diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2014

Oto jestem świadkiem sytuacji tak kuriozalnej, że na zawsze unicestwia ona moce przerobowe tzw. chłopskiego rozumu tudzież zdrowego rozsądku.

Staruszka, lat osiemdziesiąt jeden, cierpi na tętniaka aorty brzusznej. Po drugiej operacji, przy towarzyszącym nowotworze płuc, zmianach miażdżycowych i słabej kondycji serca (pomijając cukrzycę i dodatki), zachodzi konieczność kolejnej interwencji chirurgicznej.

Sprawa jest jasna i równie wyraziście streszczona przez lekarzy specjalistów. Operacja wiąże się z ryzykiem zejścia na stole i prawdopodobieństwo tego zajścia szacuje się na wysokie, powodzenie natomiast zagrożone jest równie wysokim ryzykiem nieodwracalnej konsekwencji, czyli stanem wegetatywnym. Opcji pośredniej brak. Możliwa jest albo operacja z ryzykiem, albo bolesna końcówka żywota, którą przypieczętuje pęknięcie tętniaka. Bardzo nam wszystkim jest z tego powodu przykro.

Staruszka wybiera złudną nadzieję w tym, co i tak nieuchronne, ale nadzieją tą wykarmione. Czasu zostaje niedużo, może rok, a na pewno niewiele więcej…

Organizm dotrzymuje terminu przepisowo i choć niekiedy pozwala niespodziewanie nabrać nieco oddechu, to jednak ze swoich uwarunkowań rozlicza się wzorowo. Ból narasta, wycieńczenie postępuje, aż w końcu zawodzi apetyt nawet na najbardziej elementarną z potrzeb. Skromna jajecznica urasta do Mount Everest, a dla garści proszków przeciwbólowych potrzebne są dwie wątłe i skrajnie wychudzone garstki…

Wstęga mety już w zasięgu wzroku. Pozostaje tylko rzut na taśmę.

Zewsząd docierają strzępy rozmów. …Jeśli pęknie, a pęknąć może w każdej chwili, to już tylko stół i… bardzo mi przykro.

Rzadko jednak pęka na zamówienie. Trudno zdążyć.

Ostatnie trzy dni nie należą raczej do udanych. Trzeba chodzić po ścianach, a brakuje ku temu sprytnego oprzyrządowania domowego pająka. Z braku laku można się pokładać na stole i wyć do Księżyca…

No dobrze. Pozostaje tylko pogotowie.

Traf chciał, że wezwane niemal na czas! Z lekkim poślizgiem, bo tętniak pęka chwilę potem w szpitalu. Nie ma już czasu na badania, to chwila dla super zdolnych rzeźników…
Osiem godzin.

Dwie doby pod respiratorem.

Panie doktorze, jakie są rokowania…

Nie daję pani żadnych szans. Gdyby pogotowie interweniowało za pierwszym razem… Ale tętniak się rozlał… Nie chcę dawać złudnych nadziei… Jesteśmy tu jednak po to, by ratować ludziom życie i robimy co możemy…

Dzień drugi.

Pani doktor…

Nie chcę sztucznie pompować pani nadziei, ale wszystkie parametry są dobre… Jest szansa… Niewielka, ale jest… Proszę być dobrej myśli.

Panie doktorze….

Wie pani, my lekarze też często wierzymy w cuda… To wprost niewiarygodne, ale wszystkie wyniki są bardzo dobre… Czekamy aż pani mama podejmie funkcje i wtedy będziemy mogli odłączyć ją od respiratora i przeprowadzimy reanimację. Nie daję wielkich nadziei, tyle co mały kawałek paznokcia… Ale to, co ma miejsce, to rzeczywiście jest cud…

Panie doktorze… (Ależ uradowany!)

Tak! Zaskoczyła, udało się. Na razie wszystko jest w porządku, wyniki są dobre, parametry w normie. Teraz poczekamy na rozwój sytuacji, przetoczymy krew, podajemy tlen… Ale wszystko jest na dobrej drodze, jest lepiej niż dobrze… Możemy mówić o medycznym cudzie, szanse są spore.

Panie doktorze…

Nie ma się o co martwić. Wszystko jest w porządku. Tak, mama dziwnie mówi, ale to kwestia odstawienia respiratora i śpiączki farmakologicznej. Jest już wybudzona, ale powoli dochodzi do siebie. Musieliśmy wcześniej odstawić leki przeciwbólowe by pojawił się impuls, ale teraz do nich wrócimy, a mama jest stabilna i powoli odzyskuje pełną świadomość, choć nadal są w niej luki i nie wszystko sobie przypomina. Nie wie, że miała operację, jeszcze tego nie kojarzy, ale z czasem to wszystko wróci do normy. Proszę się nie martwić, podajemy tlen, wszystko jest w najlepszym porządku. Jeszcze raz podkreślę, że to jest zdumiewające… Wie pani, ja właściwe nie dawałem jej żadnych szans…

Dzień siódmy.

Tylko się cieszyć.

Itp.

Dyżury, dyżury… Dyżur?

Pani mama ma zaawansowane zmiany miażdżycowe. Jej stan somatyczny, pooperacyjny jest nienaganny, wyniki są bardzo dobre, ale choroba przyspieszyła i posunęła zmiany. Możliwe, że ten objaw niebawem ustąpi i sytuacja się ustabilizuje, to może być kwestia niedoboru tlenu, który usiłujemy mamie podawać, choć z uwagi na jej zachowanie wszytko to jest bardzo trudne…

Poznajesz mnie mamo? Aha. Ale nie jesteśmy w domu, tylko w szpitalu. Nie, Jurek jest chory i nie może (czy ona nie wie, że zmarł pół roku temu?).

Pani mama „imprezowała” przez całą noc, lała wodę mineralną niby do kieliszków jak wódkę i polecała pić za jej zdrowie. Nie jest łatwą pacjentką, ale dajemy sobie radę… Przedwczoraj wzywała Maryję i świętych, by pozwolili jej umrzeć. Teraz się uspokoiła i już jej przeszło. Ale wyrywa sobie kroplówki, koniecznie chce wstać z łóżka, krzyczy i wyzywa przez cały czas…

Telefon. Niepokojący sygnał zapowiadanego wyroku, który niewinnym dzwonkiem wywołuje trwogę w stereofonicznej oprawie dźwięku…

Dzwonię, bo pani mama o to prosiła… Żąda ubrań, wybiera się do domu… Czy może pani przyjechać i podać mamie leki, bo my sobie z tym nie radzimy… Dobrze, dziękuję.

Wczoraj „imprezowała”. Dzisiaj się rzuca i nie chce przyjąć leków. Pielęgniarka z nocnej zmiany wyszła całkiem wyczerpana… Może potrafi pani jakoś wpłynąć na mamę, bo nic nie możemy zrobić…

Ta siostra to wariatka. Idiotka. Ty też jesteś pierdolnięta. Zadzwoń do Dzidki i powiedz jej, żeby nie jechała na Północną, bo jesteśmy na Rybnej! Wyjrzyj przez okno, wariatko, widzisz sklep na rogu?! A tam za oknem widać mój kościół, wystarczy spojrzeć. Idź na górę i przynieś mi moje rzeczy, przebiorę się i posiedzę trochę w domu, a później wrócę do szpitala, jeśli zaistnieje taka konieczność. Nie, nie będę brała tych leków, bo oni chcą mnie otruć! Dobrze, wezmę leki, jak przyniesiesz mi ubrania z mojego mieszkania… Ty idiotko, przecież oni specjalnie ustawili te łóżka, bo jesteśmy w domu tej siostry – wariatki. Moje jest piętro wyżej! O, zobacz, zobacz… idzie… wariatka jedna… Będę się tak głupio uśmiechać i postukam się w głowę, tak żeby nie widziała… idiotka.

Siostro, mama nie śpi już całą noc i aż do teraz. Jest już druga… Jest bardzo pobudzona. Czy nie powinna dostać jakiegoś środka uspokajającego? Nawet jeśli nie chce go połknąć, to można podać w kroplówce… – No, ale nie możemy, bo lekarz nic nie zlecił…

Być może wystarczyłaby konsultacja neurologa… Konsultacja zlecona przez dyżurującego lekarza. Wystarczyłoby spojrzeć w kartę i zaordynować stosowne środki uspokajające dla osoby z objawami miażdżycy, osiemdziesięcioletniej staruszki, która cudem uniknęła śmierci dzięki fantastycznej robocie jakiegoś profesora chirurgii, fachury w każdym calu… Staruszki, która będąc na krawędzi fizycznego wycieńczenia i pooperacyjnej regeneracji organizmu do stanu względnej stabilizacji, przez co najmniej siedemnaście godzin „imprezowała” z animuszem godnym nastolatki…

Być może, bo tego już się nigdy nie dowiem. Cztery godziny później, kiedy wściekła i agresywna staruszka przymknęła wreszcie oko i zapadła w sen po zdradziecko jej zapodanych lekach, ozwał się dzwonek stereofonicznie budzący trwogę.

Panu w słuchawce było bardzo przykro, bo miał do przekazania bardzo przykrą wiadomość. Niewydolność krążenia spowodowała nagły zgon staruszki…

I tak pożegnałem moją babcię.

okamgnienie

Brak komentarzy

Są w dziejach takie chwile, w których milczenie cnotą być przestaje i zgorszeniu publicznemu niczym kurtyzana służy. Wiele spośród doczesnych wydarzeń taki właśnie ma charakter, ale niektóre za szczególnie potworne uchodzić powinny. Wspomnieć wystarczy chrzęst grzechu wielki, jaki pospólstwu zgotowało dziewczę popsute, które chytrze maskę białogłowy przywdziewało i cechami godnymi pochwały lud naiwny do zguby wiodło. I choć diabłu miłe to było po wielokroć, to jednak raczył Bóg łaskę błądzącym okazać i właściwy kierunek ścieżki wyprostować. Tedy na nic się zdały jej wdzięki wszeteczne, kiedy z Jezusa i Maryi szydząc swoją cnotę na żer lubieżników wystawiła. A że już meczów swoich nie wygrywa i daleko jej do Olimpu godnego herosów, co swoje słabości w cnoty żelazne przekuwają, to i jej upadek nieuchronny i sromota tak wielka, jak i zasłużona. Lecz to przykłady pomniejsze zaledwie i choć godzi się wspomnieć o nich ku przestrodze, to równać się nie mogą z walnym dziełem całej Belzebuba kompaniji.

Otom ostatnio uwidział, jak grzech się sieje po łąkach Pańskich i w tej pracy dla zła plonu obfitego gawiedź ryczy z zadowolenia pod jarzmem samego ojca kłamstwa, co Bogu jawnie się sprzeniewierzył i utarg swój przyobiecał. Wpierw, jakem już wspominał, chwałę swą pewien bezbożnik otrzymał i aplauz dla chuci jego, w dziele tym na wskroś cudzołożnym, ów samozmażnik odebrał. Wszak hałas, jaki nastał, tak Złemu był miły, że ten bez wahania do dalszej ofensywy przystąpił. Jego o wstyd posądzać nie możemy, ale uwiedzionym barankom skóry już nikt nie przywróci, skoro z własnej i przez Boga szanowanej woli na taką rzeź chętnie przystali. Tedy przypomnijmy, co się godzi i jak rzecz w anielskiej poświacie prawdy jest blaskiem:

Cnotliwa panna przed ślubem, lecz w trakcie nauk przedmałżeńskich, może już zdobnie wyszywać wyciętą w nocnej koszuli dziurkę w kształcie serduszka. Dla swojego męża, by mógł niebawem wnijść do jej świętego gaju. Lecz wcześniej to ryzykiem jest niemałym, bo i szatan wciąż czujny, a sidła swe podstępem i pokusami szykuje. Lepiej więc nie ryzykować i wianek swój pilnie strzec dla ukochanego. Z dziećmi zaś o tych sprawach nawet mówić się nie godzi i wręcz jest to nie do pomyślenia. Gadać wiele o tym nie potrzeba, bo rzecz ta ponad miarę wstręt przywołuje i po co język na próżno strzępić. Cielesność prokreacji ma służyć, a bez tego Bogu jest niemiła i przez Kościół święty za zło uznana, jako katechizm nas poucza. Dzieciom zaś do Boga bliżej być powinno, niż do grzechu, co go nawet jeszcze wyrozumieć nie potrafią, kruszyny małe. I rodzice dbać powinni o dzieci dobre prowadzenie, jak również o ich skromność zabiegać i w modlitwach Bogu polecać, żeby przed Złem dziecko uchronił.

Nie wątpię, że każdy, kto sercem czysty i rzecz ową poznaje innego zdania o tem być nie może. Wszak nadzieja często zwodzi i jeśli Bogu się jej nie powierzy, to i serce skalać potrafi ufności przesadą. A tajemnicą nie jest żadną, że kto w świecie swe interesy podnosi, to i z wielką armią władcy tego świata borykać się musi. Nie inaczej i tym razem przyszło Pańskim robotnikom za trud swój cęgi zbierać i upokorzenia od wyrodnej gromady znosić. Nic to, bo Jezus wszystko wynagradza, a im cierpienie większe, tym sercu sługi słodsze i dobra swego pewien on być może. Ale że w prawdzie żyć nam przykazano, to i drogi innej nie ma. Oceńcie więc sami, miarą sumień swoich, co w was porusza struny Bogu miłe i harmonię wygrywające. Czy może to być grzech okrutny, kiedy jeszcze niewinna istota już skazana zostaje na wicie się w piekielnym ogniu śmierci za grzech swój nieczystości zawinionej, choć przez nią jeszcze całkiem nie rozpoznany..? Myśli ona sobie, że gdy prawa boskie zlekceważy i węża wprowadzi do jaskini mrocznej, to odpust dostanie z racji swego lenistwa w bożych praw studiowaniu? Tak grzesząc na potępienie wbrew własnej woli się wystawia, a jej cierpienia uciechą dla zła i glebą żyzną siewców zniewolenia… Czy kiedy zmażnik ręką sięga po zakazane, dla jego dobra prawem stanowione, ohydy przejawy celebrując, to czyż jego zwierzęce zadowolenie nie przystaje do tego, co z dzieła Pańskiego chcąc czynić karykaturę złudną rozkoszą wabi w odmęty na wieczność? Każdy sercem czysty po tysiąckroć odpowie: tak! A przeto pominąć możemy same meritum i do bezeceństwa stanowionego oszustwa przejść raźnie. Wielka chwała nam się należy, narodowi świętemu całemu, że wciąż jeszcze pośród zgnilizny mężów prawych na świat wydaje i przed zgubą ten świat dziatkami swemi chroni. Lecz nie jest to droga łatwa i różami usłana. Prędzej o kolce dbać trzeba, co stopy wędrowca boleśnie znaczą, kiedy on spragniony nieba wzrok swój rozmarzony ku górze unosi. Wtedy spada nań miecz świetlisty, co Boga staraniem mu przypomina, iż słodka woń Maryi obietnicą jest za czyny godne i prawe, które miłości bliźniego dochowują i królestwo niebieskie nieco grzesznym przybliżają. Ale kiedy trafi się już mąż święty, co mocą natchnienia łby węża pradawnego prawdą przygniata, tedy pospołu piekielne otchłanie w larum biją i przez podłych grzeszników plan swój plugawy ze zdwojoną mocą realizują. I w milionach swych występnych zmażników, niby w dzieci skórę delikatności różowej przyobleczeni, ku szyderstwu, poróbstwu, niegodziwości bezwstydnej sprawę kierują.

I nie ma co liczyć na Pana, co w swej łaskawości po wieczność cierpliwy, że drwiny te miłość Jego zmogą i w gniew Jego szaleństwo bękartów obrócą… Znosić trzeba te zniewagi cierpliwie, z pokorą i w miłości, a jeno zadowalać się uczuciem tych niewinnych i bezbronnych, co ku występkowi na ślepo prowadzeni czasem przejrzą i zadrży w nich majestat Pana Bogu miłą rozkoszą, co wyrobnikom Pańskim na pocieszenie sprawiedliwie jest ofiarowana…

Wyjątkowo trudnym zadaniem dla ironisty jest prawicowa publicystyka, w której ironia stosowana jest tak subtelnie, że staje się homogeniczna z treścią:

„Do lemingowego kanonu należy np. powtarzanie oświeceniowych mitów o holokauście czarownic będącym efektem działań Kościoła katolickiego, choć w rzeczywistości Kościół stworzył ramy prawne, dzięki którym wiele kobiet oskarżanych o czary uniknęło samosądów.”.

Być może tłumaczy to cechę lekkiego jak piórko stylu prawicowych felietonistów, którzy w ferworze maniery naturalnego dla angielskiego dżentelmena dystansu, sięgają po ironię po to, by z wdziękiem użyć pióra w charakterze pały.

Obecnie możemy prześledzić to zjawisko na przykładzie corocznej narodowej czarnej mszy, której głównym celebrantem jest Jerzy Owsiak. Owsiak, cierpiący na swoistą schizofrenię, odsyła nas prosto do zbawiennej logiki stosu. Wiadomo bowiem, że działania najbardziej podstępnych czarownic opierały się o zakamuflowaną deprawację, której skutkiem był obfity plon dusz potępionych. Wytrawna czarownica operowała jakąś dozą dobra, podrzucając na przykład lecznicze ziele lub skuteczną maść, lecz czyniąc to pozorne dobro przyczyniała się do większego zgorszenia i zguby nieszczęsnych beneficjentów. Albowiem Szatan używa swoich narzędzi w bardzo inteligentny sposób, co wiemy z całej historii objawienia i wędrującej ku zbawieniu ludzkości. Proszę też zwrócić uwagę, że Owsiak będący przedstawicielem autorytetu salonu wpisuje się doskonale w neoliberalny dyskurs i TINA ma w nim miejsce należnego jej dogmatu, ale jednocześnie wspomaga istoty chore, pokrzywdzone i z woli Boga cierpiące za swe grzechy. Nie muszę więc dodawać, że swoją postawą nie tylko realizuje destrukcyjny plan księcia ciemności, lecz ewidentnie wpływa na pogorszenie jakości puli genetycznej ludzkości. Nie jest przypadkiem, że każde rozdwojenie od zawsze jest wiadomym znakiem jawnej obecności złego, a to z kolei pokazuje, że homogeniczne ujęcie ironii w tekstach prawicowych publicystów ma głębszy sens.

Podobne podejście do satyry cechuje mężów prawych w politycznym boju o stanowienie prawdy. W niedawnym tournee po Stanach Zjednoczonych Antoni Macierewicz był uprzejmy odnieść się do niegodziwych pomówień, w których insynuuje się rzekomą wrogość Polaków w stosunku do rosyjskich elit. W bardzo długim i rzeczowym wystąpieniu Antoni Macierewicz uświadomił publiczność, że część elity rosyjskiej jest pro – polska i potwierdził to udokumentowanym materiałem. Był nim film, wyemitowany tylko raz na antenie głównego kanału rosyjskiej telewizji publicznej, ukazujący przebieg wypadków w dniu katastrofy w Smoleńsku. Film został pokazany w dniu katastrofy w porze wieczornej i tylko raz w programie informacyjnym, ale za to oddawał rzeczywisty przebieg wypadków i dowodził życzliwego stosunku części rosyjskich decydentów w dążeniu do prawdy. Po dwudziestu minutach bardzo obszernej zapowiedzi tego szokującego od strony faktów materiału, Antoni Macierewicz przeszedł do jego prezentacji. Film trwał dziesięć sekund i był komputerową animacją ostatnich chwil lotu. W tej komputerowej rekonstrukcji katastrofę wieńczył wybuch samolotu uderzającego o ziemię, co jest typowym przedstawieniem finału katastrofy lotniczej w komputerowej wizualizacji, która ma na celu szybkie zobrazowanie widzowi programu informacyjnego przedstawionego materiału. Antoni Macierewicz zakończył tę projekcję mistrzowskim popisem ironicznego komentarza: „Jak państwo widzicie, nie było tam żadnej brzozy”.

To dało mi wiele do myślenia i wróciłem do tego wspomnienia, kiedy przeczytałem informację, że chęć zagrania Antoniego Macierewicza w filmie zadeklarował jeden z największych w Polsce zaprzańców, Daniel Olbrychski. Coś we mnie drgnęło, jakaś struna szczerego oburzenia daleka od tego szyderczego obrazu. Pomyślałem sobie, że co prawda „fenomen facebooka” uważam wyłącznie za ożywienie przestrzeni dla miliardowego rynku, ale swoją premierę w kinach ma „Nimfomanka” Larsa von Triera i z tej okazji często można przeczytać powtarzające się zdanie: „Ulubiony aktor von Triera, demoniczny Udo Kier”. W ten oto sposób premiera filmu o czarownicy podsuwa na myśl pewien pomysł. Może powinna powstać na facebooku grupa osób wspierająca obsadę Udo Kiera w roli Antoniego Macierewicza? Wiąże się to z możliwością zorganizowania narodowej zbiórki pieniędzy na gażę dla aktora, a także możliwością pisania do niego petycji, by swoim talentem wsparł dążenie zdradzonego narodu do prawdy, aż po masową demonstrację ulicami Warszawy, jak za dawnych, dobrych lat na barykadach walki z komunistyczną hydrą…


  • RSS