diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2013

Krótka historia małej komórki wielkiego Nowotworu. Małej żaróweczki. Warto jednak dla porządku odnotować, że na żaróweczce jest właściwy klosz, a prąd płynie z gniazdka.

Klosz nie jest przesadnie imponujący, ale za to bardzo szybko rozpoznano charyzmat. Ksiądz Tomasz był młody, przystojny, wesoły i grał na gitarze. Powierzono mu młodzież. Były wyjazdy, obozowe imprezy, śpiewy przy ognisku – nader elastyczna forma skostniałych rekolekcji.

Nie trzeba było długo czekać na sympatię i popularność. Ujmująca osobowość i powierzchowność. W końcu płeć piękna zawiązała spisek. Kolejne ognisko zapłonęło brzemiennym pytaniem. Tomek, jak to właściwie było z twoim powołaniem? Ty zawsze byłeś taki… no, fajny? (śmiech) Bo tak się zastanawiamy, a wyrażam opinię chyba nas wszystkich (śmiech), że ty mógłbyś mieć każdą kobietę i być z nią szczęśliwy… Jak więc to było? (śmiech).

Zaczęło się od tego, że jak byłem małym berbeciem, to babcia zabierała mnie z sobą do kościoła. Pustego kościoła, w tygodniu, gdzie się modliła. Miała zwyczaj spędzać w tym kościele dużo czasu, a ja jej towarzyszyłem. Babcia siedziała w ławce po kilka godzin, a ja po prostu wykorzystywałem ten czas na zabawę. Byłem raczej grzeczny, a babcię bardzo kochałem. I zawsze po wyjściu babcia powtarzała: Tomeczku, modlę się o twoje powołanie, żebyś był księdzem. Wkrótce potem babcia zmarła, a ja powędrowałem do szkoły podstawowej. W moim domu religia interesowała tylko babcię, więc nie chodziłem już więcej do kościoła. W szkole miałem dużo kolegów, wszyscy mnie lubili, uczyłem się dobrze i ładnie rysowałem. Nie sprawiałem żadnych problemów i wspominam szkołę jako udaną zabawę. Potem było liceum i rzecz miała się podobnie. No, może trochę więcej rozrabiałem (śmiech). Imprezy, dziewczyny… Ale bez przesady i stwarzania kłopotów. I tak nastał czas studniówki, na która wybrałem się ze swoją ówczesną dziewczyną. Był alkohol, dobra zabawa, taniec, namiętne pocałunki i równie gorące wyznania… Mówiła mi, że bardzo mnie kocha, a i ja byłem zakochany, więc nie miałem żadnych problemów i czułem się szczęśliwy. Ale po tej imprezie, w domu, poczułem nagle w sobie dziwny smutek, jakiego wcześniej nie doświadczałem. Takie dziwne uczucie jakby tęsknoty, lub żalu. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, więc pomyślałem sobie, że pewnie tęsknie do mojej dziewczyny. Spędzałem więc z nią więcej czasu i dobrze się bawiłem, ale to dziwne uczucie nie ustępowało. Aż w końcu zacząłem się tym niepokoić. Czułem w sobie ten smętek i nie mogłem go określić. To mi przeszkadzało i coraz częściej o tym myślałem. Któregoś razu, pod wieczór, pomyślałem sobie, że może to jest tak, że ja czuję się szczęśliwy po prostu kochając – czując miłość, a nie będąc zakochanym… No, taka po prostu zaświtała mi myśl. I odtąd ta myśl już mnie drążyła w najlepsze. Nie czułem się z tym bynajmniej dobrze. Wręcz przeciwnie. Myślałem nawet o tym, czy to aby nie jest jakoś nienormalne i miałem duże wyrzuty sumienia. Bo jak to? Jak niby mam teraz odpowiadać swojej dziewczynie? Tak, kocham cię bardzo, ale nie tylko ciebie… Bardzo mnie ten problem destabilizował i byłem blisko zwrócenia się do kogoś o pomoc. Chciałem pójść do psychologa i porozmawiać. Ale kolejnego wieczora, znękany tym stanem, wątpliwością i pytaniem, wybrałem się na długi spacer. Krążyłem bez celu, włócząc się po okolicy i wciąż rozmyślając nad jakąś odpowiedzią, rozwiązaniem. I kiedy podniosłem głowę, to zobaczyłem przed sobą katedrę. Wszedłem do środka i usiadłem w ławce. Było pusto i cicho. Przypomniałem sobie moje wizyty z babcią w kościele i spojrzałem na ołtarz, na ukrzyżowanego Chrystusa. Przyszło mi wtedy do głowy, że być może on kochał podobnie… Że kochał tak po prostu w ogóle, wszystko i wszystkich… I stąd ta gotowość ofiary… I właśnie wtedy poczułem ulgę i zrodziła się we mnie myśl, że może powinienem wstąpić do seminarium… Wychodzi więc na to, że stała za tym moja babcia, więc jeśli macie jakieś pretensje, to w takim razie proponuję – do niej.. (śmiech).

Są różne żaróweczki. Mniejsze, większe, słabsze i mocniejsze… Ale pozwólcie, że ja, z braku lepszej pointy, po prostu zgaszę światło…

Natalii Siwiec w podziękowaniu

ten ożywiony frankenstein
miał wszelkie cechy doskonałości
mojego rozkładu

odnajdywałem dziwną przyjemność
obserwując podczas zabawy
niezdarne próby złapania piłki

i okropnie komiczny taniec
niezgrabnych pozszywanych członków

raz zdobyłem się na gest współczucia
celując piłką w sam środek

tłustej rozedrganej odpychającej
masy

żałosne było to przerażone spojrzenie
paniczne powiewanie chirurgicznymi nitkami
zwisającymi z palców

ta nieszczęsna istota próbuje kochać
i jest wierna jak pies

na noc umieszczam go w formalinie
dla lepszego zapachu i odcienia skóry


  • RSS