wozu bez koni.

W środku było cholernie dużo miejsca i bardzo wygodnie. Billy rozłożył szeroko ręce i wyciągnął nogi. Jakaś młoda kobieta podała mu szklankę z whisky. Z lubością upił łyk lodowatego płynu i spojrzał z kim ma przyjemność. Oprócz dziewczyny w powozie siedziało dwóch starców. Jeden z nich – Billy wnioskował po ubiorze – mógł być burmistrzem i brakowało mu tylko koperty na złotym łańcuszku. Ten drugi musiał być indiańskim wodzem lub szamanem. Billy obejrzał go dokładnie, bo ostanią rzeczą jaką pamiętał był złoty piasek pustyni Nevada i śliczna Indianka, która podawała mu jakiś wywar ze świętego kaktusa. Indianin miał orli nos i białe jak mleko włosy. Ubrany był w haftowaną koszulę i skórzaną kamizelkę, a na jego piersi wisiał naszyjnik z niedźwiedzich kłów. Burmistrz podał Billemu pas z bronią, który ten niezwłocznie zapiął na biodrach.

- Ahigo koli aya – odezwał się Indianin.

Billy nie znał tego narzecza. Wyciągnął kolta i sprawnie nabił bębenek. Jego palce pracowały z maestrią pianisty z saloonu. Dziewczyna przyglądała się temu zafascynowana.

- Nic nie rozumiem – rzucił Billy puszczając w ruch i błyskawicznie zatrzaskując bębenek. Obrócił parę razy rewolwer na palcu i bezbłędnie umieścił go w kaburze.

Burmistrz spojrzał na Indianina zakłopotany. Lekko znudzony Indianin odchylił głowę i skinął palcem dziewczynie. Ta wyjęła dwa małe krążki i podała je Billemu. Spojrzał pytająco na Indianina.

- Pejotl. Potrzebna jest aklimatyzacja.

Billy nie zrozumiał, ale błękit oczu tego starca przypominał niebo nad pustynią i miał w sobie jakąś czystą siłę, której Billy czuł się przyjacielem. Połknął dwa zielone krążki i popił szklanką whisky, usłużnie podsuniętą przez dziewczynę. Powóz sunął bezgłośnie i Billy nie czuł żadnych wstrząsów. Spojrzał w oczy starca i zobaczył w nich sunące w bezmiarze przestrzeni obłoki. Indianin zdjął z szyi naszyjnik i założył go Billemu na głowę. Twoim przodkiem jest niedźwiedź, twoim bratem jest orzeł, odnajdziesz się w gromadzie sokołów, z których każdy jest samotnym władcą. Wyrwiesz tygrysowi wnętrzności i zjesz swoje serce, w trzecim świecie po drabinie z pazurów kruka, gdzie króluje pięciostrzałowy rewolwer Billy Kida. Rozgrzane powietrze tkało pustynny miraż. Billy ujrzał ogromne budowle i wielką słoneczną tarczę. Trzymał ją w ręku wspaniały wojownik, którego powóz przetaczał się hukiem tętentu świetlistych rumaków. Billy patrzył zafascynowany, jak ten cudowny wojownik dzierży wielką włócznię, której czubek tkwił w promieniach jego oczu i szczypcach jakiegoś potwora żarzącego się czerwienią zachodzącego słońca, niczym łuna wspaniałego indiańskiego pióropusza. I poczuł jak włócznia przebija i wypełnia słodyczą jego gardło. Dziewczyna wyjęła chusteczkę i otarła nią stróżkę śliny, która ciekła z ust bezwładnie leżącego starca. Jego wychudzone ciało sprawiało wrażenie groteskowo wyssanej powłoki, którą przygniatał pas z nabojami i bronią.

- Czy to się na pewno uda, Aaron? – zapytał z niedowierzaniem Konstanty Nikołajewicz Niekrasow.

Aaron Kubrit odebrał od dziewczyny szlaneczkę whisky, upił łyk alhoholu i wzruszył ramionami.

- Potrzebny był nam Mars w takim a nie innym układzie – odpowiedział spokojnie.

- Ale to… – Konstanty Nikołajewicz poparł gestem uczucie jakiegoś niesmaku.

Aaron posłał mu pełen ironii uśmiech.

- Uwierz mi, że negocjacje w polach Achillesa trwały bardzo długo i antyk jest nie mniej wzburzony – zamknął jakby zbędną dyskusję.

Czarny Lincoln podpłynął pod bramy szpitala. Dziewczyna sięgnęła po telefon, wybrała numer i rozłączyła się bez słowa. Po chwili pojawili się sanitariusze z noszami. Dwaj mężczyźni wyszli z limuzyny i w milczeniu obserwowali pracę pielęgniarzy. Dziewczyna podała jednemu z nich pas z bronią Billy Kida i naszyjnik z niedźwiedzich kłów. Ten kiwnął głową w milczeniu.


Oleg miał tego serdecznie dość. Powyżej uszu. Głowa ciążyła mu ołowiem. Czuł ten ciężar na karku, w szyi, kiedy podpierał brodę wzorem rzeźby dłuta Fidiasza (pomylił go z Rodinem). Nie potrafił już wypocząć, był bezsilny. Miał wrażenie, że walczy z sobą od niepamiętnych czasów i stale przegrywa. Nie cieszyło go nic, a martwiło wszystko. Teraz krążył z nieświadomie zaciśniętymi pięściami po szpitalnym patio, jakby chciał sprawić lanie napotkanemu niedoborowi serotoniny. I wciąż czuł wstyd, tylko i wyłącznie wstyd.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Podjął wtedy studia w Akademi Sztuk Wyzwolonych i wiódł niezwykle intensywne życie, kiedy rzeczywistość nagle i niepostrzeżenie uległa przemianie. Nigdy wcześniej nie czuł się tak doskonale. I nigdy wcześniej nie doświadczał tyle radości, której przyczyną było wszystko. Wszystko go cieszyło, wszystko ze sobą współgrało i stwarzało sens, za którym gonił niczym dziecko z latawcem w dłoni. Każda następna lektura otwierała bramę zrozumienia, a życie poszerzało ten wgląd przez niezwykłe przypadki i zbiegi okoliczności. I wtedy, nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, poczuł i zrozumiał, że pojął wszystko. Wypełniła go energia, która rozsadziła poczucie wszelkich ograniczeń. Każdy dzień był coraz bardziej niezwykły. Każda docierająca do niego treść potwierdzała nagą jakość odkrytej prawdy. Filozofia stała się mową dziecka, ludzkie serca otwartą książką. Eksplodowało w nim światło i rzeczy przyspieszyły do jego prędkości. Był ich świadomy nim zdołał je poznać, a tempo myśli i wydarzeń wciąż rosło. Początkowo ta złota nić sensu wiła się powoli i pojedyńczo, aż w pewnym momencie eksplodowała tysiącem spiral w złotą nicość. Nie mógł już dotknąć zrozumienia, bo go nie było. Była tylko energia. Ogrom wibrującej mocy, który początkowo czynił go tak lekkim, że niekiedy fizycznie unosił go nad ziemię podczas szybkiego chodu, zmienił się w tchnienie gigantycznego żywiołu. W tornado mocy, atomową eksplozję siły. Poczuł, że w jakiś sposób ujarzmił w sobie moc natury tak, że ruchem rąk może przesuwać po niebie obłoki… Rzeczy w jego świadomości toczyły się niczym spieniony nurt rwącego potoku i zasilała go przejrzystość tej energii. Nie miał chwili wytchnienia i ani chwili nie potrzebował. Szalał jak groźne zwierze, niczym ogromny drapieżny kot, i tak też wkrótce zaczął postrzegać rzeczy dookoła. Oczami polującego tygrysa, który bezbłędnie wtapia się w bujną mnogość życia dżungli, by z niewidzialności zadać pzurami śmierć nagłym skokiem. I wtedy pękł drucik i przepaliła się żarówka…

Dalej było znacznie trudniej. Po jednej z eskapad, w której spenetrował gmach finansowej elity jednej z korporacji, a potem uganiał się po dachu wieżowca zabawiając się w kotka i myszkę ze zdumionymi ochroniarzami firmy, wylądował na oddziale szpitala psychiatrycznego. Dosyć też trudno było uzasadnić przed lekarzami sens poruszanych kwestii:

- A więc opanował pan biegle wszystkie języki?

- Nie… Mówiłem wieloma i rozumiałem liczne, ale… To nie o to chodzi. Nie liczyła się umiejętność, tylko klucz. Widzi pan, ja w pewnym momencie nie tyle dokładnie rozumiałem co mówi na przykład Węgier, ile znana mi była istota tego języka. Oczywiście rozumiałem go na poziomie „międzywerbalnym”, ale ważniejsze było to, że wiedziałem dlaczego Węgier mówi właśnie po węgiersku.

- No, dlaczego?

- Właściwie to nie wiem, ale to też jest bez znaczenia… Dotykałem zrozumieniem samej istoty, trzonu, zasady wykreowanego języka, więc Węgier, Chińczyk czy ktokolwiek… to było nieważne. Ich mowa była wyrazem powierzchownego i oczywistego niby kodu, którego znajomość u jego podłoża wystarczała aż nadto do pojęcia słów bez ich szczegółowej znajomości. Znaczenie, gramatyka – to wszystko miało wymiar wtórny i widoczny w konstrukcji oczywistej jak na dłoni, ale istotę zrozumienia dawało niejako doświadczenie bycia Chińczykiem, czy Węgrem…

- Czyli że rozumiał pan chiński, bo był pan Chińczykiem?

- Nie do końca… To tylko porównanie.

- Może pan coś powiedzieć po chińsku?

- Proszę bardzo. Posłużę się najpopularniejszym dialektem mandaryńskim: si – czua – tsi -sio – ci -sih – tcia – ci – sijashi. A zmieniając modulację sylab, wypowiadam cztery różne znaczenia.

- Rozumiem. A co to znaczy?

- Niestety nie wiem.

- Wrócimy do tego. Pan jest Polakiem?

- Matka jest Polką, ojciec Rosjaninem… Wiem, jak to zabrzmi, ale… mój ojciec to jeden z tak zwanych „oligarchów”….

- Niepotrzebnie pan się stropił. Wszystkim dobrze znane jest nazwisko Niekrasow. Mówił pan też, że różne rany bardzo szybko się u pana goiły?

- Rozcięcia, zadrapania, siniaki, miałem też usuwany woreczek robaczkowy… Dostałem trzy razy większą dawkę narkozy, a potem lekarze zadecydowali o miejscowym znieczuleniu… Dwa dni po operacji nie było po niej śladu. Regenerowałem się w błyskawicznym tempie. Mój metabolizm musiał znacznie przekraczać możliwości i wydolność zawodowego sportowca…

- Dobrze, o tym też porozmawiamy później…

i tak dalej.

Było tego tyle, że Oleg pogubił się po jednej dziesiątej wspomnień. A po trzech dalszych miesiącach nastał mrok. Oleg leżał i leżał, wstawał tylko jeść i w razie potrzeby, a potem znów leżał i leżał. O ile wcześniej nie spał wcale przez kilka miesięcy, o tyle teraz spał nawet czuwając. A przynajmniej miał takie wrażenie.

Oleg opuścił patio i skierował się do szpitalnej biblioteki. Szedł niemal powłócząc nogami. Bibliotekarka uśmiechnęła się przyjaźnie. Młoda, piękna kobieta. Oleg nie potrafił odpowiedzić uśmiechem, więc wydukał jakiś niezgrabny komplement. Upokorzony i bezsilny, zaszył się między półkami. Wyciągnął pierwszą lepszą z brzegu książkę i ciężko klapnął na pluszowy fotel przy czytelnianym stoliczku. Spojrzał na książkę niechętnie. Nie miał ochoty czytać i nie mógł czytać. Przeczytane zdania rozpadały się na słowa i nie potrafił uchwycić ich sensu. Porzucał lekturę po kilku stronach. Pokiwał smętnie głową i zrezygnowany otworzył książkę na przypadkowej stronie. Sierp Saturna – przeczytał. Początek rozdziału zdobiła mała grafika jakby literki „h” lub śmiesznie wyglądającego krzesełka, której znaczenia nie odgadł. Przeczytał pierwsze zdania:

Przy opozycji władcy Ryb i z Jowiszem na ascendencie, Kirow przedsięwziął odpowiednie środki bezpieczeństwa. Nasikawszy do rozrobionych farb, namalował cienkim pędzelkiem całkiem udany obrazek marynistyczny. Następnie, przygotowawszy wcześniej solidny słój wyśmienitych kiszonych ogórków, usiadł przed kominkiem i upił się do nieprzytomności. Wcześniej jednak zwymiotował treść żołądka na świeżo namalowany obraz. Zapadając w odmęty nieświadomości miał nadzieję, że rano powtórzy to raz jeszcze…

Oleg opuścił ręce, a po chwili odłożył książkę na stolik i pokręcił z niedowierzaniem głową. Rozpacz, pomyślał. To już koniec. Dłużej już tego nie wytrzymam, wszystko i wszędzie straszne i bez sensu. Usiłował wstać, ale się zawchwiał. Odetchnął kilka razy głębiej i powziął wielką decyzję. Pójdę do łóżka, pomyślał. Trwał jeszcze jakiś czas bez ruchu, a potem chyłkiem opuścił bibliotekę. Bibliotekarka była tak piękna, że wstydził się powiedzieć jej „do widzenia”.

Kiedy leżąc pogrążał się w letargu wiecznego utrapienia, przypomniał sobie o nadchodzącej grozie zbliżającej się daty. Pojutrze miał urodziny i ojciec zapowiedział swój przyjazd. W jednej z serdecznych rozmów przez telefon oznajmił, że ma dla niego wyjątkowy prezent, który pomoże mu zrozumieć jego kłopoty. Jako artysta będziesz nim zachwycony – entuzjazmował się ojciec. A z tortu wyskoczy nie byle jaka ślicznotka – dodał.

To będzie straszne, pomyślał Oleg. Jego udręka sięgnie zenitu. Zenitu, powtórzył i zatrzymał się na chwilę przy tym słowie. Co właściwie znaczy to słowo „zenit”. Gdyby teraz ktoś poprosił go o wyjaśnienie jego znaczenia, definicję, to umarłby z przerażenia. Zenit, nadir, słońce w zenicie – to wszystko tłukło mu się w głowie w kompletnym pomieszaniu i choć dobrze znał znaczenia wszystkich tych słów, to miał wrażenie, że nie rozumie żadnego z pojęć. Spojrzał ukosem na sąsiada w sali. Ten rysował coś na kartce papieru. Oleg uniósł się na łokciu, żeby zerknąć na wysiłki starego mężczyzny w początkach demencji. Najpierw zobaczył w jego ręku charakterystyczny długopis marki „Zenit”, a potem półksiężyc kreślony z takim naciskiem siły, że niemal do przedziurawiania kartki. Zamknął oczy i opadł na poduszkę. Sierp Saturna – przyszło mu do głowy wspomnienie z biblioteki. Drzwi się otworzyły i schludnie ubrana pielęgniarka wniosła do pokoju obiad w pudełkach z pianki. Oleg uchylił niechętnie gorącą jeszcze pokrywkę i ujrzał kaszę z gulaszem, która przypominała świeże wymiociny. Obok, w przegródce, leżały dwa kiszone ogórki.


Ananda był pięknym dwudziestosześcioletnim mężczyzną o urodzie młodzieńca. Jego ciało formowała gracja boskiego ładu, w której krył się czysty dar natury. Każdy ruch Anandy odbijał słodycz, powab i spokój, jakimi cieszył się w radości swojej niczym nie zmąconej świadomości. Miłość płynęła od niego strumieniem wolnym jak w potężnej rzece i każdy kto go spotkał mógł doświadczyć tej błogości. Życie Anandy wypełniało szczęście i choć żywił dla wszystkich głębokie współczucie, to obca mu była zadra jakiegokolwiek cierpienia. Gdziekolwiek się pojawiał, nie towarzyszyły mu żadne przeszkody. Ludzie zaczynali dzielić stan jego umysłu i zawsze otrzymywał więcej, niż mógł sobie zażyczyć. Ananda był jednym z najpopularniejszych nauczycieli w Indiach. Jego Aśram, położony w bajkowej urody ogrodzie, odwiedzały setki tysięcy ludzi rocznie. Ananda pamiętał wszystkich.


Był ranek i Ananda biegał na bieżni. Uwielbiał te doskonale estetyczne maszyny, z eletronicznymi wyświetlaczami pikającymi w tak dyskretny sposób. Bardzo lubił kontrolować na monitorze te wszystkie funkcje i zderzać ich pomiary z intuicją swojego jogicznego doświadczenia. To była fajna zabawa. Jednak niebo nad Anandą nie było całkowicie bezchmurne. Od miesiąca trwała medialna nagonka, której stał się głównym bohaterem. Chodziło o molestowanie seksualne, gwałt na jednej z turystek. Prasa kipiała brukowym potencjałem, a wszelkie wyjaśnienia Anandy natychmiast przybierały charakter przesądzający o jego winie. Ananda był niewinny i nie potrafił się tym martwić, ale współczuł tej niezrównowazonej kobiecie, która go oskarżyła. Ten medialny hałas z pewnością nie był czymś, co mogło dobrze wpłynąć na stan jej zdrowia.


Ananda mógł się kochać z kobietami, ale nie odczuwał żadnego przymusu płynącego z popędu. W swoim wnętrzu był całkowicie zrównoważonym androgynem. Gwałt był dla niego bliski abstrakcji. Spojrzał na zegarek i uznał, że najwyższy czas udać się na spotkanie z bezpośrednim przełożonym. Wyłączył maszynę. Kiedyś kilka razy zdarzyło się mu z niej spaść. Jeśli bowiem regulował dynamikę ruchu i oddech blisko energetyki wyćwiczonej asany, popadał w ekstatycznie przestrzenne samadhi, w którym tracił kontrolę nad ciałem. Miało to jednak miejsce sześć lat temu i od tego czasu zrównoważył już wszystko, co było do opanowania w sytemie klasycznej jogi. Teraz nawet spontaniczne eksplozje radości nie zaburzały jego przytomnej i zrelaksowanej uwagi.


Wyszedł na zewnątrz. Ludzie wykrzykiwali pozdrowienia z tarasu orchidei. Natychmiast otoczyło go mrowie uczniów i przyjezdnych. Ananda przepłynął przez tłum jak w rydwanie Krishny i nikt nie został bez uśmiechu oraz serdecznego dotyku dłoni. Trzeba było mieć kondycję. Śri Maharaj Atti czekał na niego w swoim pokoju, jak zwykle pochłonięty hodowlą białych szczurów. Ananda miał pewne wątpliwości do jego merytorycznej oceny przyczyny tej wizyty, bo umysł Maharaja w zastraszającym tempie dewastowała postępująca choroba Alzheimera. Tak jak się spodziewał, szczur siedział na głowie bez reszty rozradowanego staruszka. Ananda złożył dłonie i ukłonił się nisko. Potem podszedł i zdjął szczura z głowy przełożonego. Usiadł wygodnie, głaszcząc czule białe futerko czarnookiego łobuza. Śri Maharaj nie mógł się już chyba uśmiechać szerzej, ale mógł dłużej, więc na razie siedzieli w milczeniu. W końcu czczigodny starzec skinął głową i podniósł palec do góry.


- „Tam gdzie pojedziesz urodziłeś się wtedy, kiedy Słońce było w znaku Byka” – powiedział.


Ananda szybko przełożył dane na europejski system astrologii. Skądinąd wiedział, że starzec hobbystycznie wielbił tarota, w którego sztuce usiłował edukować szczury.


- W jakim celu? – zapytał pogodnie.


Śri Maharaj rozłożył bezradnie ręce i wygiął usta w podkówkę.


- Jesteś ulubieńcem Krishny, ale tego nikt mi nie powiedział. Musisz jednak zapobiec nieszczęściu tej dziewczyny, bo grozi jej gwałt – stęknął.


No tak… pomyślał Ananda. Śri Maharaj przez chwilę mocował się z czymś w szufladzie, a potem podał Anandzie nadgryziony przez szczura bilet lotniczy.


- Pojutrze na niebie parada. To chyba coś znaczy i miałem ci to powiedzieć, ale niestety zapomniałem… W każdym razie… Czy czegoś potrzebujesz, mój kochany synu?


Ananda uściskał starca. Zdawał sobie sprawę, że może po raz ostatni. Spojrzał na bilet i uznał, że wakacje od tego zgiełku wokół jego osoby, to wcale nie jest zły pomysł.


Ananda był przyzwyczajony do tego, że jeżeli chce się zrealizować cel, to okoliczności powinny wyłonić środki. Toteż nie martwił się swoją niewiedzą celu podróży. Jeśli starzec dotykał prawdziwej potrzeby, to rzecz wkrótce się wyjaśni. A miał u boku naprawdę wyborne towarzystwo – wszystkich indyjskich bogów.


Karolina weszła na twarde maty tatami w czerwonych szpilkach. Wypadało to sprawdzić. Odciski po obcasach nabrały leniwego oddechu i wygładziły powierzchnię do spokojnej toni ascetycznej pustki. Kaligrafia wisiała na ścianie. W pokoju nie było niczego innego. Doprawdy trudno ją dostrzec, pomyślała znudzona.
 

- Nic nie jest – usłyszała niski głos.


Drgnęła bardzo na siebie zła. Nikogo wcześniej nie słyszała. Mieszkanie było puste, sprawdziła to. Kilka tysięcy złotych przeszło obok nosa i nie trzeba było go mieć, żeby wyczuć początek problemów. Było gorąco, a ona właśnie się spociła, postanowiła więc nie kryć swojej irytacji.


- Ach tak. Nie obchodzi mnie to, przyszłam ukraść ten zakichany obrazek – wypaliła.


Kwestia padła w półobrocie i stanowiła zdecydowany kiks intuicji. Stał przed nią olbrzym. Karolina była wysoka i stała na szpilkach, a mimo to nie sięgała mężczyźnie nawet do pachy. Facet, całkiem dosłownie, mógł zasłonić słońce…


- Nikt nie wie dlaczego – usłyszała głos urodzonego lektora.

- Co dlaczego…? – zapytała zaskoczona.

- Dlaczego taki duży urosłem – westchnął mężczyzna. – Tata, mama, wujek, cała rodzina… to byli ludzie średniego wzrostu. Japońska norma.


Mężczyzna wykonał uprzejmy gest ręką i skierował się do kuchni.


- Napije się pani czegoś? Bardzo dzisiaj gorąco – dodał tonem niemal usprawiedliwienia.


Karolina zawahała się i po chwili ruszyła za nim.


- „Byli” – zapytała zmieszana.

- Tak – mężczyzna napełnił szklanki sokiem pomarańczowym. – Wszyscy oni już nie żyją. Wszystkich zabiłem – poprawił się po upiciu łyku zimnego soku. – Przepraszam, nie przedstawiłem się – dodał. – Nazywam się Edo Toriaki. To anagram Ikatori. Z zawodu jestem mordercą, z powołania też. Przedstawiam się może niepotrzebnie, bo zapewne zna pani godność okradanej przez siebie osoby, ale liczę na wymianę uprzejmości.

- Karolina – warknęła ponuro Karolina.


Mężczyzna wskazał krzesło przy stole. Sam stał przy kuchennym blacie. Żadne krzesło w tym pomieszczeniu nie sprawiało wrażenia, że może służyć pomocą dla Edo. Olbrzymi Japończyk popijał spokojnie sok, wpatrzony w ścianę przed sobą. Karolina zaczęła się niecierpliwić.


- Tak? – rzuciła gniewnie.


Ikatori jakby ocknął się z zamyślenia.


- Oczywiście. Może pani zabrać to, po co przyszła. Nie mam nic przeciwko. I proszę wybaczyć, że nie jestem dzisiaj skłonny do konwersacji, ale jest bardzo gorąco i mam wrażenie, że przez to ciążą mi na sercu wszystkie te trupy… Szczególnie z wczoraj.

- Dlaczego mi na to pozwalasz? – Karolina czuła w głowie jakąś pustkę.


Japończyk ostrożnie odstawił szklankę. Spojrzał na Karolinę niezmiernie łagodnym wzrokiem i uśmiechnął się uprzejmie.


- To bardzo poszukiwana kaligrafia. Trafiła do mnie przed tygodniem. Były właściciel jest moim obecnym zleceniodawcą, a pani zleceniodawca jej przyszłym właścicielem. Rozumie pani?


****


Przez chwilę Karolina czuła się jak mała dziewczynka, której tatuś dał prezent. Tyle tylko, że była zła. Bardzo na siebie wściekła. Ona, mistrzyni miecza, paraduje z tym głupim i właściwie podarowanym jej obrazkiem, wystrychnięta na dudka przez Japończyka wielkoluda. Historia godna animowanej bajki porno. Uspokoiła się dopiero w taksówce. Skupiła się na zabawie sztyletem. Błyszczał w smukłej dłoni o nienagannie wypielęgnowanych paznokciach; w lusterku śledziła ruch szczupłego przedramienia w czarnej błyszczącej skórze. Taksówkarz dwa razy powtórzył pytanie o adres.


Antykwariusz był świrem. Uważał się za faraona od czasów Atlantydy. Karolinę zainteresowała geneza. Stało się to na wycieczce do Egiptu. Dziwnym trafem udało mu się wleźć do sarkofagu w komnacie królewskiej i tam spłynęło na niego objawienie reminescencji. Wrócił już jako faraon.


- Stwarzasz sobie cieżką karmę – powiedział nader smutnym głosem.

- Wyślij mi światełko – rzuciła lekko.


Oprócz tego, że był idiotą, był też siostrzeńcem właściciela antykwariatu. Wujek traktował to zatrudnienie w charakterze pomocy osobie niepełnosprawnej. Głównym zajęciem antykwariusza było robienie piramid. Całą wolną powierzchnię antykwariatu wypełniały piramidy różnej wielkości. Resztę czasu poświęcał obsłudze klientów.


Karolina bez zwłoki przeszła na zaplecze. Wystukała kod na panelu elektronicznego zamka, położyła grafikę na stole i zabrała kopertę. Wyszła bez słowa. Antykwariusza pochłonęło wypełnianie piramid kryształami.


Adres. Po odbiór 20 tysięcy. Pojutrze.


Karolina obróciła się na pięcie i wróciła do antykwariatu.


- Potrzebuję piramidki dla mordercy – powiedziała szybko.


Gdyby Michał był przytomny, zobaczyłby swoje odbicie w szkłach jej wąskich okularów przeciwsłonecznych. Patrzył całkiem nieprzytomnie.


- Tam – wskazał. – Jest dostrojona do Anubisa, ale położona na sercu pozwala spalić ogniem Heru Ra.

- Aha – Karolina odwróciła lekko głowę.


Piramidka była zrobiona chyba z czrwonej miedzi, a jej wnętrze wypełniała skomplikowana geometryczna sieć cienkich srebrnych pręcików. U szczytu, w otoczeniu małych kryształków różnej barwy, tkwiła złota kulka. Karolina spojrzała zdumiona na tego bez wątpienia stukniętego człowieka.


- Ile? – zapytała rzeczowo.

- Drobiazg – antykwariusz przetarł zmęczone od szkła jubilerskiego oko. – Na dobrą drogę – dorzucił tajemniczo.


Po drodze zawitała na chwilę do domu, wypiła mrożony sok z kiwi i zabrała miecz. Pięć minut później stała przed Japończykiem.


- Prezent – wyjaśniła.


Edo postawił piramidkę na szklanym stoliku w salonie. Musnął palcem szczyt, naciął skórę czubka palca i delikatnie pstryknął kroplą krwi w przestrzeń.


- Heru ra ha – powiedział cicho.


Karolina odrzuciła lekko połę czarnego płaszcza i jednym płynnym ruchem wyciągnęła miecz zadając cios. Japończyk pewnie chwycił ostrze w dłonie, wielkie jak dwa bochny chleba, przekręcił gwałtownie nagarstki i z dziecinną łatwością złamał miecz. Karolina z przyjemnością złowiła ostatnie dźwięki pękniętej stali.


- To nie jest najlepsza stal – odezwał się spokojnie Edo.

- Nie musisz być taki delikatny… – słowa Japończyka rozbawiły Karolinę. – W końcu to tylko rynkowa tandeta.


Edo skinął głową.


- Prezent przyjęty? – zapytał po chwili.


Karolina odpowiedziała skinieniem.


- Jestem głęboko wdzięczny – Ikatori podziękował ukłonem.


***


Japończyk jeździł czarną Toyotą Land Cruiser z lustrzanymi szybami. Jeśli przednie siedzenie kierowcy zostało specjalnie opuszczone, to Karolina tego nie zauważyła. Niemniej nadal nie mogła ogarnąć tego, jak udało się Edo zmieścić w Toyocie. Samochód pracował niemal bezgłośnie, a Edo prowadził pewnie jak kierowca rajdowy. Rezydencja pałacowa mieściła się na wzgórzu opodal centrum miasta. Otaczał ją park zaprojektowany na labirynt. Między równo przyciętymi krzewami przechadzały się pawie. Karolinie bardzo podobały się te krzewy, ale nie znała ich nazwy.


- Co to za rośliny? – zapytała.

- Częściowo bukszpan wieczniezielony. Buxus sempervirens. Górę tworzy garb pospolity. Carpinus betulus – odpowiedział Edo parkując.


Zieleń pływała w złocie słońca, temperatura musiała sięgać blisko czterdziestu stopni. Karolina usłyszała wrzaskliwy jęk pawia. Przypominał dźwięk żałosnej trąbki.


- Tutaj muszę cię zostawić – zwrócił się do niej Edo. – W centrum labiryntu jest podziemne wejście do jednej z pałacowych willi. Jest tam patio, na którym stoi kilkunastometrowa piramida. W piramidzie znajduje się palmiarnia i ptaszarnia. U jej szczytu jest gabinet zleceniodawcy. Powodzenia.

- Jakaś mapka? – zadrwiła.

- Tylko pawi klakson… – odpowiedział szczerze zmartwiony Edo.


Być może było to dziwne, ale Karolina nie zastanawiała się nad tym. Dotarła do środka labiryntu bez najmniejszego problemu, nie myląc żadnego przejścia. Nie sposób było pomylić przejście, skoro ani przez chwilę o żadnym nie myślała. Przeszła ten labirynt jak w transie i nim zdążyła pomyśleć gdzie jest, już była w samym centrum. Stała tam wysoka fontanna z rzeźbą narodzin Wenus. Karolina zeszła schodkami w dół i przez chwilę rozkoszowała się chłodną temperaturą marmurowego tunelu. Trzysta kroków potem weszła w światło pokojów willi.


Patio było olbrzymie, a piramida wydawała się niemal tak wielka jak góra. Wybrała windę. Za oszklonymi ścianami wirowały kolorami egzotyczne ptaki. Klimatyzacja działała nienagannie. Nie przepadała za parną atmosferą palmiarni i ogłuszającym wrzaskiem ptactwa. Z dużym zadowoleniem powitała ciszę, chłód i przestrzeń ostatniego piętra. Drogę do gabinetu zdobiły abstrakcyjne obrazy, przeważała stal, szkło i kryształ. Drzwi odsuwały się bezgłośnie, zainstalowano bardzo czułe fotokomórki. Nad głową miała czysty błękit nieba.


- Witam – usłyszała melodyjny baryton.


Mężczyzna mógł mieć lat sześdziesiąt lub trzydzieści. Na sześdziesiąt lat oceniła jego wygląd, na trzydzieści energetykę i witalność. Szczupła twarz, surowe rysy, ale ujmujący uśmiech śnieżnobiałych zębów. Włosy białe jak mleko, dosyć gęste jeszcze i opadające na ramiona. Wąski orli nos. Szczupłe, elastyczne mięśnie. Bardzo dziwne jak na sześdziesięciolatka…


- Aaron Kubrit – przedstawił się energicznie.

- Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedziała nie podając imienia.


Ściągnął pogodnie brwi, odsuwając głowę niczym ptak.


- Przeszła pani labirynt! – twarz rozpromienił uśmiech.


Karolina milczała.


- Tak – Aaron zdawał się coś gorliwie potwierdzać przytakując głową.


Znowu jak ptak… pomyślała Karolina.


- Teraz wszystko pójdzie już jak z płatka – zapewnił. – To już wszystko, dziękuję.


Dotknął życzliwie ramienia Karoliny i delikatnie acz stanowczo odprowadził ją do wyjścia. Pożegnał się serdecznym uśmiechem.


Ktoś tu zwariował, pomyślała Karolina.


***


Edo czekał na parkingu, skubiąc ziarna słonecznika. Nie jadł ich, wydobywał nasiona nieprawdopodobnie grubymi paluchami. Karolina przystanęła niedowierzając. Łuskał nasiona bezbłędnie i z wyczuciem, używając opuszków palców. W tej sytuacji należało powiedzieć raczej poduszek.


- Gratuluję – powiedział ciepło.

- Czy jest może coś, o czym nie wiem? – odparła.

- Najważniejsza była inicjacja. Teraz możesz już wypełnić swoje zadanie.


Ziarna słonecznika na ziemi wyglądały jak usypana mandala. Edo odrzucił pusty kwiatostan i otrzepał ręce. Jakie, kurwa, zadanie, miała ochotę powiedzieć Karolina, ale w dziwny sposób nagle poczuła się bardzo odprężona.


- Kiedy dostarczysz kaligrafię – Edo mówił nadzwyczaj wyraźnie – Rozpocznie się jego podróż. Ty zakończysz ją we właściwym momencie.


I wtedy Karolina poczuła, że tak właśnie powinno być.


***

Kra… kra… kra. Pusty szablon czarnej treści. Może leży tam orzech, może zostanie rozpołowiony grubym dziobem. Odpowiedz. Powyżej sekundy i kilku dziesiętnych, był czas dla kota, nim rozpostarte skrzydła rzuciły cień. Odbitka naświetlonego negatywu i twardy orzech do zgryzienia.

To takie oczywiste. Po pierwsze, naturalne. Taka już jest. Po drugie, to około dwadzieścia różych rodzajów substancji regularnie wcieranych. Każdego dnia, co kilka godzin. Piękny zapach, gładka skóra. Poezja. Pamiętasz tego słonia w ogrodzie zoologicznym? I co z nim? Można go opisać przez wiele narracji, mnożąc perspektywę widzenia, aż w końcu słoń zniknie. Aha. Podaj mi krem.

Cukrówka. Drobi na parapecie. Oczko jednoznacznie wpatrzone. Kra… kra… kra. Torebkę  z ziarnem należy nieco nadmuchać, a potem huknąć po eksplozję. Cały parapet zasypany ziarnem. Ona i tak przyleci. Jutro. Pojutrze. Na tym parapecie czeka jedzenie.

Kra… kra… kra. Przysiadł. Skąd ta pewność, że on. Gdybym tak ruszył głową, to jak zinterpretowano by moją mowę ciała. On był ironiczny. Na pogrzebie matki! Widzieliście? Łupał zębami orzechy! A ten ukruszony przedni ząb? To przez kapsel od piwa, i to ten odkręcany!

Gruu… gruu… gruu. No,  gołąb… Ba! ale jaki? Oj, ten leśny… Ostatnio sporo ich się namnożyło, emigrują do miast. Byczy gołąb, bydle większe od rozmiaru mojego żołądka.  A w Hiszpani toczy się corrida. Ja na arenie naprzeciw byka – to moja fantazja.  

Obudź się, synku. Co, już rano? Zaspałeś. Gdzie jest mój krem? Kra… kra… kra. To za szybą? Co ty pieprzysz?! Teraz to nieważne, ale przy okazji, gołębie zasrały parapet!

Kruk jest twoim ojcem. Co? Przecież to wrona. Gawron. No, gołąb… Ba! ale jaki..?

W atlasie ornitologicznym jest tyle ptaków, które rzekomo występują w mieście, że nie zobaczę połowy przez całe swoje życie… Opisz je z różych perspektyw widzenia… No co ty? Gruu… gruu… gruu.

Kra… kra… kra. Jedna sekunda i kilka dziesiątych.

Kot! Ale sprytnie, ale sprawnie! Naświetlony negatyw w odbitce! Cień.

Parapet. Suchy dźwięk drobnych trójpalczastych łapek. Akcentują pazurki. Reperkusje ziarna. Wypęczniały w twardą skorupę orzecha. Kra… kra… kra. Parapet przyczepiony do okna, przymyka się powieka.

Szara, szorstka, gruba. Delikatna, czuła, uchwytna. Taka trąba i mały orzech. Między dwa  kły, mięsisty język i spokojne oczy. A po upływie trzech dni, kto rozgrzebie gówno? I po co? Twarda rzeźbiona faktura, frapujący kształt smacznego wnętrza. Kra… kra… kra.

Widziałeś tego kruka?! Wronę… gawrona. Nieważne, podaj mi krem, albo oliwkę. A gołąb..? Zasrał parapet.


  • RSS