diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2013

qwesta

Brak komentarzy

Któż z nas nie pamięta smaków dzieciństwa? Tego nieuchwytnego posmaku, zapisanego gdzieś na styku kubeczków i receptorów… Kiedy nagle odżywa zapomniana tęsknota i całym swym jestestwem kierujemy się w stronę zagubionego wspomnienia.

Mam dobrą wiadomość. Możemy rozpocząć wielką przygodę naszej tożsamości, która odmieni spojrzenie na metafizykę i gastronomię. Proponuję zwykły – niezwykły obiad, kolację – właściwie cokolwiek, byleby wybór dania i pory nie przekreślił wyzwania naszego – powiem nieskromnie -”quest”.

Powrót z pracy. Znużenie, rutyna, codzienne napięcia. Co jest w takim razie oczywiste, co się narzuca? Stół. Dębowy, poczerniały, z falistą linią kształtu. Na nim obrus, obrusik. Biały, pamiętny, przez babcię, babunię jeszcze haftowany. Troszkę przybrudzony, wymięty. Nie dajmy się ponieść zbędnym sentymentom. Czysty, jaskrawy i kolorystycznie śmiały – to dobry wybór na początek. Energiczne strzepnięcie, płynny ruch przyjemności nakrycia. Z zastawą poczekajmy. Teraz czas na strategię, taktyczne poruszenie wzbudzonego wcześniej sentymentu, okiełznanego oczywistą miłością dla gustu, estetyki i smaku.

Tandetna reklamówka skrywa tym razem niebagatelną tajemnicę. Spójrzmy odważnie w źródło przeznaczenia i odwiecznych sekretów czasu. Dwie małe i zwiędłe marchewki – wynik przepracowania, seler, koper, ketchup w słoiku (nienawidzę plastikowych butelek, które przypominają mi opakowanie dekonstrukcyjnych wysiłków), chleb, żółty ser i masło. Hmm. Z pozoru niewiele, jakby w odcieniu utraty sensu, który niejednokrotnie znaczy życie cennym doświadczeniem rozczarowania. A co w szafkach? Stary makaron, zwietrzały pieprz, zmielona papryka. Oto sprzysięgają się przeciw nam wyroki przeznaczenia i karta ślepego losu. Nie po to jesteśmy jednak ludźmi, by ulec poczętemu sabotażowi własnej otchłani. To wzywa do walki i narasta apetyt. Lodówka. Polędwiczki z kurczaka – nieświeże, konserwowy groszek, dwa pomidory, pietruszka i kubeczek oskubanej bazylii.

Ha, lewiatanie! Myślisz może, że zmóc potrafisz mój zapał i oddanie, by usiąść i poczuć się w pełni człowiekiem? By komunią ludzkiego obcowania przypieczętować transcendentalny akt wyboru, który paruje zapachem i wije się pośród ślepych żywiołów jasnym kierunkowskazem rozkoszy na mym podniebieniu? Nadzieja to czerstwa niczym rzeczywistość przeterminowanego suchara.

Czas na księgi mądrości, złotouste i miodne przekazy, tratwę dla rozbitka. Nieprzesadnie i z umiarem, żeby nie stłamsić inwencji, twórczego polotu wnikliwej artyzmem weny.

Teraz potrzebne garnki – co za fonetyczna obraza! Kilka czarodziejskich sztuczek, parę kropli cytryny, ha, może mielone od sąsiadki… Sól, olejek anyżkowy (na rzecz dualizmu!), wiórki migdałów, koniecznie szczyptę oregano…

Twórczy proces postępuje, wyłaniają się światy, nadzieja uwolniona z balastu rozpaczy. Ikea gwarantuje talerze, świeca spoczęła w fantazyjnie zaaranżowanym kubeczku, makaron al dente kozłujemy po bufecie. Wraz zraz! – a może i przyświecają inne zawołania, które krzepią serce otuchą. Jeszcze cel, choć już zapomniany, jak w życiowym doświadczeniu niszczony szczętem doraźnych wrażeń… Nic to – nieważne. W szale zapamiętania dobywamy szczytu uniesienia, wyzwalamy się z siebie, porzucamy marną powłokę wyobrażeń… I wtedy… Wtedy rozkwita… Co? Czy ten zapach…? Nie, życie… W strumieniu poszukiwania, w ulotnej formie, nietrwałości spełnienia, gdzie liczy się wędrówka i próba dotyku.

Może następnym razem. Może po odkręceniu słoika z korniszonami. Może po sosie pomidorowym przesmażonym do gołąbków… Kto wie… Kto pragnie, ten już wie. Nie o rzekomą mądrość zdobyczy tu chodzi, lecz cierpliwość akceptacji, która zamiast natrętnych pytań udziela spokojnych odpowiedzi. Kiedy fałsz pysznej pożądliwości niknie na rzecz cichej niespodzianki doświadczanej prawdy.

Obrus już gładki, nakrycie gotowe i płonie świeca. Harmonia przeplata się z chaosem, gdy gęsta kropelka ląduje poza talerzem. Jeszcze kilka rozstrojonych tonów nim rozpoczniemy wygrywanie symfonii. Parę delikatnych muśnięć, okruch widzenia – wszystko właściwie przystrojone. Czas rozpocząć ucztę. Czas poznać siebie. Czas odnaleźć tożsamość choćby w śladach. Zapraszam do stołu!

pod butem

Brak komentarzy

Celebrycki drenaż mózgu przynosi rezultaty. Już nawet sami dziennikarze wyznają, że idiocieją i mają większe pojęcie o nowej torebce Kasi Cichopek niż sytuacji politycznej w Chinach. A pomijam już tutaj fakt, że specyfika zawodu dziennikarza jest taka, iż jest on tak czy inaczej wiecznym dyletantem…

Jak powszechnie wiadomo na fundamenty religii współczesnego człowieka składa się psychologia, a zwłaszcza psychoanaliza, fitness i kuchnia. Jest to żelazna perspektywa metafizyczna każdego konsumenta. Oraz, oczywiście, powszechny kult bóstw w postaci sławnych gwiazd. Co prawda Achilles zyskał nieśmiertelność godną herosa, ale jego notowania przy Cristiano Ronaldo wypadają słabo.

Z całą więc powagą należy przyjąć regularną obecność papieża Franciszka na Pudelku, bo zdaje się, że jego gwiazda świeci wyjątkowo mocno. Franciszek w metrze, Franciszek z małą pensją i w skromnym samochodzie, Franciszek to i tamto. Nie wiem, czy ta tendencja jest bardzo popularna w innych krajach, ale nasz za papieżami wprost szaleje. I każdy z nich jest kolejnym bohaterem. Kiedy był nim dogorywający publicznie Jan Paweł II, to w Polsce przetaczał się zachwyt, jak pięknie ta posługa honoruje w chrystusowym cierpieniu tych, którzy dogorywają niepublicznie. A kiedy na emeryturę odszedł znużony Benedykt, to zachwyt objął śmiały krok tej decyzji i troskę wynikającą z odpowiedzialności za Kościół. A teraz Franciszek wybiera dla siebie codzienność prostej zupy z soczewicy i też nie milkną nadzieje ożywione prawdziwie franciszkańskim duchem „ubogiego papieża”.

Gdyby papieżowi zaświtała w głowie i duchu jakaś rzeczywista idea odnowy, to zapewne musiałby wstrząsnąć fundamentami Kościoła, tak jak uczynił to jego poprzednik Jan XXIII zwołując Sobór Watykański II. Zacny ów i podobno bardzo prostolinijny włoski chłop, przepełniony duchem swej wiary, uznał bowiem, że Kościół mocno już odstaje od epoki i równie gładko podszedł do problemu tego zagadnienia. Zjechali się więc wszyscy purpuraci w zdobnych kapeluszach, utworzono grupy i podzespoły i tak przez jakiś czas pracowano nad gigantyczną ilością wyprodukowanych dokumentów, które, jak można przypuszczać, Szatanowi były wielce miłe. I tak zatrząsł się Kościół w Piotrowych posadach.

Ale historia pokazała, że nic z tego nie wyszło. Owszem, wymknął się do wiernych jakiś krótkotrwały entuzjazm, lecz kolejne lata boleśnie obnażyły i zweryfikowały zamiar szalonego starca. On co prawda zyskał świętość i wciąż obowiązuje waga tak rzadkich dokumentów (nie na darmo był to dopiero Sobór Watykański II), lecz i Szatan wykorzystał okazję, by pohulać sobie do woli w świętych przybytkach Prawdy nad Prawdami.

I tak oto doczekaliśmy się Pudelka, wszechobecnego bałwochwalstwa i ubogiego papieża. Jest zatem jakimś pocieszeniem, że na tym Pudelku papież święci tryumfy, a oczy całego świata – a przynajmniej najlepszej jego części i mam tu na myśli Polskę – wpatrzone są z niesłabnącą nadzieją w chrystusowego Namiestnika. I mogłoby się wydawać, że to nawet dobrze się składa, bo jest to cokolwiek dobre miejsce dla teatrzyku pustych gestów. Mogłoby się wydawać, gdyby nie to, że – jak możemy się dowiedzieć i co jest już tendencją przybierającą na sile – nawet brać franciszkańska, z ducha ubogiego biedaczyny z Asyżu, postuluje powrót do minionego i zniesionego podczas soboru rytu mszy. Chcą tego wierni w coraz liczniejszej masie, choć przypuszczalnie nikomu z nich nie jest znana łacina. Mamy więc tutaj do czynienia z dwoma i jakby sprzecznymi dążeniami. Z jednej strony świeci z pudelka ewangeliczny duch papieski, a z drugiej wierni tęsknią do kapłana odwróconego do nich plecami, którego strój waży około 20 kg.

I być może ktoś mógłby się pofatygować, żeby to rozwikłać i wyjaśnić, ale na przeszkodzie stają zmiany o wiele donośniejsze i spektakularne, które podbijają umysły i pióra. Otóż przeczytałem ostatnio, że papież Franciszek zrezygnował z noszenia czerwonych butów i woli czarne, a było to obuwie jego szacownych i minionych poprzedników.

widły

5 komentarzy

W roku Pańskim 2013, jak zawsze na zarazę zdanym, kurwę jedną poznałem, co wszetecznicą była pospolitą i gotowa jeszcze innym, kurwom jej podobnym, cipę, za przeproszeniem, wylizywać. Stąd też za język swój przepraszam, ale jam człek poczciwy i prawy, gadam jak gadam, a świadectwu prawdy odmówić nie potrafię.

W miastowym klubie ją poznałem, tfu, gdzie z widłami od obornika poszedłem, coby światłość sławić i diabłu podstępnemu widły te w dupę prosto wsadzić. I nie powiem, owszem, z początku gadzina mnie omotała. Włosy jasne niczym u rusałki, a wzrok jak u topielicy ofiary spragnionej… Trudno było zimną krew zachować i na chłodno, z wyrachowaniem, dyskutować, kiedy wino grzało i grzech szumiał w głowie… Ale ja przeciw podstępowi temu od dawna już zaprawiony i swoje obowiązki znam. Sprytnie więc zaczynam, żeby bladź tą jawną wybadać i szybko ją kołkiem przybić, albo jaki stosik sprawiedliwy na poboczu zgotować.

Od Kanta się zaczęło, więc nudy, ale wnet żeśmy do Hegla przeskoczyli i kotwicę opuściłem na jej doktoracie z filozofii analitycznej. Oj, jakże to moralnie wstrętny był pomiot i dziwka ostatnia, przy której każda znad Tybru ladacznica co najmniej na wianek Aurory zasługuje. W jaką to pogardę dla sprawiedliwych wyroków wiary ubrane było to bydlę, z jakimż zapałem sławiło bezeceństwo kolejnym epokom przypisane. Z trudem wstręt tłumiłem i swe obrzydzenie przemyślnie w cynizm modnego dowcipu stroiłem. Łatwo nie było, ale jam na Wallenrodzie wychowany i gorszym jeszcze sukom długonogim radę dawałem. Żadnych więc powodów do podejrzeń nie dałem. Aborcję, niech Bóg mi wybaczy, pochwaliłem, z eutanazji się radowałem, a tryliony istot dogorywających w zamrażarkach zbyłem uśmiechem. Tak to było i zaprawdę powiadam wam po raz wtóry, że łatwo nie było.

W końcu rzecz finalnie zajaśniała i trzeba było dobyć męstwa, co w tym wypadku równe jest najwyższemu poświęceniu. Wpierw więc widły swoje obok oparłem, uroku dobyłem i w pląsy tak popularne się wdałem. Zgłupieć trzeba było, o Ojczyźnie i wieszczach zapomnieć, tradycję i honor przemilczeć, a tylko członki swe wydać na pastwę zepsucia i… poróbstwa.

Spodziewać się było można i długo nie czekałem. Ledwo żem przy jej tyłku biodrami swymi ruszył, a już ta upadła i nieszczęsna kwiczeć poczęła, co plan mój przebiegły na ostatnią prostą wprowadzało. Wiadomo powszechnie, że pomiot to taki, co się nie szanuje, więc nawet dodatkowych kosztów nie uwzględniałem. Ot, do kabin wiadomych przeszliśmy, gdzie w smrodzie wyziewów reszty tych kurw pospolitych miałem ja swoje do wykonania zadanie. A że jestem fachowcem, to i „Durex” najdelikatniejszy czekał w kieszonce (dawniej to przynajmniej były na to zdobne pudełeczka, które ojciec synowi darował, gdy młokosowi wąs się sypał i pewien przekaz elegancji bezsprzecznie był w tym zawarty). Raz jeszcze powtórzę, że łatwo nie było i wszelkich musiałem się chwytać sposobów, których przytoczenie zapewne prowadzi tam, gdzie rzecz owa miała miejsce. Ale tak trzeba i My to wiemy. Ona wszakże nie wiedziała jednego, tego najważniejszego, co jęki jej wszeteczności wkrótce z manowców na drogę cnoty sprowadzi. Że wcześniej szpileczka w ruch poszła i stąd dziureczka równa będzie bękartowi. Wiem, wiem. Pewnie trochę was to bulwersuje. Że Pasterz Niebieski i co się godzi. Ale naiwni nie bądźcie i weźcie pod rozwagę popapranie tych jej wypaczeń. Nic tylko powiedzieć: wilk syty i owca cała! A o swoje geny nie mam się co martwić. I tak to szatanowi widły w dupę się wraża (a nieraz to i całkiem dosłownie przy okazji).


  • RSS