diwrad blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2014

Jeżeli człowiekowi nie jest dane spotkać Zofii, to zgnije marnie jak porzucona połówka jabłka na bufecie. Nigdy nie pozna siebie, smaku tajemnicy, istoty wszechświata i tym podobnych bzdur. Zofia jest kluczem i przepustką, sekretem i zagadką, drogą i spełnieniem.  Dlatego warto poznać Zofię; a jest Zofia niezmienna, arbitralnie odwieczna i nieskończona.

Dla ułatwienia w duchu czasu, wypada Zofię uśrednić i skalać statystyką. Zofia ma 20 – 25 lat, jest śliczna w każdym szczególe, a jej urodzie dorównuje jedynie jej urok. Zofia ma tak piękny uśmiech, że na jego widok topnieje każde serce obciążone zatwardziałym gniewem. Oczy Zofii są tak duże i głębokie, że usta same układają się do recytacji Pieśni na pieśniami, lecz kiedy zaczynają płynąć te obrazy, to każdy skrzywi się nad ich pasterską odsłoną wulgarności, która nijak się ma do głębi duszy w przepięknych oczach Zofii. Usta Zofii to czysty obłęd estetyki. Zarysowane tak subtelną kreską, że samemu Rafaelowi pozostałoby tylko samobójstwo z rezygnacji. I nie ma sensu mnożyć opisów każdego detalu Zofii, bo żadne słowo nie tylko nie sięgnie sensu, lecz sczeźnie już na etapie próby oddania obrazu. Dla Zofii pisze się wiersze, maluje obrazy i umiera z miłości oraz zachwytu u jej stóp, których kształt i delikatność przeczą ułomności natury. Wszyscy to na pewno znają z autopsji, a wiosna dodatkowo sprzyja temu, by oddać jej pokłon hormonalnym obłędem. I być może słowo „hormonalny” jest tutaj zasadnicze, a przynajmniej powinno takim być dla każdego, kto żywi jeszcze jakieś złudzenia przy Pieśni nad pieśniami i komu wydaje się, że w brzmieniu Szir Haszirim coś się kryje, że dźwięczy tam jakiś klejnot. Bo klejnotów należy raczej szukać na szyi Zofii. Właściwie nie trzeba ich szukać, są na niej wszędzie. Zofia jest obwieszona klejnotami jak choinka. Aż wdzięk dźwięczy. Szir Haszirim – słyszycie?

Zofia jest psychopatką. Zapewne sądzicie, że mam na myśli jakiś ukryty paradoks, który zaprowadzi was w końcu do katatonii Sokratesa na jednym z greckich rynków. Że sięgam do trzewi bytu, by przewrotnie wynicować go mądrością, a wy, dotykając spragnieni sensu, uświadomicie sobie milczeniem, że na zawsze pozostaniemy ślepi… Niestety nie. Więcej nawet, na szczęście nie. Ja trzymam się twardo priorytetów coachingu, który odsłania sens ostatecznie i z saturnowym polotem tworzy wolną przestrzeń w strukturze jedynej prawdziwej Nauki i Wielkiej Magii: Samorealizacji. Muszę więc, jak przystało na naukowca, być na tyle dosłowny, na ile wymaga tego potwierdzony dowodem fakt. Z rozkoszą więc orgazmu scjentysty, informuje was, że Zofia jest psychopatką całkiem dosłownie.

Zofia jest psychopatką, bo kocha. Jak pewnie zauważyliście, statystycznie uśredniona Zofia jest jeszcze młoda, więc nie bez znaczenia są tutaj prawa wiosny, której Zofia jest niby idei zwierciadlanym odbiciem. Dlatego miłość Zofii jest obłędem każdego starca. Indywidualną wypustką pleromy i zarazem jej macką niczym odnóże Lewiatana z otchłani wielkich głębin. Nieujarzmionym chaosem zmienności, w której natura jednoczy się z charakterem i tworzy w destrukcji symfonię sprzeczności dla zmysłów. Szukaj wyższego pierwiastka, a spotka cię niechybnie upadek; oddaj się zwierzęciu, a uwznioślisz się do kontemplacji. Dla Zofii nie jest to tak skomplikowane. Ona prowadzi pamiętniczek. I tam zapisuje wszystkie swoje porywy młodego i gorącego serduszka, które tętni życiem w blasku słońca. Na przykład we wtorek, na szkolnej wycieczce, usiadła w autokarze obok Adama, który sięgając po swoje rzeczy z sąsiedniego siedzenia przypadkiem musnął ją dłonią. A jej od tego stanęły włoski na przedramionach, a serce zalała lawa od której poczuła wypieki na twarzy. Zaraz, zaraz, powiecie. Mówiłeś nam przecież, że statystycznie uśredniona Zofia ma 20 – 25 lat… Ależ tak, moi drodzy, i radzę wam teraz dobrze sobie zapamiętać tę uwagę. Wracam więc do wtorku Zofii i przenoszę się w czwartek. To już nie Adam w tym samym autokarze, to Robert. Adam siedzi dwa miejsca dalej i jest wyjątkowo wstrętny. Ma krzywy ryj i tym paskudnym grymasem szczerzy się do głupiej Anki, a Robert ma takie słodkie oczy i miły uśmiech… A teraz, moi mili, zamiast o dwa siedzenia dalej, musicie się po prostu przenieść o kilka lat w przyszłość, a resztę pozostawię waszej wyobraźni. Ale nie do końca. Wiem bowiem, że jesteście jak Sokrates i tylko tak możecie rzecz skonstatować, a ja tymczasem nie mogę wam pozwolić na czcze bajanie i potęgować absurd opresji waszej bezradności i niewiedzy – ja chcę was dyscyplinować jedyną prawdziwą Nauką i Wielką Magią: ostateczną odpowiedzią coachingu. (A jeżeli jest wam potrzebna wizualizacja, to zapraszam do obejrzenia profilu Zofii na fejsie).

Zofia uwielbia egzotyczne podróże, w czasie których można wpierdalać różne wyszukane potrawy, jakie proponuje w menu swojego programu Hell’s Kitchen Wojciech Modest Amaro, lub Magda Gessler w Kuchennych rewolucjach. Zofia uwielbia podróże, bo sprzyjają dodatkowemu wykreowaniu bogactwa smaków, które są naturalnym preludium miłości. Od wrażenia do wrażenia, w tyglu różnorodnych smaków, gdzie kultura łączy się z jej apetytem w komunii obcowania człowieka ze światem, innością, bogactwem wielości, aż w końcu tchnieniem poznania, które w odsłonie samego smaku jest zakulisowym spełnieniem  metafizycznego doświadczenia. A w tym kolorowym wirze wydarzeń Zofia doświadcza ukojenia, które niczym muzyka nastraja ją do stopienia się w pełni z celem jej istnienia i przekroczeniem wszelkich granic pogubionej osobności, gdy w tętniącym życiem sercu doświadcza ekstatycznej radości i krok po kroku zbliża się do wieczornego finału ostatecznej odpowiedzi, wielkiego Tak, beztroskiego poznania Jedności w samym centrum swego transcendentalnego wywyższenia  w immanencji – wspaniałego orgazmu w łóżku trzygwiazdkowego hotelu. Tam splatają się słowa Pieśni nad pieśniami i sypią się wdzięcznie dźwięczne klejnoty Szir Haszirim w nowej interpretacji genialnego przekładu, którego Zofia dokonała bez najmniejszego wysiłku, spontanicznie i nieświadomie: och tak!, kotek, pierdol mnie!, rżnij swoją małą suczkę!, co za rozkosz!…

Przyjemność i dążenie do szczęścia. Epikur przy Zofii jest jak stary kapuśniak z twardym bobkowym listkiem, który swoją ostrą krawędzią przywołuje balans równowagi i odsyła receptory do postrzeżenia siebie,  gdy ulatniamy się w degustacji wraz z parą buchającą z talerza, potem ściekającym po twarzy i smarkami płynącymi z nosa. Przepadają wszelkie subtelności apetytu hedonistów, gnijących gdzieś w wypielęgnowanych ogrodach, gdy popijając wino w swych wygodnych łożach oddają się złudzeniom sztuki i filozofii. Przy Zofii dotykamy absolutu orgii, nieprzerwanego tańca Sziwy w pandemonium ekstatycznej modlitwy nad jedynym wyrazem niepoznawalnego, z którym dzielimy niekończący się stosunek: Narcystyczną Wielkość Przyjemności i Konsumpcji (n=WPIK).

Zofia wyraża to w prostszy sposób. Bowiem jej emocjonalna dojrzałość jest na poziomie szkolnego pamiętniczka, a uczuciowość to po prostu emocjonalna płycizna dyktowana doraźną potrzebą przyjemności. Nie jest ważne z kim jej doświadczy, bo ważny jest ciąg przyjemnych wrażeń. Pomiędzy nimi jest tylko próżnia, nicość, nuda i bezsens. Lub przykra konieczność tzw. prozy życia, którą warunkuje niedostateczna ilość posiadanych pieniędzy. Zofia w każdym odbija siebie, bo istotny dla niej jest ubiór. Kiedy jest ładnie ubrana, jest szczęśliwa, bo ładnie wygląda i jest piękna. A my podziwiamy Zofię, a Zofia podziwia siebie dzięki nam. Bardzo jesteśmy Zofii do tego potrzebni, bo Zofia nie potrafi żyć bez miłości. Miłość jest Zofii potrzebna do życia jak powietrze. Zofia potrafi kochać słodko jak nikt. Kocha tak namiętnie, że przy tej miłości bollywoodzkie filmy przypominają o swoim rażącym fikcją niedostatku. Rozkochana Zofia jest unikalną księżniczką, rzadką perłą niespotykanego piękna. Jest słodsza od miodu, gdy zaspana prosi rano o herbatusię, po południu o masaż zmęczonych chodzeniem stópek, a wieczorem o wymasowanie pupci pachnącym kremikiem. Zofia kupuje codziennie mnóstwo rzeczy i nie odróżnia ich od ludzi. To produkt jak każdy inny. A  zawsze można mieć nowszy model i to taki z jajami. Kiedy Zofia pozbywa się starszego modelu, to przez chwilę odczuwa smutek. Żal płynie z przyzwyczajenia do określonych warunków i rutyny.  Podawana herbatusia, masowane stópki, pupcia smarowana kremikiem, wycieczusie i pyszne jedzonko. Ten smutek może chwilę potrwać. Na przykład z piątku na sobotę, jeżeli w niedzielę nie będzie jakiejś fajnej wycieczki, a nowy model trzeba będzie testować w ten sam sposób i dopiero wyczuwać kierownicę i biegi. Zofia ma definicję na to zjawisko: jestem szalona – mówi. Zofia nie przeprasza i nigdy nie ma poczucia winy, bo nigdy nie utraciła niewinności. Sumienie Zofii jest zawsze czyste, bo Zofia nie ma sumienia. Sumienie to dla Zofii niezrozumiały relikt z przeszłości i całkiem zbędne obciążenie. Po co mieć sumienie, skoro nie ma się nic na sumieniu? Owszem, są jakieś jego szczątki, bo Zofia zawsze i wszystko racjonalizuje na swoją korzyść, ale kto by się przejmował myśleniem o takich pierdołach. Szkoda na to czasu. To mało przyjemne wrażenie. W tym czasie mogą wystygnąć na talerzu makowe kluseczki w miodzie, z siekanym awokado w sosie beszamelowym i kawałkami delikatnego mięska z udek australijskich wiewiórek. Mniam mniam, pycha. Niedługo Zofia urodzi dziecko. Ale po zmianie modelu na nowszy i z jajami Zofia zadecyduje o powierzeniu dziecka opiece dziadków, bo ciąganie takiego dziecka na fajne wycieczusie jest bardzo niewygodne i uciążliwe. Bachor płacze, ciągle czegoś dla siebie żąda i jak gołębie należy do kasty darmozjadów. Tylko gołębie roznoszą jeszcze pasożyty i dlatego należy je tępić. A do jedzenia raczej się nie nadają. Ale wbrew pozorom Zofii nie jest obojętne, gdzie jest i z kim jest, bo liczy się siła nabywcza, która przekłada się na pełnię życia, komfortu i zadowolenia Zofii. A Zofia ma swoje Priorytety…

Tak, macie rację i słusznie czujecie oburzenie. Bardzo w ostatnim akapicie nakłamałem o Zofii, oczerniłem ją brutalnie swoim prymitywizmem i przepoczwarzeniem w wirtualną wulgarność wyobrażeń bliżej nieodgadnionej frustracji. Postąpiłem tak podle i chamsko tylko po to, by odsłonić przed wami prawdziwą mądrość i wiedzę ostatecznej odpowiedzi jedynej prawdziwej Nauki i Wielkiej Magii. Bo bez Zofii nie można poznać siebie, smaku tajemnicy… i wszystkich tych bzdur, a Zofii dookoła jest całe mnóstwo. I choć teoretycznie potrzebna jest nam tylko ta jedna i być może (hi hi) jedyna, to może się to udać tylko dzięki ścisłej strukturze wolnej przestrzeni jedynej prawdziwej Nauki i Wielkiej Magii. Ty sam dzierżysz do niej klucz, choć jeszcze o tym nie wiesz. Przypominam więc, że zasadnicze znaczenie ma słowo „hormonalny”, bez którego doświadczysz tylko złudzenia Samorealizacji. Ale najważniejsza w tym jest transformacja w strukturze prawdziwej Nauki i Wielkiej Magii, czyli jasne i precyzyjne określenie tego priorytetu, który pozwoli ci usłyszeć  wdzięczny i faktyczny dźwięk Szir Haszirim. Bo bez tego, niestety, nigdy nie będziesz psychopatą…

Kilka lat temu wpadła w moje łapki kniżka Joanny Bator o Japonii „Japoński wachlarz”(domyślacie się po tytule, że o Japonii?).  Połknąłem książeczkę raz dwa trzy i z wielkim zadowoleniem, bo taka była prościutka, impresyjna, a na rynku w tej przestrzeni raczej posucha, lub, jeśli ktoś woli, kamienny ogród zen. No owszem, coś tam nawet napisała sama nieformalna małżonka formalnie samego Prezesa i pewnie w jakimś intelektualnie oszalałym rozbestwieniu w dialogu z współautorem, jak również gdzieś na księgarskich półkach leży też  inna pozycja o japońskiej estetyce i nie mniej wściekłej intelektualistki, ale dzieł na przecięciu formy popularnej i poznawczej refleksji – jak na lekarstwo. Przynajmniej o Japonii. Toteż wcale mi nie przeszkadzał feministyczny rys autorki, w którym upiór papy Freuda straszy w regularnych odsłonach skromnych etiud w przypisanej mu roli. Bo niby dlaczego miałby mnie straszyć? To prawda, że ciut męczą te interpretacyjne banały, ukryte w antropologicznym poszyciu, ale doprawdy nie na tyle, żeby nie cieszyć się fotografią prześwietnego sushi. Japonia na talerzu jak zestaw sushi po prostu i mniam mniam.

 
Niemniej, choć książka przyniosła czytelnikowi zadowolenie, to wkrótce potem bardzo szybko o niej zapomniałem. Była zbyt lekka – powachlowałem się troszkę i powędrowała wdychać kurz z półki. Niestety nie miała w sobie tego typowego dla Jadwigi szaleństwa (żeby nie powiedzieć obsesji), nie miała też zdumiewającej niewiedzy Ruth Benedict, która co prawda nigdy nie była w Japonii, a książkę napisała na zlecenie rządu celem analizy szans demokratyzacji Japonii, ale już samym tytułem wprawiała w osłupienie trafnością wyobrażenia(fantazmatu!). Nic z tego niestety. Jakkolwiek Joanna bardzo się starała, to nie dostrzegłem w książce wiele więcej od podróżniczych impresji w kimonie jej skromnego aparatu. I choć mogę sięgnąć po książkę raz jeszcze i całkiem chętnie, to wiem też, że to już będzie tylko ten sam zestaw sushi i nic więcej. Nie mam jednak zamiaru uwłaczać Joannie porównaniami do Cejrowskiego, choćby tylko dlatego, że zapewne uwłaczyłbym Cejrowskiemu w opinii samego zainteresowanego – trydenckiego piewcy wyższości Kościoła nad każdą kulturą, cywilizacją i wszystkimi galaktykami.

 
Zapomniałem więc o Joannie i jej przygodach w Japonii, których, gdyby nie moje skończone lenistwo i osadzenie tyłka w przestrzeni trzech przecznic i kilku sklepów, pewnie bym jej zazdrościł. Nawiasem mówiąc poznałem kiedyś pewnego pisarza, którego umysł zwykł płatać mu figle i stąd cieszył się on również dosyć osobliwymi upodobaniami i nawykami. Miał on dzielną siostrę, kurierkę AK, z którą rozdzieliła go wojna. Siostra wyemigrowała do Australii i wróciła do Polski odwiedzić brata dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Widząc, że mieszka raczej skromnie i niezbyt często zażywa rozrywki uciech wszelakich, wykupiła w biurze podróży wycieczkę po Europie, którą wręczyła bratu w prezencie. Ale on spojrzał bez zainteresowania na folder i bilet, oznajmiając, że wszędzie tam już był. I uciechy stanowczo odmówił. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że – pomijając pobyt w niemieckim obozie koncentracyjnym – nigdy nie opuścił swojego rodzinnego miasta… (Tym samym, mając za sobą poszanowanie dla ducha rysu Joanny, czyli powyższą racjonalizację, przejdę z rozmachem dalej).  Zapomniałem o Joannie, ale pamiętałem o wachlarzu. Narzucał się niezbyt uporczywie, ot po prostu jako miłe wspomnienie minionej lektury. Ale któregoś dnia zacząłem czytać coś o nominacjach do nagrody Nike, a wkrótce potem już o wręczonej nagrodzie i laureatce, a w tym wszystkim ponawiał się tytuł i nazwisko autorki.

 
Ani tytuł, ani nazwisko nic mi nie mówiły, ale nagrodzona pozycja spotkała się z jakąś ostrą krytyką ze strony fantomowej POLSK!, więc ogólnie w swej niewiedzy odczuwałem raczej sympatię i solidarność z laureatką. Dopiero potem to nazwisko  zaświtało mi w głowie skojarzeniem, a reszty dopełnił bezbłędnie kompetentny wujek Gogle. A więc to Joanna! To ona! To ta Joanna! Nawet nie wiecie jak się ucieszyłem, bo – pewnie wstyd się do tego przyznać – jest to jeden z nielicznych autorów nagrody Nike od czasów Pilcha, którego w końcu znam(a przynajmniej pamiętam)! Od razu odbyłem w myślach seans całego szeregu super elokwentnych peror na potencjalnej randce, którą, jak pewnie nie muszę dodawać, wieńczył spektakularny sukces. A czy czytałeś… Och, wiesz, jeszcze nie miałem okazji, ale… – 1,5 h z głowy!

 
Tutaj muszę dodać całkiem bez związku, że Joanna na zdjęciu z Wachlarza i w kimonie,  jest po prostu ostrą laską i nawet nie bardzo wiem, jak mógłbym zracjonalizować to skandaliczne uprzedmiotowienie kobiety, ale nie mając raczej szans na randkę z Joanną, nie muszę się też tym jakoś specjalnie martwić… A więc Joanna stała się sławna!  Z właściwym sobie refleksem, który analogiczny do chęci wspomnianego wcześniej pisarza, zbierałem się już do zdobycia nagrodzonej knigi Joanny, ale zanim zdążyłem to zrobić, to padł grom z jasnego nieba: sławna już Joanna wydała następną książkę! I nie dość że o Japonii, to w dodatku pędzi jak rasowy koń wyścigowy i za chwilę będzie kolejna, która jakimś nowatorskim i oryginalnym projektem wydawniczym marki „ZNAK”.

 
A dowiedziałem się tego z audycji radiowej o książkach, w której gościła Joanna. I z bardzo dziwnego radia. Otóż to radio niezmiennie przykuwa moją uwagę, ale nie dlatego bynajmniej, że jak każda radiostacja serwuje super nudne i szczątkowe audycje, w których przez kwadrans słyszę  treści o zawartości dwóch zdań. To radio mnie intryguje, bo propaguje lewicowe wartości – taki ma profil. Jakby Radio Maryja a rebours.  I moje wściekłe wprost zaciekawienie w tym budzi fakt, że w tym radiu są codziennie cztery audycje o gospodarce, ekonomii, finansach, rynkach i w każdej z tych audycji trzy osoby przez kolejną godzinę pieją z zachwytu nad neoliberalnym upadkiem w darwinowską dzicz. Bez najmniejszej wątpliwości, wyniośle pod eksperckim krawatem i z niesłabnącym entuzjazmem. Ale oprócz tego wszystko co pozostałe jest już w porządku. I wrażliwość społeczna w kolejnych audycjach, i tolerancja itd. Jest też w radiu śmiały nurt LGBT, co przejawia się tak w nudnych audycjach, jak i w orientacji prezenterów i prezenterek. Niezbywalna jest też nuta pewnego oczywistego rozbawienia nad oczywistością, kiedy przychodzi wspomnieć o Lacanie, rzucić uwagę o Foucaulcie i skonstatować brzmienie wielkiej tajemnicy, do której to lokalny lud niestety jeszcze nie dotarł. I co ciekawe, w tym wszystkim, stetryczały papa Freud wciąż cieszy się niepodważalną estymą. No, ale to oczywiście może tylko moja subwersywna impresja w poststrukturalnej interpretacji odwrotności postmodernistycznego stosunku do psychoanalizy… A tymczasem Joanna jest przepytywana na temat swojej książki.

 
I słucham. Słucham oczywiście niczego nie oczekując. Przestałem oczekiwać czegokolwiek po tym, jak obejrzałem program TV Kultura „Hala odlotów”. Piętnaście osób, czterdzieści minut, każdy gość w artystycznym i moralnym napuszeniu wypowiada cztery zdania. Dyskusja ciekawa jak diabli. Słucham. I bez uprzedzeń, jakichś tam skamielin zabobonu, newralgicznych szarpnięć nad dziwactwem maniery. Nie, to wszystko dawno oswojone – nawet Andzie Rottenberg gotów jestem wyznać miłość, nie wspominając o Danielu Olbrychskim. Żadnej niechęci dla upadku inteligenta, intelektualisty, artysty. Pełna tolerancja. Słucham. Ale już… już… po chwili szlag mnie trafia. Jak jakiś przeskok elektryczny, eksplozja na synapsie. I grymas. Bo ja jednego znieść nie mogę. Takiego całkiem niewinnego, acz słyszalnego tonu dziewiczej wprost pretensjonalności. No po prostu nie mogę, nie trawię. To coś takiego, jakbym słyszał w telewizorze prezenterkę, która z wielką przewagą oświeceniowej trwogi opowiada ludziom o tym, jak należy zakładać prezerwatywę… No mierzi mnie to po prostu, poniżej mojego smaku jest. I już. No dobrze. Ale poza tym OK. Przetrwałem. Przetrwałem te rejony dosadnej abstrakcji w zanadrzu, przetrwałem ten zamiar w potencjale i niedopowiedzenie w dosłowności. Jest OK. Nadal lubię, chętnie przeczytam – bez problemu. Ale obok… Moi kochani… Obok jakaś groza.

 
Ja mam siebie za wrażliwego chłopca. Naprawdę. Żeby tak komuś w mordę dać, to raczej z trudem. Z wysiłkiem. A jak już piąstkę złożę, zamierzę, to w ostatniej chwili i tak pęd wytracę, dynamikę uszczuplę i jak motylek połaskoczę. I wybaczam łatwo, ba!, ja nawet wybaczać nie muszę. Zęby stracę, a jeszcze chusteczką higieniczną poczęstuję. I doradzę. Życzliwie, bez złości, bez urazy. Sam się na krzyż pcham w pierwszej kolejności i jak moherowa babcia w drzwiach tramwaju bezpardonowo się w tym przywileju  rozpycham.  A jak mi drugi policzek puchnie, to niemal oczy ze szczęścia łzawią. Bez żadnej przesady. Ale tutaj…

 
No zdeklasowali mnie koledzy. Kompletnie. Słuchałem i cierpłem w tonacji swego zbrutalizowania. Głosy delikatne, drżące, ale w rejestrach subtelności. Miękkość. Miękkość na każdym kroku w słowie. Żaden Japończyk bijący pokłony przed każdym i przepraszający po sto razy przed wypowiedzeniem nic nie znaczącej formułki grzecznościowej, nie miałby najmniejszych szans w zderzeniu z jednym takim wysublimowanym „przepraszam” i „proszę”. Ostatecznie wydestylowana delikatność bycia, jak pokuta zadana biczowaniem mimozą. Nie po dotyk, tylko muśnięcie. Nie po uśmiech i śmiech, lecz w nutach sonaty Mozarta. Byty zdecydowanie anielskie, unoszące się na co dzień trzydzieści centymetrów nad ziemią. Żaden poeta nie wyobrazi sobie dosadnej „kurwy” w ich wykonaniu. Płochość. Płosi. Rozedrgani w uczuciowości jak Baczyński umierający w wierszu. W nieśmiałości po starość, w sonecie przy kuchennych garach.

 
A tam festiwal falliczny. W tej Japonii. Popieprzonej jak najgorszy koszmar Beaty Kempy z teatru Kabuki. I Joanna, ta Joanna przy nich, grzmi jak wodospad Niagara. Jak jakaś gejsza po upadku w kompletną wulgarność i jeszcze o konkurencyjnych waginach rozprawia. A oni, jeden z nich, tym głosem, głosem niemal umierającego za ojczyznę powstańca warszawskiego, usiłuje sprostać. Jakby brylantami strzelał, jakby diamenty rzucał na szaniec. I toczy się ten klejnot i słyszę, jak on mówi, tak wyraźnie zadowolony niczym Farinelli w najniższych rejestrach, że to taka pochwała męskości, życia, życiodajności… I pęka kryształ po arii i sypią się te diamenty… A potem znów, ta dziwka, ochryple, przesadnie, za głośnio… A potem…

 
No i przyszło mi się zmierzyć ze stereotypem… Kwestionowanym subwersywnie, ale jednak… Przez Godzillę. A jak ja mówię Godzilla, to zawszę myślę: King Kong. Taka asocjacja. No nie ma rady, niby nie z tej bajki, same różnice, a dla mnie King Kong. Wielka małpa, włochata, wali się w piersi i w ten sposób niewinnie akcentuje swoje niekwestionowane zwycięstwo. Szczególnie popularny gest wśród maklerów giełdowych. I słucham tego powstańca warszawskiego, ofiarnego spadkobiercę  romantyków po psychoanalizie i w tych fantazmatach Joanny (Joanna sama o tych fantazmatach…) zaczynam sam fantazjować. A co by było, gdyby on tak chciał jej dotknąć… Tak ją rzucić o ścianę, a przynajmniej na łóżko. A potem gdyby chciał zerwać z niej brutalnie rzeczy, ścisnąć szyję i wściekle ją zerżnąć?  A co by było, gdyby to ona tego chciała? Gdyby oderwała się na chwilkę od estetycznej japońskiej czarki z zieloną herbatką, porzuciła średniowieczny papirus z japońską kaligrafią na stole i pod wpływem kawałka Marii Peszek w minimalistycznie urządzonym pomieszczeniu, rzuciła mu wyzywająco i wulgarnie jak żadna upadła japońska gejsza: zerżnij mnie jak dziwkę! Co by było?!

 
Otóż niestety nie wiem, co by było. I być może nawet, mówiąc szczerze, nie bardzo mnie to interesuje. Na pewno nie poprawi to jakości cokolwiek nudnej audycji i nie udzieli mi żadnej ostatecznej odpowiedzi na każde z brzemiennych pytań dowolnego rodzaju. Ale po zakończeniu audycji jednego zaczynam się domyślać…  Dlaczego lewicowe radio tak uparcie propaguje neoliberalizm w swoich audycjach o gospodarce.


  • RSS