Otarł pot z czoła żylastym przedramieniem. Na bezludnym pustkowiu wiatr był jego jedynym towarzyszem, nadzorcą i katem. Czasami dobiegało go wycie wilków, którym podrzucał krwawe ochłapy mięcha. Czuł ich przyjaźń i wdzięczność w przejrzystej poświacie księżyca. Kończył ustawiać czwartą kamienną wieżę. Tak wyrównał przyszłe rachunki i nie potrzebował przewodnika na swej odwrotnej drodze. Położył na szczycie ostatni najmniejszy kamień i zeskoczył z trzymetrowej wysokości. Wiatr układał wzorzystą tkaninę z zieloności traw. Chwycił kamienny młot i przystąpił do wyburzania budowli. Musiał się bardzo zmęczyć, bo wcześniej solidnie pracował. W szałasie czekał już kociołek z jadem węża, skóry i kości, trujące ziele. Zbliżał się nów, najlepszy czas na podłe czary.

Boleści zaczęły się wieczorem i trwały do rana. Przed świtem odebrano martwy płód, oczyszczono matkę zgodnie z obyczajem i złożono dziecię do grobu. Ciemny lud plotkował, a kapłani milczeli. Podobno pewien astrolog spalił tej nocy swoje zapiski, a inny kopał w ziemi zdechłe myszy. Być może tak było, ale nikogo nie interesował mały grób. Trzy dni później odkryto, że jest pusty. Fakt ten przemilczano za radą czcigodnego zgromadzenia świątynnego. Nieliczni zaś odnotowali, że watahy okolicznych wilków stały się w tym czasie agresywniejsze i do przedmurza dobiegało wycie, które sprawiało wrażenie złowróżbnego wyzwania. Trzydzieści lat później nikt już nie pamiętał tamtych wydarzeń, a żaden złodziej nie wyśledził obcego przybysza, który pod osłoną nocy zakopał w małym i zapuszczonym grobie krwisty rubin. Tak narodził się budowniczy wież.

***

Nie miał imienia, bo nie miał sobie równych. Znano jego pochodzenie i charakter, i pokładano w nim nadzieję. Odrzucił zaszczyt dowodzenia wojskami, ale stał na czele grupy trzydziestu ludzi, o których powiadano „cienie”. Bo każdy z nich był niemal nim, choć żaden mu nie dorównywał. Nie mieli języków i potrzeby mówienia. Mówiono, że z ich usług korzystali władcy mroku i płacili za to słoną cenę, bo zawsze gwarantują zwycięstwo. Byli najemnikami, jeśli sobie tego życzył. Jego godność podkreślały złote obicia wyprawionego z czarnej skóry twardego pancerza. Pozostali nosili się na czarno. Chodzili w lekkich kolczugach, skórzanych kaftanach, odziewali czarnymi płaszczami. Buty mieli wysokie, wygodne i nader drogie. Ich broń zawsze pozostawała tajemnicą dla miejscowych rusznikarzy. Jemu nadano przydomek „Skorpion”, oni byli jego jadem.

Nie takiego przebiegu bitwy oczekiwano, ale możni stali się zakładnikami jego odmowy. To nie on dowodził i nie było teraz sensu odmawiać złota za cenę życia, choć długo nie będzie komu na nie pracować. Nie po tym, co zobaczyli. Trzymał się na uboczu i nie wtrącał w plany. Podczas omawiania strategii pił wino i milczał. Nie spojrzał w ani jeden zwój z nakreślonymi mapami. Nigdy nie widzieli, kiedy znikał, bo poruszał się bezszelestnie. Mówił mało, cicho i jakby przezwyciężając niemoc. Czekał rozstrzygnięć i nie podejmował decyzji. Takiej wyniosłości nie widziano u żadnego króla. Do jego purpurowo – złotego namiotu nikt się nie śmiał zbliżyć, bo pałające oczy niemych skreślały zaproszenie. Kiedy nastał czas zamętu i paniki, puchar księcia uderzył w stół i przypieczętował umowę. Wtedy się zaczęło. Niemal w jednej chwili pomknęły smukłe czarne rumaki, a ich jeźdźcy wydawali się być z nimi zrośnięci i na nich niewidoczni. Rozproszyli się w połowie pola, przed zasięgiem nielicznych strzał u schyłku bitwy i każdy z osobna zaatakował pojedyncze ognisko, w którym liczebna przewaga wroga wieńczyła klęskę niedobitków. Nim posłaniec zdążył dojechać ze wzgórza do namiotu księcia, zaczął się histeryczny odwrót skądinąd dobrze zaprawionych w boju ludzi. Co rusz wśród szczęku padały głowy i pruły się trzewia, co z daleka przypominało czarne wiry, które siały wokół siebie bezlitosne spustoszenie. Kapitulację oblężenia książę przyjął przed wschodem księżyca. Czarnych jeźdźców żegnały tylko mściwe i bezradne spojrzenia możnych, którzy na zawsze żegnali miłość ze swych skarbców.

***

Rytuał rady miał miejsce podczas pełni i padło orzeczenie. „Ten, co się nie urodził i którego serce w grobie i ten, którego jad służy przebudowie, ich zjednaj ku sobie; każ braciom krwi jednego pucharu…”. Tutaj w orzeczeniu wyroczni następowała przerwa, a ponowienie ceremonii nie było możliwe. Czas uciekał i był zbyt cenny. Biała rada była niemal wykrwawiona, do zdobycia pozostały zaledwie trzy księstwa i ich trzy kryształy, a wtedy cała sieć zacznie generować siłę jego woli. Nikt nigdy nie skupił władzy nad dwunastoma ośrodkami i nie był tak blisko wszechmocy . Dwadzieścia tysięcy zbrojnych czekało na jego rozkaz, plenipotencje rad politycznych miał już w kieszeni. Cała odpowiedzialność spoczywała teraz na nim. Wszedł do komnaty na szczycie wieży i zamknął za sobą cicho drzwi. Podszedł do piramidy dziewięciu kamiennych kręgów i wpatrzył się w osadzone na szczycie czarne jajo, które odbijało światło gwiazd spod częściowo odkrytego zadaszenia. Był pierwszym spośród równych i tylko jemu wolno było przekroczyć próg komnaty. Co więcej, tylko on był zdolny odczytać pomyślną wskazówkę dla interpretacji orzeczenia. Obmył dłonie w niecce pierwszego kręgu i przetarł twarz. Należało ujrzeć sigil, obliczyć lokalizację i wysłać zaklętego posłannika. Przystąpił do pracy myśląc o ostatniej porażce. Był o krok od zwycięstwa, a stracił dwa tysiące ludzi na rzecz przeciwnika. I to kogo. Najbardziej rozpustnego księcia północy. Bawidamka i opoja, którego zdolności militarne mogły być jedynie źródłem żartów. Porzucił przygnębiające myśli i zaczął analizować jajo. To musiał być Antares. Nakreślił szybko pieczęć i przeszedł do żmudnych obliczeń. Odwzorowania wymagały precyzji ścisłego umysłu i niemałej dawki wyobraźni. Przeszukał kilka ksiąg, permutując użyteczne formuły. Teraz wystarczyło sprowadzić dziewicę i uczynić z niej medium, a potem zakląć wysłannika. Kandydat był gotowy i czekał. Troskliwie wyselekcjonowany zabójca. Przyjdzie mu spędzić bardzo przyjemną, ale ostatnią dla niego noc. Umysły morderców najlepiej służyły posłańcom, ale nie pamiętał by którykolwiek wrócił później do siebie. Za to nikt nie dorównywał owładniętym w okrucieństwie, sile i determinacji. Jednak jego wiedza i doświadczenie mówiły co innego. Bowiem w swoich snach widywał człowieka w czarnej zbroi, którą pokrywały złote zdobienia. Na każdym pasku złotej blachy, tkwił sigil pokonanego wysłannika. Rada potwierdziła sny, a on przygotowywał kolejnego. Na szczęście nie musiał się troszczyć o dalsze losy zagadki wyroczni. Każdy posłannik to potężny demon o wiedzy danej z góry, więc mógł już odpocząć, bo na tym kończyła się jego rola.

Ciekawski tłum otaczał wieżę i chłonął łakomie uroczystą procesję. Czarna rada wiodła kapłankę – dziewicę, dziewczę której twarzy nie mogli ujrzeć. Trzymała w dłoniach kwiat róży, a jej oblicze spowijał woal. Cała ceremonia trwała krótko i gapie byli wyraźnie rozczarowani. Zawiedzeni, powoli rozchodzili się do domów. Parę piorunów z wieży nie polepszyło nikomu nastroju. Na opustoszałym placu został jeden człowiek. Zerknął na szczyt budowli, spojrzał na dogasające pochodnie i wyjął z woreczka u pasa pióra i kości. Szepnął pod nosem kilka słów i rozrzucił zawartość sakiewki na piasku. Wiatr smagnął piórka i przesunął kości. Człowiek obejrzał wzór na piasku i podniósł oczy wypatrując księżyca. Na letnim niebie skrzyły się gwiazdy. Ciszę przerwały głośne i zdławione jęki kobiety, które dobiegły z wieży wraz z poświatą wschodzącego księżyca. Mężczyzna odszedł i opuścił mury miasta. Kilka godzin później zatrzymał konia przy starym cmentarzysku. Zwinął się w kłębek i zasnął przy grobie usypanym z kamieni. O świcie obudził go dźwięk zawalonego usypiska. Przeszukał rozsypaną stertę i znlazł ten, na którym pojawił się dziwny wzór. Odchodząc, rzucił na stos srebrną monetę. Nikt nie znał celu jego podróży, a on kierował się tylko jedną, mocno jaśniejącą na niebie gwiazdą.

***

Tego człowieka nazwano demonem. Wsławił się zdobyciem dwóch księstw i okrucieństwem, którego nie ogarniała wyobraźnia ludzi. Dowodził niezwyciężoną armią i nie miał sobie równych w polu bitwy. Nie dlatego jednak przylgnął do niego ten przydomek. Powiadano, że jest nieobecny, jakby niezaspokojony w żądzy gwałtu i wciąż czegoś poszukuje. Ale żaden z popleczników nie miał na ten temat wiedzy, a wśród najbliższych podwładnych budził grozę. Miał przed sobą jeden cel: ostatnie księstwo. I tym niby żył, ale świta widziała, że szuka ponad to i nikt nie znał przyczyny oraz celu. Na granicy południowo – wschodniego księstwa zgromadzono trzydziestotysięczną armię, której nikt nie mógł sprostać. Biała rada ostatniego z księstw, wątła i przetrzebiona w mocy, nie żywiła żadnej nadziei. Zbliżał się czas nowej ery i historii. Nikt już nie żywił co do tego żadnych wątpliwości.

Poselstwo przybyło do niego przed południem. Przyjął ich na otwartej przestrzeni przed zamkiem. Towarzyszyło mu siedmiu niemych spośród trzydziestu. Miał na sobie swoją zbroję i milczał swoim zwyczajem. Goście byli dostojni, ostatni wolni z białej rady i kilku zbrojnych. Rozpoczęły się negocjacje. Zażądał szesnastu wozów złota, lecz księstwo miało tylko trzy. Włożył do ust pachnące źdźbło trawy i śledził wzrokiem przepływające obłoki. Potem, lekceważąc pełne trwożliwej nadziei spojrzenia, skinął głową i dosiadł konia. Ucztowali pełni wątpliwej ulgi pod otwartym niebem, gdy on mknął na ognistym rumaku. Zatrzymał wierzchowca na obrzeżach włości. Przeprowadził go przez bagna i wydostał się na pustkowie. Widocznie była mu potrzebna samotność i czas po decyzji, za którą stała jakaś nieokreślona tęsknota. Dosiadł ponownie konia i spiął do galopu. Obumierały drzewa i wysoka trawa, zbliżał się bezkres stepu. Ściągnął lejce i osadził konia. Zeskoczył z siodła i sycił zmysły bezmiarem wyłaniającej się przestrzeni. Wtedy w oddali dojrzał dwie małe sylwetki. Ruchliwe, zmienne i podążające ku niemu. Czekał zaciekawiony. Były to wilki, młode i rozbawione. Najwyraźniej bracia z jednego miotu. Patrzył na zwierzęta ubawiony, a one zatrzymały się o kilka metrów i zamarły wyczekująco. Wsiadł na konia i pozwoli się poprowadzić. Niedługo potem ujrzał stos zawalonej kamiennej budowli, a obok trzy podobne rumowiska. Zsiadł z konia i zbliżył się do kamieni. Wilki przystanęły, rzuciły pożegnalne spojrzenie i pomknęły przed siebie. Podniósł z ziemi srebrną monetę i usiadł lustrując okolicę. Miał poczucie kresu i dopełnienia. Ogarnął go smutek i radość jednocześnie. A potem wrócił na zamek i dał znalezioną monetę niewidomej żebraczce.

***

Jeśli jakaś bitwa powinna przejść do legendy i stać się zaczynem mitu, to bez wątpienia właśnie ta. I tak też się stało i do dzisiaj żywa jest wdzięczność bardów i minstreli, trubadurów wzniosłego i pośledniego talentu. A śpiewali oni rymy, w których snuli zagadki dla przyszłych pokoleń. Bo dotąd świat czegoś takiego nie widział i nie wiadomo, czy kiedyś jeszcze ujrzy. A przyklasnąć tej rymowanej przesadzie nikt już się nie ośmieli. Był to czas, kiedy ważyły się siły, a jedna w drugą przechodziła niczym świt z nocy i dzień w zmierzch. Imion bohaterów nikt już nie pamięta, a ich zasługi to zaledwie mowa rymowana i drętwa.

Osiem tysięcy przeciwko trzydziestu tysiącom. Nikt więc nie dziwił się temu, że rada drżała i poddawała w drobiazgową wątpliwość każdą decyzję. Ważyło się światło ostatniego z kryształów i tak złudnie pojmowana wolność. Jeden tylko człowiek miał to w pogardzie i zdawał się lekceważyć mrok nadciągającej konieczności. Ale tylko jego słowo jeszcze coś znaczyło i dawało nadzieję. I ta nadzieja była jedynym ocalałym światłem ostatniego kryształu. Postanowiono coś, co nie miało sensu, lecz to właśnie on optował za tym rozwiązaniem. Chłodno i spokojnie, bez argumentacji i władczo. Być może przeważyła rozpacz, ale nikt już nie analizował przyczyny. Podjęto decyzję, złożono ofiary i rozpoczęto modły. Podszedł do tego wyrozumiale i nie silił się na kpiny. Wybrał spacer, bo jutrzejszy dzień miał być jego ostatnim. Na rynku potrącił starą kobietę i nie wiedział, że ta właśnie zmierza na cmentarz. Była niewidoma, ale bardzo szczęśliwa, bo miała w ręku zapłatę za swój pochówek i grób. Podarowaną jej srebrną monetę. Była szczęśliwa, bo wydostała się z cienia, choć jej życie było bardzo nędzne. Przeprosił staruszkę i pogłaskał jej siwą głowę, ale ona była zbyt radosna, by czynić mu jakieś wyrzuty. Bielmo jej oczu rozjaśnił uśmiech i była chyba jedyną osobą spośród wielu innych wokół, na której nie spoczywał ciężar aktualnej sytuacji. Tak, bez wątpienia nie zaprzątała sobie tym głowy i była szczęśliwa, że zdoła uniknąć królestwa wiecznych cieni, w co żarliwie przez całe życie wierzyła. A miała nie tylko srebrną i potrzebną monetę w dłoni, ale i wyraz swojego oddania w pamięci, bo jedyną córkę poświęciła kapłańskiej służbie. On minął mury miasta i pogalopował do purpurowo – złotego namiotu, gdzie czekało na niego trzydziestu towarzyszy. Miał im do zakomunikowania rzecz nader prostą, że jutro rano ruszą do ataku przeciw trzydziestotysięcznej armii. Sami. Z całą pewnością nikt z białej rady nie oczekiwał, że przekazanie takiej wiadomości może zostać uczczone winem.

***
Ranek powitał ich gęstą mgłą. Było chłodno i wilgotno. Na świątynnym wzgórzu osiem tysięcy dzielnych ludzi czekało na wyrok. Nikt nie widział wrogich sztandarów, ale dobiegał do nich głośny dźwięk trąb. Czekano w poczuciu rezygnacji. Wtedy powiał wiatr i pojawiło się trzydziestu jeźdźców. Lekko i jakby znikąd. Ich konie zdawały się stąpać bezgłośnie, bił od nich spokój. On przyjechał jako ostatni. Spiął delikatnie narowistego wierzchowca i osadził go nieruchomo w miejscu. Skinął lekko głową. Cienie spłynęły z wzgórza bezgłośnie i zakryła ich mgła. Ruszył ostatni, nie oglądając się za siebie. Dla ludzi zgromadzonych na wzgórzu były to najdłuższe godziny ich życia. Ich uszy łowiły zgiełk, tumult, rżenie i szczęk. Czekano aż mgła opadnie, lecz ta zaczęła rzednąć dopiero blisko południa. I było już cicho. Trzech z rady starszych, skinęło dowódcy głowami. Armia ruszyła w dół niecki między wzgórzami. Byli gotowi na śmierć, a czekał ich spacer z niewielkimi potyczkami. Ziemia usłana była trupami i nie ocalał żaden z trzydziestu. Tak dotarli na przeciwne wzgórze i zobaczyli pierwszego z nich. W jego zbroi doliczono się trzydziestu strzał, a on sam przyklęknął wsparty o miecz, którym przebił serce „demona”. Ciała trzydziestu pochowano i jego wraz z nimi. Rada świątynna zadecydowała, że jego zbroja posłuży za relikwię. I tak też się stało.

Tę kobietę ludzie szanowali i dożyła swojego wieku. Wiedziano, że kiedyś była kapłanką świątyni i poroniła dziecko. Ona sama nie znała swojej matki, bo jako niemowlę poświęcona została świątyni. Legenda powiada, że kiedy złożono ją do grobu, to na jej piersi lśnił krwisty rubin.