diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2014

Ach, byłem! Co prawda tylko za pośrednictwem niezawodnych mediów, ale jednak. Sam też niemal dotykałem, syciłem wzrok gustem, któremu niczego ująć nie można i nie wypada. Zachwycił mnie Galeon, uprawy w gajach mandarynkowych pod szklanymi dachami i bananowce, które zapewne świetnie pasują jako dodatki do potrawki z pieczonych afrykańskich wiewiórek. Ileż dowiedziałem się o europejskiej kulturze, wpatrując się we fragmenty greckich ruin, tudzież przeskakując szybciutko do dziedziczonego standardu cywilizacyjnego i muskając palcami złoty prysznic pośród wydelikaconej wschodnią subtelnością dekoracyjnej oprawy. Minąłem klub golfowy na skromnym polu, zerknąłem tylko na kolekcję samochodów, motorów i przemierzając przestrzenie lądowisk nie mogłem odżałować tych detali, których niestety już zabrakło. Prześwietnej kolekcji broni i wszystkiego, co opuściła pospieszna kamera…

A proszę spojrzeć, jak ta zawistna swołocz parła w swym bezprawnym i bezpodstawnym udziale do przodu. Jak deptała bezczelnie staranie tego wybitnego człowieka i nietuzinkowego przedsiębiorcy. Niczym ten gówniany lud z czasów pamiętnej rewolucji. Jak to bydło się tam skłębiło, jak zaczęło dysponować tym, co do niego nie należy…

Wstyd.

Czy ktoś temu człowiekowi to podarował? Czy nie wyrósł on jako półsierota, osoba zapewne niejednokrotnie borykająca się z problemami biedy i ubóstwa? Czy ktoś mu podarował pierwszy milion, czy najlepszym wzorem zarobił go sam? Swoim trudem, pomysłowością, talentami, uporem i pracowitością. Dlaczego teraz, ten przedsiębiorczy człowiek, który podzielił się swoimi predyspozycjami z całym narodem, ma cierpieć najazd hołoty na swoją własność? Jakim prawem świat toleruje takie pogwałcenie świętego prawa i standardu?

Czy to bydło wie, ile trzeba włożyć własnej pracy i wysiłku, by móc się cieszyć rzeźbą biegnącego dzika w relaksującej po codziennym trudzie bani? Czy ta swołocz, której z lenistwa nie stać nawet na leki dla własnych dzieci, ma pojęcie, ile czasu trzeba przepracować, by móc kupić dla swoich rybek lekarstwa za tysiąc euro?

Oczywiście, że nie wie. Nic nie wie, bo gówno ma. I tylko w tym gównie taplać się potrafi. Z mściwą satysfakcją, w próżnej destrukcji dorobku uczciwego człowieka i przez podłą zawiść ze swojej własnej nędzy
.
Dlaczego nikomu nie przyszło do głowy, by wpatrzeć się w podziwie w ten wzór i przykład cnoty? Dlaczego..? Otóż dlatego, że to wymagałoby wysiłku, pracy, starania. Kiedy trzeba wziąć za siebie odpowiedzialność i nie rościć sobie urojonej pretensji do czegoś, co się nam zwyczajnie i po prostu nie należy. Bo tak dyktuje elementarna uczciwość i przyzwoitość każdego porządnego człowieka. Ale nie bydłu, tylko ludziom…

Czego więc możemy się na tym przykładzie nauczyć i jakie wyciągnąć dla siebie wnioski? Otóż przede wszystkim należy zwrócić tutaj uwagę na fakt, że w świetle najbardziej światłych badań socjologicznych Polakom brakuje wzajemnego zaufania jako kapitału społecznego. Przez zawiść. Jeśli tylko ktoś coś ma, bo na to zapracował, to natychmiast rzuca się na niego cała ta banda banderowców… Bo rzekomo ukradł, bo niby jak inaczej itd. I topią tego człowieka w gównie swym, bo koniecznie musi on być takim samym zasrańcem jak cała reszta. I bez najmniejszego poszanowania, bo żeby o szacunku mieć jakiekolwiek pojęcie, to wpierw trzeba przecież na ten szacunek sobie zapracować. Ale, jak możemy zobaczyć na powyższym przykładzie, to też w niczym przed bydłem nie chroni.

Wstyd więc po raz kolejny, ale i pewnego rodzaju nadzieja. Żeby to jednak zrozumieć, potrzebna jest doza stosownej edukacji, która być może w przyszłości ochroni synonim patrioty i przedsiębiorcy przed podobnie smutnym przykładem całkowitej profanacji.

Zmierzam do nauki przykładem szlachetnym, który leniwemu pospólstwu może przywołać przed oczy obraz nieco wyjaskrawiony i przez to bardziej dlań wyrazisty.

Otóż wszyscy pamiętamy, że kiedy Żydów wożono do Oświęcimia, to cierpieli oni w tych wagonach niewygodę i pragnienie. Sami uprzednio nie zadbali o to, by zapewnić sobie w miarę wygodne i mało uciążliwe miejsce w transporcie. Być może z lenistwa, a może i przez krótkowzroczność – nieważne. Ważne jednak w tym jest to, że na ich drodze znaleźli się pomysłowi przedsiębiorcy, którzy wyszli naprzeciw ich potrzebom zrodzonym z zaniedbania. I kiedy miały miejsce postoje, to ci pomysłowi ludzie sprzedawali im wodę. Żydzi pili i płacili, czym mieli, bo byli spragnieni. A majątek pomysłowych ludzi sprawiedliwie wzrastał.

I ten kierunek chcę podkreślić w kontekście tej całej smutnej historii, która pozbawia uczciwego człowieka majątku na rzecz rozwścieczonego gminu. Kochani, nikt wam nie broni zajadać się pieczonymi wiewiórkami afrykańskimi! Leczy by było to możliwe, to musicie nabrać do siebie zaufania i powierzyć ster tym najbardziej spośród was godnym, którzy ciężko na te wiewiórki dla was pracują. Oni są już wolni od zawiści i tego samego pragną też dla was! Ale choć bydło siedzi do końca w każdym z nas, to nie należy się w żaden sposób poddawać zwątpieniu! Pomaga nam w tym poezja i kiedy dochodzi do kryzysu, to trzeba sobie ją dawkować niczym mantrę: Na tapczanie siedzi leń… A na koniec wypada ułożyć jakiś krótki wierszyk może, który na pewno też pomoże:

Oto Przedsiębiorca i Patriota/ Lecz koło toczy hołota/ I historia ta się powtarza/ Znad zawiści tego ołtarza…

wybór

Brak komentarzy

Taka „Róża” Smarzowskiego… (Ach, wypada pominąć tutaj uwikłanie zdrajcy w postkomunistyczny salon kulturowej degeneracji mainstreamu… Te maski jego zapożyczonej tożsamości, które zapewne w żydowskiej proweniencji namiastką kolonizacyjnego szablonu, co skutecznie dyktują tak reklamę, jak i dochód). Ale ta „Róża”… To w niej, co dotyka ewidentnie jakby skalpelem nerwu tożsamości pewnego sznytu, który niczym splot słoneczny talentu aktora… Lub odwrotnie.

Niby nic. Parę tych prostych zdań ze scenariusza. W słowie postawa. I nagle spomiędzy tego etos AK. Ale nie w tej dosłownej odmowie, w komiksowym wydaniu dla potrzeb filmowego kadru… Wcześniej, pomiędzy, w banalnej okoliczności. Tam coś, co kultywowane. Tam to, co konstytuuje. Co płynie z minionej wartości, która wciąż na powierzchni wolą… (czyżby!) Ducha?

Polskie niczym Ascendent w osobistym horoskopie urodzeniowym. Oszczędne, prawe. Namierzalne i działa, aż po wzruszenie identyfikacji.

Ale jak to się stało? Jak zostało dobyte to, co dawno już utracone? Co spowodowało, że to (jest) takie wyraźne, że uzmysławia i przemawia prosto, szlachetnie, bez zbędnych ozdobników?

Film, ekran, aktor… No proste recepty i szkoda dumać nad odpowiedzią.

Ale warto, być może, zamiast tego, przywołać to, co jest. Kwiatek w butonierce paranoi, kształt mitycznego fantomu.

Tradycję ojców, dziadów i pradziadów. Wiarę, krzyże, pomniki, a obok wściekłe „lewactwo”, „bolszewizm”, zaprzaństwo, homoseksualizm, degradację rodziny i narodu.

Ile może znieść umysł przeciętnego obywatela, który żyje w powijakach rodzącej się kultury demokracji liberalnej współczesnego państwa?

Już chciałby odetchnąć, ale nie sposób, bo okazuje się, że nie tak łatwo osiodłać krowę (A Michnik próbował)! Już chciałby przymknąć oko na kolejną osobę, która robi znak krzyża w autobusie przy mijanym kościele, ale przypomina sobie „fajne chrześcijaństwo”(ks Lemański). A to przecież tylko ten umiarkowany i zdrowy konserwatyzm…

Dalej jest znacznie ciekawiej. Zalew bolszewizmu powoduje, że Polak – katolik -co jest przecież i musi stanowić nieubłagany synonim – zmuszony zostaje do stanowienia swoich praw, których we własnej ojczyźnie jest pozbawiany. Rano musi więc wyjść do pracy z wysoko uniesionym, widocznym krzyżem i różańcem na piersi. Odwiedza przed pracą groby patriotów i tam modli się żarliwie, oddając im hołd za krew przelaną i złożoną z życia ofiarę . Pracuje ciężko i wytrwale, żeby pociągi znów, tak jak przed wojną, przyjeżdżały z punktualnością pozwalającą regulować zegarki (Nowak go okradł). Po powrocie z pracy studiuje wnikliwie historię, by lepiej poznać tradycję zawłaszczonego kraju i zagrożenie z przeszłości, które wciąż rzutuje na teraźniejszość. Z oblężonej twierdzy obserwuje zalew wrogich mu sił. Kiedy geje zaczynają się rozmnażać, to upada rodzina i naród zostaje zdegradowany. Nie wystarcza już nauka z Pisma Świętego i prawo naturalne, żeby powstrzymać tryumfalny pochód bezbożnictwa i tego, co jest przecież jawnie niemoralne. Za chwilę i obok honorowy doktorat wyższej Uczelni odbiera ktoś, kto ramię w ramię z NKWD rozstrzeliwał Żołnierzy Wyklętych…

To wszystko jest wciąż aktualne i nie ma chwili wytchnienia. Historia żyje w chwili teraźniejszej i wciąż się powtarza. Ledwie trzy lata temu miał miejsce zamach na patriotyczną elitę kraju. Znów zginęli najlepsi z nas. Tak, jak w Katyniu – przed zimną lufą bezlitosnego stalinowskiego oprawcy. Wtedy niszczono też to, co jest najważniejsze. Wiarę ojców, dziadów i pradziadów. Nadaremnie. Przetrwała, bo łódź Piotrowa zgodnie z obietnicą Pana dotrwa do końca czasów.

Mózg już się powoli lasuje, zmęczenie coraz dobitniej znaczy znękaną podświadomość… Ale końca nie widać, to dopiero początek. Wiara i resentyment, resentyment i wiara… Dzieci, probówki, prezerwatywy, morderstwa, zdrady, hańba… Pomniki, kościoły, krzyże. Chrystus król, Maryja królowa, Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie…

I do tego jeszcze Żydzi w Żydokomunie wciąż żywi… Wynarodowieni i bez tradycji – przecież to ich propagandy stałeś się właśnie ofiarą. Po co wciąż szczują i judzą, odbierając ci godność Polaka i dziecka bożego? Po co przypisują rzekomą odpowiedzialność politycznemu ugrupowaniu? Możesz być pewien, synku, że urzędy i instytucje będą pracować tak samo, a nawet lepiej i wydajniej, lecz zastanów się raczej, synku, czy to była kula, czy to twoje serce pękło..?

I w tym wszystkim taka „róża”, niczym jakiś zdumiewający wykwit alchemicznej przemiany, w którym „Róża” już banalną, bo jedną z wielu, propozycją w zwykłym przemyśle…

Ale jednak „Naród” w cząstce ciągłości zawarł się w niej wyłącznie w Indywidualności…

Zarząd i Rada Giełdy Papierów Wartościowych
w Warszawie z głębokim żalem przyjęła śmierć Tadeusza Mosza.

Ja też z głębokim żalem przyjmuję śmierć każdego człowieka. Ale już śmierć wybitnego publicysty ekonomicznego, przyjmuję z żalem wręcz równym rozpaczy niebios. Ja się tego żalu w swym chamstwie wobec rodziny zmarłego pozbyć niestety nie potrafię, z uwagi na ekonomiczną wybitność myśli zmarłego publicysty. Żal mi jest Tadeusza Mosza, Świętego Przedsiębiorcy w bogactwie treści tętniących życiem ekonomicznych rynków. Żal mi jest każdego tego słowa, które mi w gospodarce religię jawiło i przez proste ścieżki Pańskie prowadziło do zbawienia. Żal czuję wielki, że Tadeusza kazań już na zawsze zabraknie, że przepadła moja szansa modlenia się do małej grupki świętych Pańskich, którzy kapitałem i w trudzie swego znoju ofiarowali światu zbawienie. Kto we mnie teraz rozpali tę miłość do pieniądza, która góry przenosi, jak Tadeusza zabrakło? Kto mi opowie o tajnikach lichwy nadzwyczajnej tak, żebym w majestacie nauki potrafił przyjąć Prawdę jako nawóz oczywisty? Kto mi uświadomi, jak bardzo powinienem współczuć dla mnie zapracowanym, którzy chleb dla mnie wypiekają i w trosce o najmniejszy z okruszków uczą mnie dla tego chleba szacunku? Kto mi podpowie z niesłabnącym entuzjazmem i optymizmem, że mogę wszystko i niczego mi nie zabraknie? Kto wyśpiewa hosanna („hossanna”!) i alleluja nad trupem potężnych urojeń, który pęta biedą z fałszywych przekonań? Do kogo mam się teraz modlić, kiedy mój kapłan odszedł na zawsze na żyzne i niebieskie łąki Wielkiego Ekonomisty, by wraz z nim przy stole czerpać radość z wiecznego bogactwa?

Tadeuszu! Ty wcale nie umarłeś i nikt w to nie wierzy. Ty jak bilon pobrzękujesz z siłą cymbału, co nigdy pusto nie zabrzmi! Tyś zmartwychwstał dnia trzeciego i Ewangelią radujesz maluczkich! Spragnionych sukcesu, głodnych, lecz i wobec Boga pokornych. Tadeuszu! Ja się afektacji smutkiem nie zamierzam poddawać, bo ja dzięki Tobie już wiem, że prochy nasze, jeśli je poddać właściwej prasie, staną się diamentem tak twardym na zawsze, że jego blask zamysł Twórcy po stokroć rozświetli…

dr Haust

Brak komentarzy

No wybrzmiała. Z banalnym polotem neoliberalnej transfuzji, dzięki której rumieńce na policzkach, wzwód nawet!, oraz kury. Kury są ciekawe. Przez Marszałka wyklęte, ale kroczą tak dumnie, godnie i dziobiąc ze wzrokiem utkwionym w czymś ewidentnie wzniosłym, potrafią się bardzo oburzyć na zaskakujący akt agresji. Oj, ileż wtedy słychać gdakania, jak pobrzmiewa to oburzenie ze strun wrażliwych, jak łapkami trzeba przebierać miast w kupce piaseczku grzebać i rzadkie kupki sadzić.

Są jednak pewne przesłanki (prezes Kaczyński niczym Mickiewicz duchem tutaj wcielony), które dyktują teatromanom refleksję godną wielkiej polskiej przemiany. Pierwsza to mistrz, który zaciska pośladki i w ten oto sposób niedoścignionym staje się wzorem. Jednak dojrzałość, te skronie siwe, wymusza pewną korektę, niczym w bajońskiej sumie rozważań pragmatyzmu Janusza Lewandowskiego. Stąd i konflikt. Krwawy i rewolucyjny. Bo Mistrz nadal na garnuszku i jakby z pewną uzasadnioną pretensją celowości mentalnego zmierzchu, a uczeń już pośród Górali terminuje i prawdę potwierdza szczerozłotego przywiązania do klasyki preferencji minionych Wielkości (czyż Gustaw nie oświadczył się w końcu Bigosowej i to na wizji!).

Konflikt krwawy w carskim umundurowaniu komediantów, którzy Polskę spod caratu ocalili i księdzem Piotrem Polsce wolność przywrócili. Jeden przez drugiego coraz ładniej mówił, aż w końcu samej poezji nawet miejsca poskąpili. No nie sposób na wersy rymowane przystać, w tych ich drętwości czasem niewydarzonej, jeśli głos miodem płynący tak treść, jak i sens bez problemu przysłonić potrafi. Jeden w pośladkach alchemię dzierży, a drugi z kolei, choć już misją swą i powinnością nieco zboczony, bezczelny i arogancki, tak się w głębie bodaj barytonu wbić potrafił, że szkoda gadać…

No więc słuchajta, parobki, bo żeby was od pęta kiełbasy oderwać, to niemało trudu trzeba w to włożyć. Leniwi wy jesteście, brudni i zapyziali. Kto wam darów poskąpił, to i słusznie zamierzył, bo i szkoda w gównie topić przywileje tudzież przed wieprze perły rzucać. Ano jak to w życiu… Zdolnym i pracowitym to przystoi, a reszcie zawistnej tylko narzekać pozostaje…

Że automobilu nie mają, bo im się pracować nie chciało. Że wymową gorszą, bo nauk nie pobierali i staraniem swym do autorytetów nie dążyli. Że w gaciach tych samych paradują i nawet po teatrach, jak im się bilety darmowe podaruje, smród rozsiewają… A żeby to chociaż ze swych rodaków przykład radosny brali, co im dolarów dostarcza talent pracowitych i przez Boga do służby dla innych powołanych. To nie. Siedzą i marudzą. A tam spektakle wielkie miejsce mają, co z pośladków zaciśniętych tym przedsiębiorczym fortunę kreują…

Warto więc na zakończenie, przywołać te odsłony najświetniejsze, co zwyczajnych rolników wybijają pośród przeznaczenie, kiedy kur o poranku wciąż świetnością dnia pieje.

Haust mam na myśli, co go łyknąć trzeba niczym świeże powietrze i jak filozofii nadzieję. Historia to taka, że jakby sławić alkoholika pewien upadek… A jak alkoholik, to i wiadomo… Zrzygać się świnia nierzadko potrafi i bełkocze wzorowo. Tedy trzeba kurtyny uchylić i na maestrię wyobraźni spozierać, która sens nam niechybnie pod oczy podsuwa.

Nienaganną dykcją. Artyzmem odpowiedzialności i z pietyzmem wzruszenia. W rytm, tempo, po przecinek i średniówkę. Po co? – zapytasz człeku mały i w misteriach sztuki będący profanem. Już odpowiadam… Doktora to dla ciebie prosta recepta: haust łykniesz i rzeczywistość bezpieczna. Nadzieją twych talentów wiedziona i, prawdę powiedziawszy, bez ciebie ona skona… Lecz byś potrafił to ujrzeć wyraźnie, to musisz poczekać na skroni siwiznę i wieku swego kaźnię… Ona cię do Chrystusa zbliży i cierpieniem swym ukaże, żeś protestantom winien sprawiedliwą gażę…


  • RSS