diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2014

Ta ta

Ma ma

Pomiędzy

Wiedziałem, że to mnie nie ominie. Od pierwszej chwili, gdy świadomie podjąłem morderczo precyzyjną i ze wszech miar psychopatyczną decyzję, wiedziałem, że to się na mnie zemści. No, może podejrzewałem, przeczuwałem raczej, ale w jakiś sposób miałem pewność, pewność podpowiadaną przez rezygnację.

Wybrałem najgorszą z możliwych kopii. Absolutnie skandaliczną i z przerwami w ścieżce dialogowej, więc miejscami ciszę kosmicznego buczenia urozmaicały wyłącznie napisy. Co więcej, zminimalizowałem okienko i wyciszyłem głośnik do połowy. Było po prostu optymalnie, czyli najgorzej jak być mogło. Podjąłem rękawicę godnie i uzbrojony przez technikę w najwyższy stopień możliwej pogardy, ruszyłem do boju.

W każdym widzu powinien siedzieć taki mały człowieczek, co potrafi otworzyć w zdumieniu usta i zapytać z nagłą naiwnością: Ojej, ale jak oni to zrobili? Polecieli w kosmos? A przynajmniej taki człowieczek jest adekwatny do tego rodzaju filmu. We mnie nie siedzi. Bynajmniej nie dlatego, że jak czytam tysięczny raz o sześciuset trylionach milionów dolarów wydanych na efekty, to tracę ciekawość dla warsztatu. Przyznacie przecież, że to jest niezwykle interesujące dla laika, jak ekipa trzydziestu ludzi przez dwa tygodnie na stu komputerach miksowała pięciosekundową sekwencję. Przyczyna niestety jest głębsza i ma porażająco egzystencjalny rodowód. Po prostu mój mały człowieczek bardzo wcześnie zaopatrzył się w blaszany bębenek.

Otóż jako brzdąc powędrowałem z rodzicami i krewnym do bardzo dużego lunaparku w obcym mieście. Moi rodzice tego dnia byli wyjątkowo beztroscy i świetnie się bawili, a ja co chwila słuchałem uwag typu: trzymaj się mamusi, tylko się nie zgub, uważaj na dorosłych itp. Lunapark był nie tylko duży, ale i bardzo tłumnie zapełniony. Jeżeli chce się zgubić dziecko w tłumie, to najlepszą metodą jest ciągłe powtarzanie, by uważało i trzymało się blisko rodziców. Tym bardziej, że mój tatuś i mamusia wybrali w tym celu bardzo pomysłową metodę i stosowną do miejsca, w którym bawiliśmy. Jak tylko radośnie rozbawieni pouczali mnie kolejną przestrogą, to zaraz potem w magiczny sposób dematerializowali się w tłumie. Tatuś po bilety, mamusia w stronę wujka i nagle stoję sam z balonikiem w rączce i bliski histerii. Od dziecka towarzyszył mi stoicki chłód racjonalizmu, więc pamiętam dobrze, że rozważałem możliwość poinformowania pewnego pana z megafonem o całym incydencie. Zanim jednak zdążyłem się do tej myśli rozpłakać, to ni stąd, ni zowąd znów się wszyscy pojawili i w bardzo kpiących nastrojach. No co tam, skarbie? Zgubiłeś się, co? A mówiliśmy żebyś uważał. Weź wujka za rączkę… I tak właśnie, solidnie już – nie zawaham się użyć tego słowa, którego wówczas bardzo mi brakowało – wkurwiony dotrwałem do głównej atrakcji tego popołudnia. A był to pokaz iluzjonisty. Daleki byłem wówczas od pojęć w charakterze religijnej indoktrynacji, ale muszę przyznać, co uświadamiam sobie dziś wyraźnie, że nagle znalazłem się wtedy jakby w niby czyśćcu. W jakiejś małej, ale jednak dużej i dziwnie dusznej sali starego baraku, gdzie świeciły mętnie żółte żarówki, a ludzie siedzieli jakby w gwarze cichych rozmów, lecz bardzo dominowała cisza ogólnego podekscytowania. I wtedy zgasły światła, rozświetliła się scena i pojawił się ON. Wielki Prestidigitator. Byłem bez reszty zdumiony. Frak, wysoki kapelusz, czarna pałeczka… No po prostu zdębiałem. Nie żebym popadł w jakiś niemy zachwyt, ale po prostu uderzył mnie ten dziwaczny kontrast tego wszystkiego. I tak pewnie należałoby to opisać, gdyby nie fakt, że iluzjonista był w szarym garniturze, zachowywał wytworną elegancję i swobodę pełną dobrych manier. Ale efekt był ten sam. W moim ojcu do końca życia tliła się ciekawość małego chłopca z przypadłością konstruktora, więc jak tylko ze sceny padło pytanie o ochotnika z sali, to mój ojciec pogalopował na nią w takim tempie, jakby zamienił się ze mną ubrankami. Nawet nie zdążyłem go powstrzymać wyciągniętą rączką, którą wciąż chciałem pilnować rodziców, żeby się nie zgubić. Ojciec wszedł na scenę, nie minęła minuta oprawy, czary mary i Bach! Po prostu nagle zniknął(he he, spróbujcie dobrać do tej sytuacji właściwszą formę znikł) wraz z jękiem publiczności. No tego było już za wiele… Straszliwie się rozbeczałem i z krzykiem „Tatusiu..!” na ustach, usiłowałem pobiec w stronę sceny. Na nic zdały się uspokojenia mamusi i pocieszenia wujka, że z tatusiem jest wszystko w porządku i nic się nie stało. Zanosiłem się tak dramatycznym szlochem, że trzeba mnie było wyprowadzić na zewnątrz, gdzie za sceną miał już na mnie czekać tatuś. Ale tatuś bawił się tak dobrze, że musiałem jeszcze chwilę poczekać, aż w końcu dorośli zaczęli się denerwować, bo moja histeria przybierała na sile. Kiedy w końcu pojawił się łobuzersko uśmiechnięty i zadowolony tatuś, a mnie zdołano uspokoić, to wszyscy pochylili się czule i rozbawieni nad naiwnym głuptaskiem. Ale niestety nikomu nie przyszła do głowy prawdziwa przyczyna mojej reakcji…

Od tamtego momentu stałem się niekwestionowanym i nieprzejednanym wrogiem wszelkiej iluzji. Na magików patrzyłem z pogardą, a ich sztuczki napawały mnie niekłamanym obrzydzeniem. A przecież każdy, kto widział pokaz Davida Copperfielda, wie, że w pewnym momencie nie sposób zareagować inaczej, od towarzyszącej w sztuczce pięknej kobiety, która nagle i całkiem wbrew sobie wykrzykuje: Ale jak to zrobiłeś?! Powiedz!

Otóż nie. Nigdy, przenigdy już nie zniżyłem się do tego poziomu odzyskanej na moment radości dziecka. Żadne tam pytania, nie będzie dociekania, mam w dupie ciekawość. Ja, drogi łachudro, podszywający się pod artystę, patrzę na ciebie z wyżyn ontologicznej wieży z kości słoniowej. Swoim sokolim wzrokiem przeszywam twoje żałosne kłamstewko zawsze nędznej sztuczki. Jesteś zaledwie kumotrem klauna, imitatorem tajemnicy, łazęgą pokracznego jestestwa wśród baloników, kart, wstążek, obręczy, kapelusików i króliczków. Nie masz w sobie ontologicznej powagi nawet stracha na wróble. Jesteś akwizytorem taniego oszustwa i niemal wręcz o taką chętnie posądziłbym cię mentalność. Owszem, mogę cię lubić, ale zawsze i wszędzie, będąc dumny, niezachwiany i nieugięty, powiem ci prosto w oczy: Precz!

Toteż nie zdziwicie się chyba, jeśli oznajmię, że żaden efekt w kinie nie jest w stanie uwolnić mnie od pogardy dla tego efektu i kompletnego nim zblazowania. No dobrze, będę szczery, żeby nie być do końca okrutnym. Owszem, mogę podziwiać, ale tylko po cichu. W ukryciu i złorzecząc pod nosem.

Tymczasem przed nosem, na niemal nic nie widocznym ekranie, miałem kosmos. Ziemię, kosmonautów, stację kosmiczną, lewitację. Wpatrując się z wielkim zadowoleniem w coś, czego w zamazaniu prawie nie widziałem i słuchając przerywanej ścieżki dialogowej czegoś, czego niemal nie słyszałem, napawałem się treścią swojego ostatecznego zwycięstwa.

Sztampa postaci Jerzego była wręcz odrażająca. Ile to ja już razy miałem przyjemność poznać takiego fajnego kowboja, swojskiego chłopaka, którego tak bardzo nudzi wszystko co dookoła, że wszędzie szuka przyjemnych dla siebie i ulubionych rozrywek. A jest przy tym psotny co niemiara. Na spotkaniu z angielską królową będzie żuł gumę i położy na stole nogi w szykownych kowbojkach. Przy śniadaniu z wegetarianinem będzie się zażerał krwistym stekiem i żłopał coca – cole, a podczas spotkania z francuską damą poprawiał swoje klejnoty i bekał po wypiciu szampana. Bo on siebie lubi. I lubi to, jak żyje. I to jest najlepsze życie pod słońcem. A ponadto kocha swój kraj i najczęściej oddaje życie ratując cały świat. My pony and me. Ale ale. Nie dajcie się zwieść pozorom, bo macie do czynienia z rzeczywistym mistykiem. Tylko on jest w naturalny sposób żartobliwy, bo na co dzień po prostu szczęśliwy. Jeśli więc wyniośle spytacie go o sąd z Bergsona, to na pewno usłyszycie pytanie, czy to jest ten, co napisał Romea i Julię. Ale kiedy dojdziecie już do przekonania, że rozmawiacie po prostu z kompletnym tumanem, to właśnie wtedy, po sprytnym uśpieniu waszej czujności, tuman wystrzeli sentencją tak trafnie wpisaną w okoliczność, że zawrze się w niej cały Bergson. A wy, zastrzeleni i martwi już idioci, dopiero wtedy poczujecie bezmiar swojej pyszałkowatej głupoty…

A skoro tak, to potrzebujemy kontrapunktu w postaci samego sedna i istoty, do której należy się odnieść. Bo Sandra dwa razy wbiła mnie w fotel niczym przeciążenie na treningach kosmonauty. Sandra ma tak zbotoksowaną buzię, że talent jej ekspresji może być widoczny już tylko dzięki pięknym oczom i dolnej szczęce. Ale Sandra mając do dyspozycji tylko oczy i dolną szczękę wciąż potrafi zachwycić. Jak się rozbierze. Spokojnie. Tylko do gimnastycznych spodenek i koszulki. To absolutnie wystarczy. Sandra wbija w fotel. Kiedy rozebrała się do obcisłych majteczek i cienkiej koszulki, zobaczyłem po prostu fitt ideał kobiety. Wrażliwe oko upadłego estety nie zdołało odnaleźć żadnej dysproporcji, asymetrii, nieregularności. Całkowicie posągowe piękno złotej proporcji w gibkim i elastycznym ciele kobiety bez mała pięćdziesięcioletniej. Gdybym był w kinie, wstałbym bez wahania, zażądał wstrzymania projekcji, a następnie w sposób jawnie dyktatorski rozkazał wszystkim paść na kolana i oddać hołd biciem pokłonów.

Na szczęście Sandra była wielkości połowy obgryzionego ołówka, więc zdołałem utrzymać na kolanach laptop. Ale Sandra była też smutna. Nie zgadniecie dlaczego. Otóż wcale nie dlatego, że cały świat mówi w globish i stąd Amerykanom nie chce się uczyć języków obcych. A to akurat może mieć bardzo irytujące konsekwencje, kiedy trzeba zmieniać kapsuły ratunkowe od stacji do stacji, a każda pali się szybciej od poprzedniej. Na szczęście jednak, nawet jeśli nie znamy cyrylicy lub chińskich ideogramów, w kapsułach ratunkowych pod blacikiem pulpitu na sznureczku są instrukcje obsługi w różnych językach. A więc dlaczego Sandra była smutna?
Jej towarzysz odleciał w kosmos bić rekord długości przebywania w kosmicznej przestrzeni, a przy okazji poświęcił życie dla uratowania jej? Tak, trochę to Sandrę smuci, toteż jest bardzo zaskoczona, kiedy jej przyjaciel wraca w trudnym dla niej momencie, by po efektownym wpakowaniu się do kapsuły (mówię wam, tak właśnie trzeba dosiadać konia!) natychmiast dobrać się do zmrożonej rosyjskiej wódki w schowku. Sandra jest smutna, bo tak naprawdę nie chce żyć i przez to się poddała. A poddała się dlatego, że bardzo chciała być kosmonautką i tak się temu poświęciła, że zaniedbała małą córeczkę, która zachorowała i zmarła…

Spokojnie, w kapsułach ratunkowych są także chusteczki…

Jeśli już się wypłakaliście, to chcę tutaj dodać kilka faktów. Trudno sobie wyobrazić liczne horrory i upodlenia, jakie człowiek od zawsze zwykł fundować swoim bliźnim. Ale niektóre są wyjątkowo spektakularne i zapadają głęboko w pamięć. Na przykład Auschwitz. Jednak, jak pewnie zdążyliście zauważyć, w człowieku tkwi nieokiełznana żądza życia. Wola, która prowadzi go do przetrwania w każdych warunkach bez względu na stopień ich trudności i przykrości. Cholera, żeby się waliło i paliło, to człowiek i tak wciąż chce żyć i walczy o to życie do końca. Ale nie Sandra… Ona się poddała. Czy w takim razie ma jeszcze szansę potraktowania tej mało przyjemnej wycieczki w kategoriach zabawy na rollercoasterze w drodze powrotnej? Ależ oczywiście, moi mili! Bo po to właśnie jest obok nas drugi człowiek i nie na darmo Jerzy zrezygnował z bicia rekordu, żeby w porę wrócić do Sandry.

Jerzy uświadamia Sandrze ten smutek, który odbiera jej chęć do życia i pieczętuje kapitulację. I z szacunku do Jerzego warto tutaj zachować w tajemnicy psychologiczną komplikację, która stoi za katharsis Sandry, kiedy wybudza się ona z agonalnej wizji w rosyjskiej kapsule, by ze łzami w oczach uświadomić sobie, że jej córeczka przebywa oto w niebie… Z nieba zaś spada już radośnie do wody, dzięki czemu znów podziw nad boskością fitt sylwetki odbiera śmiertelnikowi mowę. By wreszcie przytulić ziemię. Mówię wam, fantastyczne efekty…

Amerykanie potrafią zadać filmem traumę, ale też nikt nie jest tak dobry w rozliczaniu swoich traum, jak Amerykanie w kinie. Co nam jakaś sprawiedliwa wojenka dopisze, to potem ekran prawdą ukaże. Nie inaczej jest i ostatnio, bo właśnie powstał filmik na podstawie wspomnień pewnego więźnia obozu w Guantanamo. Zanim faceta uniewinnili, to przesiedział tam osiem lat. I wyobraźcie sobie, że jak on już z tego więzienia wyszedł, to natychmiast zaczął żyć całkiem z marszu. Byłem nie mniej zdumiony od redaktora prowadzącego wywiad, bo facet po wyjściu po prostu zapisał się do klubu sportowego, kupił sobie kilka ciuchów, wypił piwo i zjadł hamburgera, a zaraz potem wziął ślub itp. Żadnej traumy, no kosmos… Ja pierdolę, ten film to chyba musi być o niczym! (A w Hollywood nawet psy prowadza się do psich analityków, kiedy zapadają na depresję). Ale ten koleś powiedział w wywiadzie jedną rzecz, która mnie zaciekawiła. Mówił, że w filmach Amerykanie, a zwłaszcza amerykańscy żołnierze, zawsze kreują się na nieustraszonych bohaterów, ale on widział na co dzień amerykańskich żołnierzy i oficerów w pełnym rynsztunku, którzy rozbiegali się w popłochu na widok niegroźnego węża w klatce więźnia lub trawie…

Otóż ja już wielokrotnie odbierałem w wyobraźni Oskara. Co więcej, niejednokrotnie prowadziłem oskarową galę i muszę wam powiedzieć, że Billy Crystal do dziś usiłuje nieporadnie kopiować subtelność mojej ironii i bogactwo dowcipu. I jak dżentelmen odmawiałem uprzejmie każdej rozochoconej entuzjazmem gwieździe, nie wyłączając Sandry, przesadnej zażyłości na balu po Akademii… Ale kiedy dotarła do mnie informacja, że „Grawitacja” zgarnęła chyba z sześć Oskarów, to do teraz nie mogę podnieść się z fotela i nawet bez dodatkowego obciążenia tymi statuetkami… I za cholerę nie wiem, dlaczego wciąż siedzę w Guantanamo…

Dziwne jest też to, jak umysł formuje swoje ograniczenia. Barykady sztucznych umocnień tożsamości, które osadzone w światopoglądowym prospekcie i piętrzą wielość nonsensu albo przez codzienność zwątpień neurozy, albo, co gorsza, w próżni bezmyślności, która nie przekracza zadowolenia płynącego z przyjemności konsumpcji. I znowu wracamy do tego, co odbiera siłę i dławi chęć aktywności – rezygnacji. Depresyjnego stoicyzmu, który odpowiedzią na niemożność zmiany, a warunkowany przez niski poziom radości. To oczywiście czysto indywidualny odcień, bo ogół należy cenić, jeśli dochrapie się do istoty wskazówki Lutra: troszcz się o to, co wchodzi i wychodzi i ciesz się tym, co pomiędzy. Praktyka wulgaryzuje to do poziomu trudnego dla pięknoducha, bo mamy niemal całkowicie dosłowną przyjemność z jedzenia, srania, pierdolenia i potrzeby, która motywowana niezaspokojonym używaniem do woli. Ale czyż nie o to chodzi? Nic więc dziwnego, że odbijamy się w oczach indywiduum raczej pytaniem: „o co kaman?”.

Facebook, twitter…

Ja się brzydzę tego sklikanego ogłupienia. Sieciowej wszechobecności, której narcystyczne podłoże jest dla mnie niestrawne. Nie lubię tego stadnego entuzjazmu tych grupek, nie lubię tej wymiany myśli zawartej w skrócie i zdrobnieniu. Nie lubię mnogości linków, które na wyrywki odsłaniają niedowarzoną świadomość. Nie lubię pędu skawałkowanych treści i treścijek, wspartych zachwytem, egzaltacją i posiekaną próżnią konsumpcyjnego zadowolenia. Nie lubię utuczonej głupoty bachorów, dla których zdanie z powieści (np.) Rylskiego znaczy tyle samo, co pozytywny komentarz na allegro. I brzydzę się tym poziomem „hiperświadomości”, czyli szybkiego kojarzenia w przestrzeni uproszczenia i stereotypu. Nie wspominając już o nowoczesności w wydaniu „wolnego rynku” neoliberalizmu, poprawności politycznej, albo duchowości inspirowanej new age. Popreligia popkultury i pochodne w mackach i glutach. A wszystko to takie energetyzujące na cichej, mózgowej fali i dyskrecji pomiędzy neuronami, które czynią z sieciowej wymiany myśli rzecz pociągającą.

A szczytem tego wszystkiego jest psychodelia hiperświadomości. Narracja życia w ujęciach, wycinkach, kawałkach, które przez tekst, obraz, dźwięk, aż po kolaż złudzenia i przeniesienie tego na wymiar popkulturowej transcendencji. Postmodernistyczna transgresja, która transmutacją umysłowej płycizny, ale często w estetyce formy albo przez interesujący styl. Tyle tylko, że nawet jeśli mam do czynienia z kimś ciekawym, to nadal głupim…

Ech, skawałkowany świat obrazów i pogubiona świadomość narkotycznych resztek. Niczym wycinki niedojrzałej prozy. Łatwe rozwiązania psychodelii. Nic bardziej barwnego od iluzorycznej, onirycznej rzeczywistości, w której snuje się jestestwo spragnione istoty rzeczy. Matriksowe popłuczyny popkultury, w przedziale lynchowskiego pochylenia nad szczegółem. Wyobcowani rycerze prawdy, którzy odsłaniają systemowym niewolnikom ponury obraz ich codziennej i niezauważanej udręki. Pociągające przez formę, która bliska młodzieńczym eskapadom w nieświadomość uchyloną przez LSD. Nowa kontrkultura, ferment awangardy, miałkość młodzieńczego buntu. Ale coś z tego, coś poza tym. Drobiazg głodu, nakaz poszukiwań, nieukontentowanie. Tylko po co? Bo to jest pytanie, którego dzisiejszy wymiar bez mała ostateczny. Zmarła kultura, zdycha człowiek, bredzi człowieczeństwo. Itd. Dam przykład, a zacznę od filiżanki kawy:

Ranek. Niby stwierdzenie, a jednak nieoczywiste. Chmurny początek rozgoryczonej podświadomości. Dzień jak co dzień, lecz nie dla każdego. Gdzie u innych granice są twarde, ostre i wyraziste, tutaj płynne w czerni parującej kawy. Dziwny łyk placebo, fikcyjnej potrzeby neuronowych szlaków. Obieg tych samych wiązań, reakcji, połączeń. Siatka przeniesiona na rzeczywistość, siatka tworząca rzeczywistość, rzeczywistość kreująca siatkę. Gorący płyn w gardle i poranne pożądanie. Zdrowy zew małpy, gwarant wyśmienitego samopoczucia. Niektórym nie wystarczy. Konieczne jest dotarcie do sedna przyjemności – do wchłaniania. Łyżeczką, zamrożony mózg – na deser. Połacie upieczonych mięśni. Podroby człowiecze wyjątkowej delikatności. Kanibalizm po pełniej odsłonie niemożności ostatecznego zaspokojenia. Namiastka. Wciąż namiastka. Zjadłem całą masę blondynek, uwielbiam brunetki, smakuję rude. Za godzinę będę w pracy.

Rytmiczne postukiwania faksów, intymne mruczenie maszyn. Kopie korporacyjnego standardu. Uśmiechy zwyczajności rozlaną i kolejną kawą. Nie śpię. Całe wieki. I nawet nie mogę pogadać z Draculą. Suną sylwetki, prześwitujące. Topnieją, znikają. Nie rejestruję przychodzenia, odchodzenia. Wtapiają się w tło, krążą w skostnieniu materii. Nie dla mnie.

Itd.

Ciągnąć to można bez końca i z dużą przyjemnością, a podstawą i tak zielone przyzwyczajenie do niesprawiedliwości i ogólnej zawodności widzialnego świata. Po drodze dragi, halucynogenny wyraz świadomości, kilka mitów eksploatowanych w popkulturze. Związki i zalążki, embriony i doświadczenia około pośmiertne. Kółka satysfakcji puszczane z papierosowego dymu. Ach, ta nadbudowa. Przeciw lutrowskiemu wymiarowi przyjaznego i pożytecznego życia. Nikogo szczególnie nie gnębiąca dosłowność bytu. Jedzenie, sranie, pierdolenie. Praca o wartości ponad ogólnej. Wyjątkowość indywiduum. Powikłania w osobnych i ksobnych strumieniach świadomości. Nurkowanie. Ocean. Praprzyczyna. Bzdety.

A z tyłu i w zanadrzu. Przecież ona. Niczym pieśń Rolanda. Niczym wieczne tabu. Ostatnie ogniwo niewoli. Istota wszechrzeczy. Bum cyk cyk.

A gazetach napisali, że kolejny łomiarz schlebił jakiejś kobiecie. Zamykam numer trzynasty kolejnego super magazynu „OFF”.

Jeśli nie jest się wytrawnym wygą, dla którego jest to zawód, to wyjałowienie wyobraźni do zmęczenia i toczeń pieniaczej zapalczywości oraz całokształt tej mózgopiany rzeszotnieje do pumeksu, którym szoruje się pospolitość nagniotka… To chyba Kapuściński bardzo się martwił, żeby nie ugrzęznąć w publicystyce, która miała dla niego wymiar ubogiej literatury… Ogólnie sam jestem już tym tak zmęczony, że przestaję rozróżniać różowe nieba innej przyczyny spleenu.

Ja natomiast babrzę się w bliżej niezdefiniowanym obszarze bezcelowości, której charakter wyznaczają smutne konstatacje. Na przykład ostatnio myślałem o sumie swoich wrażeń i stwierdziłem, że to jest jakaś podmokła łąka zasnuta mgłą… Gdybym tak walnął w kalendarz, to pewnikiem czeka mnie niespokojny bieg po krawędziach śliskich kamieni wystających z bagiennej gleby. Niby mam to w nosie przez dziurkę nie w nosie, ale stąd właśnie ten smutek konstatacji… Coś jakbym w lustrze oglądał chudzielca zamiast atlety…

Dużo we mnie smętku refleksji, jakichś płaczów nad uczuciami, bezwolnych oddechów swobody i spin niczym natręctw neurozy. W skrócie można powiedzieć, że łatwo nadać temu pozory wyboru: możesz spokojnie usiąść i cieszyć się tym, co jest, a możesz też ciągle szukać pinezek pod tyłkiem. Nawykowo bardzo lubię szukać pinezek…

Ja, przyglądając się temu, nie ogarniam jednej rzeczy. Postawa pokolenia Pudelka, to dla mnie rzecz oczywista. To są ludzie, których Rylski kreśli właśnie „jako grupę, bo jeszcze nie klasę” i oni są już kompletnie odmóżdżonymi konsumentami. Ważne są wakacje na egzotycznej plaży, maksymalnie dużo pieniędzy i czasu na rozrywkę. Dla nich wszelka filozofia jest nudną głupotą, bo po co mówić zdaniami złożonymi, skoro wszystko można zawrzeć w skrócie i zdrobnieniu. I jest fajnie i wesoło. Jeśli już trzeba zająć jakieś stanowisko, to zajmujemy je pełnym oburzenia zdaniem ubogiego i bezsensownego bełkotu, w którym usiłujemy wiernie odtworzyć to, co powiedział Lis albo sądzi Olejnik. OK, to rozumiem. To wszystko są w końcu nieważne i nudne bzdury, podobnie jak książki, literatura i cały ten syf, który przeszkadza w oglądaniu Spidermana i zakłóca wyżerkę przy pizzy, oraz snucie marzeń o grillu na plaży w Kongu (to jest tam plaża?). W dodatku, po nieudolnych próbach wypowiedzenia szeregu żenujących bzdur, każda z tych osób nie tylko zachowuje niezachwiane poczucie własnej wartości, ale wręcz stanowi narcystyczny dyktat samouwielbienia i autorytatywnego sądu.

Ale oprócz nich jest jeszcze stado „elity”. Grupa ludzi identyfikujących się z określonymi poglądami, kultywująca w życiu przynajmniej pozory jakichś inteligenckich tradycji itd. Czytają, nierzadko sporo wiedzą, ale samodzielne myślenie to dla nich przestrzeń wielkich odkryć wiedzy z facebooka. Liżą awangardową postać sztuki, kreują wątki samostanowienia w globalnej przestrzeni i alienują swoją wyższość nad plebsem w kategorycznych sądach swego autorytetu. Nie są zdolni do niczego innego poza swoistym intelektualnym religianctwem i czują się w tym jak ryba w wodzie. A wszystko to na mocy jednego warunku: sukcesu ekonomicznego, materialnego powodzenia, zarodka statusu klasy średniej.

O ile pokolenie Pudelka stanowi czysty „etos” tej „elity”, o tyle oni stanowią czystą elitę tego etosu. Czego więc nie rozumiem? Horyzonty pokolenia Pudelka wyznaczył początek ery konsumpcji i to ukierunkowało i uwarunkowało inteligencję, motywacje i myślenie, ale cała reszta potwierdza istniejącą próżnię i głupotę wolnym wyborem, którego charakterem jest umysłowe i duchowe wyjałowienie. Tak! – krzyczą wszyscy. Tak! o co kaman? wyluzuj, spauzuj, nie męcz padaki, otwórz pliki, bądź in tacz.

Tak więc, z przyjemnością sam się banuję z tego świata i bez żalu przerywam transfer… Bydło kroczy stadnie, przepysznie zadowolone, a rozmowa z bydłem wymaga muczenia, które przeszkadza spokojnie przeżuwać trawę. Z czystej kultury nie będę nikomu zakłócał smacznej konsumpcji.

Ale w tym wszystkim najgłośniej wybrzmiewa bardzo interesujące zagadnienie: ale właściwie dlaczego musisz być „do czegoś”?

Nie żebym nad tym bolał, ale to jest generalnie przedział nk. Cały przedział świadomości, która upatruje swoich ścisłych związków z tożsamością w zdjęciach z wakacji… Nuda ekspresji wymęczonej potrzeby i w sosie życiowego sukcesu tudzież spełnienia. Gdzie jest ten aspekt społecznościowy, skoro całość stanowi ordynarną formę wizerunkowych wyziewów? „Czesiu, ubierz się porządnie, bo co ludzie powiedzą, jak cię zobaczą”. Mnie bardziej zajmuje „elita” cyberkultury, która funkcjonuje w mentalnym burdelu na styku popkultury, dziedzictwa hippich i ekstremalnych związków języka z nicością. Jakiś amalgamat świadomości, który konstruuje pustkę formy w opakowaniu treści i schlebia sobie wizyjnym torem w przestrzeni rynku, jako formą oczywistej odpowiedzi na postmodernistyczny zanik rzeczywistości. Oto właśnie przykład niezwykle pojemnej formy bełkotu, za która stoi wyłącznie dobre samopoczucie autora. A wszystko to w sosie „odmiennych stanów świadomości”, dla których niektórzy nie muszą szukać specjalnie wyszukanej nazwy i tytułują po prostu głupotą (czyżby to był niezwykle skomplikowany przekaz podprogowy?). Dam próbkę stylu.

To niczym geologia świadomości… Pokłady zmurszałych neuronów w warstwach pofałdowań, które poziomami archetypowej inicjacji i procesem rozkładu nieuświadomionych paradygmatów. Niewolnicy zamierzchłych struktur w rozpędzonej przestrzeni nanotechnologii. Czip pośród czipsów i zakładki do programów neurolingwistycznej manipulacji… Przemierzają odcinki bez wyznaczonych punktów, w trójwymiarowej przestrzeni wciąż skłamanej płaskolandii. Trupy eksplorowane wycieczkami w ich podświadomość, dostarczyciele magicznego pokarmu niewidzialnym biurom podróży… Itd.

Cały ten świat kontestującej świadomości, która uwikłana w gnozę własnej niewiedzy… Dlatego też myślę, że jednym z ostatnich filozofów jest Jean Baudrillard i dlatego tak go lubię… Mój niesmak budzi wyłącznie matriksowa papka stylu, bo stanowi odzwierciedlenie tej rzekomo charakteryzowanej świadomości, której ofiary zmartwychwstają w pełnej glorii karykaturze przebudzenia. W hamburgerowej sałatce big maca i keczupowej godności odzyskanej wolności, która oczywiście ekspresją nieograniczonej świadomości… Sto razy wolę autentyzm doświadczenia starej babci z kościelnej ławki, niż „awangardę” tych popłuczyn po kontrkulturze w sosie asocjacyjnego spięcia i łonie kultury masowej…

Rzygam tym równie zniesmaczony, co zadowolony i urzeczony. I nie wstydzę się przyznać do tego, że uwielbiam te pluskwy pogodnego schamienia. Tych agentów Smithów w karnawałowych maskach i tłukących weneckie lustra.

Ale ponieważ jest to tyleż warte, co nudne, to największe zadowolenie odnajduję w najbardziej już groteskowej wersji tego, czyli na portalach i w czasopismach ostatecznie uświadomionych. A że przy okazji mam tam cały niuejdżowy set atrakcji, to chyba więcej niż oczywiste i logiczne…

Na tę okoliczność mam wątpliwą anegdotkę. Opowiada o całkiem fajnym, odpustowym, ale dostatecznie starym i startym(i odrobinę paskudnym) klaunie (z kieszenią na długopisy), który urzekł mnie kiedyś w antykwariacie Otóż kiedy nabywałem tego klauna, to antykwariusz wręczył go z tekstem: patrz, oto smutny, żałosny klaun, który przegrał swoje życie. Nie mogłem więc nie wykorzystać tej szansy i powiedziałem: zupełnie jak ja. Na co antykwariusz odpowiedział lekko zdziwiony: Ty nie jesteś smutny…


  • RSS