diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2013

bałwan

Brak komentarzy

Chcę pokrótce opowiedzieć o moim kontakcie z czystym i osobowym Złem, od którego uwolnił mnie nasz Pan Jezus Chrystus.

Wszystko zaczęło się, kiedy byłem już dorosły i żonaty, miałem ustabilizowane życie zawodowe i osobiste. Jestem też ojcem pięcioletniej córeczki.

Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, jak w wielkim znalazłem się niebezpieczeństwie i co mi faktycznie groziło. Wiodłem życie z dala od religii, Boga i Kościoła. Byłem jednym z wielu zwyczajnych i zadowolonych z życia konsumentów. A z czasem czułem do tych zagadnień coraz większą niechęć, którą skutecznie podsycały lektury wrogich Kościołowi pism i gazet.

Pewnego dnia wszedłem do pokoju, w którym bawiła się moja córeczka i zobaczyłem, że razem z żoną oglądają jakąś bajkę w telewizji. Był to „Miś Uszatek”.

W dzieciństwie sam oglądałem Misia Uszatka i wyniosłem z tego doświadczenia wspomnienia mgliste, choć nacechowane raczej sympatią dla bajki.

Nie mogłem się bardziej pomylić.

Od tamtego momentu wszystko uległo gwałtownej zmianie, obracając moje dotychczasowe życie niemal w ruinę.

Już następnego dnia, kiedy w drodze do pracy mijałem pobliski kościół, poczułem w sobie coś dziwnego na widok krzyża. Jakąś nieokreśloną i bezzasadną irytację, która szybko przeszła w jawną złość i namiętny gniew. Nagle po prostu ogarnęła mnie wściekłość i poczułem ulgę dopiero wtedy, gdy nienawistnie splunąłem pod nogi. Potem uczucie odeszło, zostawiając mnie w poczuciu konsternacji i zaniepokojenia. Nigdy dotąd bowiem, nie reagowałem w ten sposób.

Po powrocie do domu zajrzałem ponownie do pokoju córeczki. Znów razem z żoną oglądały Misia Uszatka. Zawsze byłem człowiekiem sceptycznym, więc nieco zdziwiony sprawdziłem program telewizyjny powątpiewając w to, że jakaś stacja każdego dnia może emitować tę samą bajkę. Nie znalazłem żadnej informacji o Misiu Uszatku w programie telewizyjnym, a moja rodzina siedziała przy telewizorze jak zaczarowana.

Wróciłem do pokoju i przysiadłem obok żony. Córeczka miała otwartą buzię i nie kontrolowała ściekającej z kącika ust stróżki śliny. Żona też sprawiała wrażenie osoby całkowicie nieprzytomnej. Kiedy usiadłem obok niej, ofuknęła mnie szorstko i poleciła być cicho. Zdziwiłem się bardzo, bo w niedwuznaczny sposób potraktowała mnie jak nachalnego intruza. Próbowałem pogłaskać córeczkę po głowie, ale ona wpierw odepchnęła moją rękę, a przy kolejnej próbie zniecierpliwiona prawie się rozpłakała.

Wszystko to było bardzo dziwne i nie wiedziałem co o tym sądzić. Postanowiłem przez chwilę poświęcić uwagę bajce. Nadeszła zima i Miś Uszatek wraz z przyjaciółmi lepili bałwana (sic!). W całej bajce zastanowiło mnie to, że wszystkie zwierzątka żywią dla Misia Uszatka jakiś przesadny szacunek. Był on wyraźnie autorytetem dla całej grupy i w wielu scenach niektóre zwierzątka często padały przed Uszatkiem na kolana (w tym odcinku Zajączek aż trzy razy), a inne równie często kłaniały się Misiowi. Głos lektora (narratorem jest Uszatek) był bardzo ciepły, miły i wręcz hipnotyzujący.

Po zakończeniu drugiego odcinka ogarnęło mnie przemożne znużenie, czułem duszność i dudniącą w głowie pustkę, oraz konieczność odpoczynku i przewietrzenia. Poluzowałem krawat i zaproponowałem spacer, ale nikt mnie słuchał. Oczy żony i córeczki były przyklejone do telewizora.

Wychodząc z domu zauważyłem, że jest już późno i projekcja tej bajki trwa co najmniej od kilku godzin. Przez ten cały czas moja żona i córeczka nie robiły niczego innego… Na zewnątrz poczułem się nieco lepiej, ale wkrótce potem dostrzegłem zakonnicę i znów zaczęły mną targać spazmy złości. Rzuciłem nawet stłumione przekleństwo pod nosem. Potem, czując się z tego powodu niekomfortowo i niezręcznie, spróbowałem w ramach ekspiacji uczynić ręką znak krzyża. Nie byłem w stanie! Ręka zwisała bezwładnie, a mnie ogarnął strach.

Każdy następny dzień był gorszy od poprzedniego, a każdy zaczynał się i kończył Misiem Uszatkiem… Po miesiącu skonfliktowałem się z żoną i zabroniłem córeczce oglądać Misia Uszatka. Nie poskutkowało. Powiesiłem w domu na ścianie duży krucyfiks i próbowałem się modlić, choć moją twarz wykrzywiały nerwowe tiki i niezależne ode mnie grymasy. Żona zaczęła się awanturować i codziennie syczała na mnie przy byle okazji. W końcu przerażony udałem się do kościoła i zrozpaczony padłem krzyżem przed ołtarzem. Wiedziałem, że działo się coś bardzo niedobrego, choć nie wiedziałem co to takiego. Przez cały czas myślałem też intensywnie o tym, że wszystkie te zwierzątka oddają Misiowi Uszatkowi cześć, choć jest on przecież tylko animowanym bohaterem bajki. I codziennie, niezależnie od swej woli, miotałem pod nosem różne przekleństwa.

Odtąd każdego dnia chodziłem do kościoła, nie bacząc na dręczące mnie drgawki i skurcze. Padałem krzyżem przed ołtarzem i usiłowałem się modlić, lecz moje wewnętrzne pomieszanie nie ustępowało. Po tym, jak przestałem opłacać kablówkę, żona stała się wobec mnie bardzo złośliwa i okrutna. Któregoś dnia przyniosła do domu Misia Uszatka na płytach dvd… Odtąd Uszatek gościł w moim domu prawie przez całą dobę… Doszło do tego, że zacząłem regularnie wymiotować na widok Misia – zabawki, której żona oczywiście nie odmówiła pozbawionemu telewizji dziecku…

Pewnego razu, leżąc umęczony w kościele krzyżem i u kresu sił, zobaczyłem podążającego do konfesjonału kapłana. Poczułem przypływ nadziei i otuchę. Wstałem, podszedłem do konfesjonału i wyspowiadałem się z całego swojego życia. Opowiedziałem też o Uszatku i bałwochwalstwie, jakim jest oddawanie czci animowanemu Misiowi. Mądry ksiądz wysłuchał mnie uważnie i odpuścił moje grzechy. W tym samym momencie spłynął na mnie spokój i poczułem bezbrzeżną ulgę…

Jezus uzdrowił mnie w ostatniej chwili. Byłem już na granicy fizycznego wyczerpania i duchowej śmierci. Jedną nogą w mrocznej otchłani bałwochwalstwa. Jemu więc powierzyłem troskę o swoją rodzinę. Wkrótce potem Miś Uszatek znudził się mojej córeczce, a żona wróciła do codziennych obowiązków wychowawczych i konstruktywnej zabawy z dzieckiem. Nie musiałem nawet wyrzucać Uszatka na śmietnik, bo po prostu przestał być ważny i wszyscy o nim zapomnieli. Córka poszła do szkoły, a żona zaszła ponownie w ciążę. Znów cieszyłem się szczęśliwym życiem. Tym razem jednak już blisko Boga. Nie boję się też powtórki, bo moim Panem jest Zmartwychwstały Jezus Chrystus Król i Pan życia, który pokonał śmierć i piekło. Przed Jego obliczem zło topnieje, jak każdy bałwan na wiosnę. Jednak chcę was przestrzec, że w żadnym odcinku Uszatka nie znajdziecie świętowania Wielkanocy…

To już kolejna tak bulwersująca sprawa od czasów zabójstwa generała Marka Papały, kiedy to w samym mateczniku Policji dochodzi do zbrodni, której okoliczności wciąż pozostają niewyjaśnione. Można się zastanawiać, przypuszczać i spekulować, ale fakty pokazują, że prawdopodobnie nigdy nie poznamy prawdy. Kto tak naprawdę mógł za tym stać? Nie sądzę, żeby ten komendant – osoba lokalnie prominentna, ale jednak niewiele znacząca w całości struktury – działał na własną rękę i kierował się osobistymi pobudkami. Wystarczy przywołać sytuację analogiczną, czyli zamach Alego Agcy na papieża. Nikt rozsądny nie przypuszcza chyba, że Ali Agca mógł działać w pojedynkę i pozbawiony wsparcia inspiratorów. I tutaj też wyłaniają się podobne przesłanki. Jest bowiem kwestią wielce niepokojącą, dlaczego właściwe Parlamentarny Zespół ds Przeciwdziałania Ateizacji Polski poniósł tak dotkliwą porażkę, usiłując dociec rzeczywistej przyczyny i nałożyć ze wszech miar sprawiedliwe sankcje karne? Czy w przypadku śmierci Papały nie mamy do czynienia z tym samym obrazem sitwy chroniącej swoje interesy, która od lat skutecznie paraliżuje wszelkie podejmowane próby wyjaśnień? Tutaj też pozostaje nam bazowanie na mętnych przesłankach, które wszakże wystarczą do jasnych i precyzyjnych konkluzji. Nauczeni doświadczeniem nie jesteśmy tym razem bezradni wobec opresji wrogiego naszemu społeczeństwu aparatu przemocy uosobionego pod postacią nienawistnej nam władzy. Nie musimy przed nią klękać, bo klękać możemy tylko przed krzyżem – tym właśnie symbolem, który od dziesięcioleci i pokoleń jest rugowany z naszego życia celem niszczenia naszych sumień i pamięci.

Mija właśnie druga miesięcznica tego smutnego wydarzenia. Nie musimy stać bezczynnie i przyglądać się postępującej destrukcji. Nie dysponujemy co prawda jeszcze pełną swobodą praw obywatelskich, ale też władza nie ma już tak wiele stosownych narzędzi, by paraliżować inicjatywy obywatelskie. Działają osoby z grupy poświęconej przez biskupa Henryka Tomasika znieważonym krzyżem. Powstaje projekt tablicy upamiętniającej to haniebne wydarzenie, a na Jasnej Górze pielgrzymi składają wota w intencji doprowadzenia sprawy do końca, czyli dymisji żydowskiego knura o szwabskiej mordzie. Nasi bohaterscy dziadowie dzielnie znosili tortury oprawców z Rakowieckiej, Wilczej i Łubianki po to właśnie, by potomkowie takich ludzi jak Szwalbe sami w końcu padli ofiarą swoich poczynań. Każdemu bowiem znane jest nieskończone miłosierdzie boże i historia po wielokroć świadczy, że kto podnosi rękę na krzyż, temu wkrótce ten krzyż zostanie podarowany. I nikt nie rozumie tego lepiej od policjanta, któremu zawodowa służba pokazuje jasno, że przestępstwo ściąga na złoczyńcę karę.

Jednakże naród, który przetrwał zniemczenie, rusyfikację, powstania, okupacje i czystki stoi przed kolejnym zagrożeniem. To najbardziej niebezpieczne i podstępne wyzwanie współczesności, która mami go płaszczykiem rzekomej swobody, gdy tymczasem powoli i systematycznie odbiera mu życie. Zadam pytanie retoryczne. Jak wielu Polaków słucha jeszcze Chopina do obiadu? Do tego polskiego obiadu, którym niekoniecznie musi być akurat schabowy z kapustą i ziemniakami na talerzu. Polska kuchnia jest bardzo bogata i pasuje każdemu, kto zasmakował w jej prawdziwej tradycji. Nawet w piątki podczas postu (niedawno niesłusznie zniesionego dekretem wyrodnych biskupów Kościoła), albo podczas dni upamiętniających pobyt w łagrach i niemieckich lagrach, kiedy to pożywiamy się suchą skórką czerstwego chleba i wodnistym wywarem z brukwi. Są w Polsce pyzy, łazanki, kopytka, placki ziemniaczane – jest nieprzebrana wielość smaków, które zaspokoją najwybredniejsze nawet gusta. Czy kapuśniaczek nie przywodzi nam na myśl drobnego i rzęsistego jesiennego deszczyku, który zapowiada nadzieję przyszłego odrodzenia przyrody? Czyż czerwony barszczyk z uszkami nie ogrzewa naszych serc wspomnieniem najpiękniejszych chwil pod choinką, kiedy śpiewamy kolędy i rozpakowujemy prezenty? A oscypek, tak dzielnie wydarty unijnym biurokratom, czy nie jest świadectwem hardości góralskiego i tym samym polskiego serca? Ono jest słone, ale też owcze – stoi owocem wierności Pańskiej trzódki. Lecz nie po to upamiętniamy dni naszej eksterminacji, by dzisiaj właśnie jej podlegać. Nie po to nasze babcie wypiekały kołacze i obwarzany, a nasi dziadowie zagryzali pęta zdrowej kiełbasy podczas pracy na ukochanej ziemi, żeby z tej ziemi powstała trucizna dla naszych dzieci. Ładnie opakowana, tania i łatwo dostępna, z zabawką urągającą tradycji odpustowego kogucika czy drewnianego wiatraczka. I tak oto przestajemy już mówić o obiedzie przy wspólnym rodzinnym stole, czy nawet drugim śniadaniu i smacznej kanapce z szynką, lecz przyjmujemy do wiadomości po prostu wyrok. Niech zaświadczą statystyki. Dzieci są niedożywione, ale coraz grubsze. Wciąż się uczą, lecz pozostają analfabetami. A niektóre to nawet nie mają szansy się urodzić. Nie wystarczył jeden Oświęcim na polskiej ziemi. Teraz będziemy mieli tych obozów pod dostatkiem: w każdej wsi, miasteczku i mieście. I przyjdzie nam doczekać, że wkrótce wraz z tymi zestawami nasze dzieci będą dostawać i kondomy!


  • RSS