Muszę cię poinformować, że zostałeś zdegradowany. Jesteśmy przyjaciółmi, więc uprzedzam formalność, czyli standard procedury. Prawdopodobnie nie unikniesz odsiadki, ale nie potrafię sprecyzować wymiaru kary. Oczywiście obecność adwokata w tej sytuacji służy wyłącznie utrzymaniu pozorów. Zawalił się cały system szkolenia, dotychczasowe metody obejmie weryfikacja… Myślę, że masz przed sobą jeszcze… może trzy, cztery doby na wolności. Przykro mi Vedart, ale wiesz doskonale, że moje wpływy nie sięgają zbyt wysoko…

 

Vedart upił łyk wody i raz jeszcze zamyślił się ponuro nad przywołanymi słowami Valborga. Trzy doby, wliczając każde możliwe potknięcie i prawo złośliwego niepowodzenia, to góra dwie doby pozostałego czasu. Nie miał opracowanego żadnego planu awaryjnego, nie miał też pomysłu na ucieczkę. Nigdy nie brał pod uwagę możliwości starcia z instytucją, której był członkiem w stopniu oficera.  Nie przewidział też, że infiltracja TOT – a odwróci jego lojalność względem macierzystej instancji jego osobistych wyborów. Westchnął ciężko i przeszedł do pokoju świątyni. Rozejrzał się wkoło, konstatując bałagan z własnej niezborności i niezdecydowania. Wszystkie urządzenia i pomoce rytualne czekały w najlepszym porządku, lecz całość postrzegał jako chaos elementów zdegradowanej w regresie nieświadomości. Odstawił wysoką szklankę na czarny blat niskiego stolika i zrezygnowany odpalił komputer centralnego modułu. Pod czułym przyciskiem pojawiło się dyskretne, chabrowe światło. Lubił ten moment, jakby symbol intymnej inicjacji wewnętrznej przestrzeni, kiedy zapadał się w potężny, stary fotel obity solidną imitacją krokodylej skóry i przechodził do podłączania kolejnych obwodów. Lubił też sprzęt w odcieniu retro: pewien ciężar, metalowe i chromowane dodatki, elementy z kości słoniowej na zamówienie, tradycyjną klawiaturę – te rzeczy…  Ustawił parę podręcznych opcji na dotykowym panelu i wstukał kod aktywujący określone wrażenia. Potrzebował stymulacji kory mózgowej w obszarze doświadczeń psychotycznych po substancjach psychoaktywnych. Biblioteka była bogato wyposażona, lecz nie na poziomie szóstego obwodu nerwowego, więc pozostała mu tylko kompilacja dodatków z czwartego obwodu. Szukał przyczyny. Szukał powodu…

 

Ciąg skojarzeń przyspieszył. To już nie była gonitwa myśli, to był strumień światła i ta szybkość przepływu informacji nie pozwalała na wyodrębnienie jakiejkolwiek treści. Czysty „download” narastającej paniki. Akumulacja wszystkiego w małej paczuszce kompletnie nieuchwytnej cząsteczki. Wyregulował parametry i podkręcił wskaźnik natężenia wizji. Wklikał kilka wieków gnozy, dołożył hinduizm i wschodnie komponenty, doprecyzował wyrazistość projekcji i zmanipulował  formatowanie aksjologii na gruncie dezintegracji struktury osobowości. Na czwarty obwód powinno wystarczyć – pomyślał – a potem odłączył jednostkę kontrolującą autonomiczny obszar mózgu i na sześć zaprogramowanych sekund pozbył się swojej jaźni, co dawało w korelacji na neuroprzekaźnikach 12 h wizyjnej podróży.

 

AGLA. Neon chińskiej knajpki jarzył się intensywnie czerwonym światłem. Vedart był głodny. AGLA – przeczytał ponownie napis, mając jakieś niejasne skojarzenie z czymś ważnym, co dyktowało mu jego przeczucie. Oszałamiająco atrakcyjna prostytutka uśmiechnęła się do niego znacząco. Nie miała więcej niż siedemnaście lat. Okolica była dziwnie opustoszała. Mokry chodnik mienił się wielością odbitych kolorów starych neonów, barwnych lampionów i mrugających hologramów wszechobecnych reklam. Dziwacznie opustoszała uliczka, pusty zaułek i cokolwiek odrealniona przestrzeń. Jak się tu znalazłem? pomyślał zdumiony. Dziewczyna zsunęła ramiączko sukienki, odsłaniając doskonale kształtną pierś z nabrzmiałym, twardym i sterczącym ciemno bordowym sutkiem. Vedartem wstrząsnął dreszcz  wibrującego w lędźwiach podniecenia. Prostytutka przesunęła językiem po ustach, odsłaniając w uśmiechu rząd pereł połyskujących drobinkami śliny. Ten lubieżnie wystudiowany gest nagle bardzo rozbawił Vedarta. Podniecenie uleciało z niego jak powietrze przez zepsuty wentyl i zamiast erotycznie agresywnej kotki ujrzał dosyć śmieszne staranie nimfetki – podlotka, które budziło raczej współczucie. Wyjął z kieszeni plik banknotów i dał dziewczynie równowartość przynajmniej dwóch nocy jej pracy.

- Gdzie jestem? – zapytał.

Nie wydawała się obrażona. Spojrzała na niego przelotnie i schowała pieniądze do małej torebki. Vedart zauważył logo bardzo znanego projektanta. Czekał na odpowiedź.

- Zapytaj o to Wu – odpowiedziała, wskazując ruchem głowy na witrynę knajpki z neonem.

Vedart przypalił jej papierosa, spojrzał w oczy i ruszył do drzwi lokalu. Te oczy… pomyślał. Były puste. To nie były oczy człowieka. Raczej robota. Kogoś bez duszy. Oczy należące do kogoś, kto był martwy. Kogo piękne ciało było tylko pustą skorupą…  Dzwoneczek przy drzwiach oznajmił przekroczenie progu restauracji i Vedart stanął jak wryty. Spodziewał się tego, co zazwyczaj widzi się w knajpach: stoliki, bar… Tymczasem stał w miejscu, które można było określić jednoznacznie jako antykwariat… Półki zawalone starymi księgami, obrazy, starocie, rzeźby, mapy, manekiny, tułowia wybebeszonych androidów i wielkie łopaty jakiegoś starożytnego wentylacyjnego wirnika z hebanu, który kręcił się majestatycznie i rzucał olbrzymie cienie w przyćmionym świetle pomieszczenia.

- Dobry wieczór. Jestem Wu, czym mogę służyć? – Vedart usłyszał przekaz telepatyczny.

Bardzo go to wzburzyło. Było to nie tylko pogwałcenie obowiązującego prawa, lecz i grube chamstwo na gruncie obowiązujących norm. Nikt nie miał prawa wzmacniać sygnału bez zgody interlokutora. Miało to charakter pospolitego włamu z obrzynem, co słabo przystawało do cywilizowanych stosunków międzyludzkich.

- Jakim prawem!.. – wycharczał z oburzeniem.

- Najmocniej przepraszam – usłyszał kolejny przekaz w odpowiedzi – ale jestem tylko jednostką informacyjną pola i dla własnej wygody nie podlegam jurysdykcji w zabezpieczeniach lokalnego systemu.

- Lokalnego systemu?… Jurysdykcji?… – zdębiał Vedart.  - Co to za gadka?! Kontaktujesz się z oficerem terenowym… – Vedart urwał, bo poczuł się jak idiota. Musiał chyba zgłupieć, albo doznać uszkodzenia mózgu tudzież nawalił jakiś implant, skoro w drugim zdaniu ujawnił swoją tożsamość w czasie wykonywanego zadania.

- Nic nie szkodzi… – usłyszał przekaz Wu. – Jesteśmy przygotowani, czekaliśmy na ciebie.

Vedart ocenił ponuro sytuację. Lokalizacja nadajnika nie miała najmniejszego sensu. Luźny moduł podłączony do pola, bez możliwości jego identyfikacji i podjęcia tropu. A skoro przekaz jest telepatyczny, to czeka go także wymiana oprogramowania z implantu w hipokampie, bo nikt nie pozwoli sobie na pozostawienie takich śladów, co byłoby niesłychanym prezentem dla techników z laboratorium biura.

- Po co więc zostałem sprowadzony i czego chcecie? – warknął Vedart, świadomy fiaska swojej operacji.

- Transfer został przekazany. To tyle z mojej strony. Polecam wybór jakiejś ciekawostki z antykwariatu, bo może się przydać. – Vedart poczuł lekki upust próżni, kiedy program odciął sygnał i przerwał połączenie. Po chwili przed jego oczami zamajaczył powidok przypominający obraz popsutego hologramu.

- Znasz tego projektanta? – zapytała prostytutka. – Daj mi wiele pieniędzy… sto… pięćdziesiąt… sze… – Obraz migał z dużą częstotliwością, by po chwili przejść w stabilny, prześwitujący hologram spotkanej dziewczyny. – Leży pod dalet – powiedziała piękna prostytutka. – Sięgnij i zabierz go ze sobą. Szukaj projektanta. Dałeś mi dużo pieniędzy. Jestem twoja. Projektant ma taw. Nic już nie przerwie procesu. Ciąg sekwencji został uruchomiony. Nawet Wu nie znał algorytmów. Szekspir się nie mylił. Pomagały mu małpy. Nic nie poskłada skorup, tylko węże. 27 na rysunku projektanta. Dwudziesty siódmy obraz. Transmisja z Aldebarana. Wiem, że chcesz mnie wyruchać. Chcę żebyś mnie rżnął jak ostatnią dziwkę. Plejady są twoje. Artemida i skorupy. Nie jesteś łucznikiem. Ruchaj mnie. Ruchaj mnie dwunastozgłoskowcem. Jestem przy nadziei. AGLA – hologram dziewczyny zniknął i Vedart pomyślał o jej oczach. Nie były puste.

 

Rozejrzał się bezradnie po pomieszczeniu. Podszedł do sterty obrazów i przeglądał je po kolei, mając podczas tej czynności poczucie bezmyślności. W końcu zaczął zwracać uwagę na sygnatury. Długie szeregi cyfr i liter, karteczkami naklejone na odwrocie obrazu. Tylko jeden z nich oznaczony był pojedynczym znaczkiem i numerem 27. Odwrócił obraz i spojrzał, co przedstawia. Przyglądał się przez chwilę, a potem zerknął na tytuł naklejony na odwrocie obok numeru i znaczka. „Saturno devorando a un hijo”, przeczytał. Wielkie hebanowe łopaty wentylatora spowolniły ruch, a przeciągłe skrzypienie wirnika oznajmiło koniec pracy urządzenia. Neon zgasł w chwili, kiedy Vedart opuszczał pomieszczenie. Ulica była kompletnie pusta. Dopiero teraz Vedart zauważył, że nie widzi nad sobą nieba. Rozejrzał się dookoła i zobaczył, że przebywa w czymś na kształt dużego hangaru studia filmowego. Zanim opuścił to dziwne miejsce, wrócił do antykwariatu po jakiś przedmiot. Może się przecież przydać… pomyślał.

 

- Pan chyba żartuje! – sekretarka była nie tyle oburzona, co raczej znudzona prostactwem i arogancją jakiegoś prymitywa z ulicy. – Jego Ekscelencja Maestro Ketman jest niedostępny. Nieosiągalny. Absolutnie poza pana zasięgiem w tej i następnej erze, nędzny śmiertelniku – dodała z żartobliwą nutą w głosie celem urozmaicenia sobie czasu i rozładowania tej mocno niezręcznej sytuacji.

- On ma taw – upierał się Vedart. – Muszę z nim porozmawiać. Proszę mu przekazać, że mam przedmiot spod dalet – dokończył zdecydowanie.

- Przekazać? – zakpiła sekretarka. – Mojej 37 w kolejności koleżance w hierarchii ważności przekazywanej informacji – bardzo atrakcyjna trzydziestolatka roześmiała się wdzięcznie. – No niestety, robaczku… – skończyła niemal ze łzami w oczach. Vedart zniecierpliwiony odwrócił wzrok i wyjął służbową legitymację.

- Natychmiast – wycedził zirytowany.

Kobieta udając spłoszonego motyla, stuknęła perfekcyjnie wypielęgnowanymi paznokciami w panel komputera i teatralnie westchnęła. Była bardzo zadowolona zarówno z niecodziennej atrakcji, jak i swojej krótkiej etiudy, do której przeszła z marszu od kompletnej nudy, lecz bez utraty swojego wrodzonego w jej mniemaniu talentu.

- Halo, kochanie, mam tu jakiegoś obłąkanego faceta, który zmusza mnie do uruchomienia procedury R – 12. Co mam zrobić, żeby ten brutal przypadkiem mnie nie zgwałcił… Tak, kotku… Dobrze. Travis na poziom 7 i dalej do Bena. OK. Paczka w drodze.

Sekretarka z ironicznym uśmieszkiem, smukłą dłonią wskazała Vedartowi drogę do windy.

- Winda na hasło „Ef etharzi”, przeznaczone dla obcych – uśmiechnęła się czarująco.

Kiedy Vedart miał już wejść do windy, o mało co nie zderzył się z mężczyzną, który właśnie ją opuszczał. Sekretarka zasłoniła sobie usta dłońmi, a jej rozszerzone oczy wyrażały bezgraniczne zdumienie.

- Maestro! – pisnęła zdumiona, zachowując wciąż świetną kondycję aktorki w trakcie przedstawienia.

Vedart spojrzał na hologram, z którym prawie się zderzył.

- Ketman? – zapytał rzeczowo.

- Pokaż przedmiot – usłyszał w odpowiedzi.

Sięgnął do kieszeni i wyjął zabraną z antykwariatu tabliczkę, którą znalazł przy obrazie.

- Co to jest? – zapytał projektanta torebki prostytutki.

- Nic wielkiego. Lamen. Ale musiałem mieć pewność, że rozmawiam z adresatem informacji. Nie mamy też czasu na spotkanie, bo za trzydzieści minut stacja rozpocznie dezaktywację moich danych, więc przekażę ci klucze tutaj. Jeśli transfer Wu sformatował system, to zadziałają algorytmy taw. O to tylko nam chodzi, bo w tej chwili nic już nie powstrzyma zapaści systemu i pozostaje wyłącznie opóźnianie celem wygenerowania i odwrotnego odbicia informacji ze skorup. Jeśli nie zdążymy, to umysły ludzi zaczną się zawieszać w wyniku błędnych replikacji białek, co z kolei doprowadzi do nieprawidłowego działania neuroprzekaźników i postępującego szaleństwa aż do ostatecznego rozpadu. Innymi słowy, system rozpieprzy ludziom mózgi. Pierwsze oznaki możesz zaobserwować na przykładzie mojej sekretarki.

- Nam? My? To znaczy kto? – zapytał Vedart.

- My, to znaczy twoje zadanie – odpowiedział spokojnie Ketman.

- Nie sądzisz chyba, że będę współpracował z lożą anarchistów, którą infiltruję z ramienia agencji i mając pełnomocnictwo rządu? – Vedart zbierał się do dłuższego przemówienia, zakończonego formułka aresztowania.

- Ależ oczywiście, że nie – powiedział uprzejmie Ketman. – Ale twój problem polega na tym, że nie masz wyboru, albowiem, drogi chłopcze, ty nie istniejesz, choć nic o tym nie wiesz. Twoja dla nas wartość polega na tym, że jako symulacja świadomości padłeś ofiarą zapaści systemu i w wyniku całej tej aberracji jesteś nośnikiem zawirusowanego kodu, który umożliwi rekonstrukcję genezy z informacji zawartej w klipot, co z kolei pozwoli na podtrzymanie generowanej iluzji na użytek rządu. O wiele bardziej skomplikowanym problemem natomiast jest to, że degeneracja systemu doprowadziła do utraty dwudziestu nośników potrzebnego kodu. Innymi słowy, nie mamy już języka do dyspozycji, a posiadamy zaledwie dwie litery i w nadzwyczajnym pośpiechu dążymy do odzyskania niezbędnych algorytmów przynajmniej jednej z matek. I stąd właśnie twoja obecność na drodze odzyskiwania danych z szin. Czekamy aż zaczniesz działać w obrębie niezbędnych w tym wypadku pól archaizmu, czyli przestrzeni rekonstrukcji systemu na etapie dawno minionej historii i w zalążkach intuicyjnej wiedzy przypisanej do określonego czasu.

Ketman wypowiedział to wszystko na jednym oddechu i z szybkością broni masowego rażenia. Vedart spróbował aktywować obwód alarmowy, który tkwił w korze mózgowej grubością nano platynowej nici.

- Daj sobie spokój – westchnął Ketman. – Przyjmij do wiadomości, że jesteś zwykłą wydmuszką. Programem. Przykro mi ze względu na szczątkową postać twojej jaźni, która ubocznym  skutkiem zawirusowania – Spojrzał na Vedarta ze współczuciem. – Nie mamy czasu, do roboty! – Ponaglił Vedarta. – Masz taw i musisz odszukać prostytutkę. Tak jak została ci przekazana przez system. Masz ją ruchać dwunastozgłoskowcem, ale to akurat jest już pokłosie postępującej zapaści systemu, a ponieważ to ja jestem androgynem – czego i tak nie zrozumiesz jako użytecznej informacji – to zakoduję dla ciebie informację w przystępnym wierszyku. Powinien zawierać określone błędy, żeby ta dziwka mogła się nażreć  swoim własnym szaleństwem. Teraz powtórz to głośno! – rozkazał Ketman.

Ku swojemu zdziwieniu Vedart zaczął recytować na głos:

Co to za tajemnica gnozy

Bóg jest schizofrenikiem

Stąd ze światła prognozy

Jest sobie przeciwnikiem

Albo kod liter hebrajskich

Bezużyteczny już program

Żadnych ogrodów rajskich

I starej gematrii hologram

Można w tym języku pisać

Zmieniać litery i kodować

W całym systemie zapisać

Fakty by także zwariować

Programisty język to dalet

Nie istnieje bez alef i szin

Z dwudziestu dwóch palet

I tam odnajdziesz swój pin

Vedart urwał i zamrugał oczami. Stał przed biurkiem sekretarki, która wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi ustami. Kiedy tak zakończył, zobaczył jak bije mu brawo tymi niebiańsko delikatnymi i nieprawdopodobnie wypielęgnowanymi dłońmi.

- Brawo, mój miły! – jej twarz wyrażała udanie zagrany zachwyt. – A teraz, mój koteczku, poprosimy już Travisa i Bena, którzy odprowadzą cię do wyjścia. Zabierz proszę swoje skarby z mojego biureczka, a w przyszłości nie trudź się proszę i nie przysyłaj mi zbyt wielu bukietów kwiatów.

Vedarta pożegnał całus posłany z dłoni kobiety i szorstkie obyczaje dwóch barczystych byków, którzy bez najmniejszego wysiłku wyprowadzili go za drzwi, nadając jego dalszej drodze stosowny impet. Co za głupiec! – usłyszał od jednego z nich na odchodne.

Vedart odzyskał świadomość i odruchowo poprawił swoje ułożenie w fotelu. Spojrzał na zegarek. Minęło zaledwie dwadzieścia minut. A więc system kompletnie coś spieprzył. Sprawdził zapisy na bramkach wyjściowych. Miał pełen dostęp do sieci, pól i danych agencji. Biuro wciąż jeszcze nie wszczęło procedury, a Valborg na pewno opóźni nieuchronne na tyle, na ile będzie w stanie. Właściwie fakt, że może nadal korzystać z urządzeń Globalnej Federacji powinien uznać za szczęśliwe zrządzenie losu. Był płotką i jego stopień nie dawał mu żadnego przywileju w przypadku wejścia w konflikt z pracodawcą. Tymczasem jego pokój świątynny był wyposażony w sprzęt najwyższej jakości, za którym stała zarówno technologiczna potęga czołowych korporacji, jak i estetyka zindywidualizowanego profilu zamówienia, czyli projekty najbardziej uznanych artystów. O takim sprzęcie za własną pensję mógłby tylko pomarzyć. Rozgryzał jednak bardzo niebezpieczną lożę anarchistów TOT -a, tajemne stowarzyszenie ludzi uznanych przez rząd za terrorystów i jego wyposażenie musiało być identyczne z tym, co mieli do swojej dyspozycji wrogowie Globalnej Federacji. Ekran zakomunikował nieznane połączenie przychodzące. Vedart musnął czujnik integrujący sieć neuronową i przełączył obwody. Na ekranie zajaśniała twarz młodej azjatki.

- Czy mogę złożyć wizytę? – zapytała bez obcego akcentu.

Vadart skinął głową. Hologram wyświetlił się w pokoju. Bardzo atrakcyjna azjatka składała propozycję usług dosyć drogiego burdelu. Przeszła do prezentacji kandydatek na wieczór. Vedart patrzył na kobiety bez specjalnego zainteresowania, błądząc w swoich myślach.

- Życzysz sobie obejrzeć którąś bez stroju? – zapytała go bardzo uprzejmie azjatka.

Już miał odmówić, kiedy w pokoju pojawił się jeszcze jeden spóźniony hologram. Wyprostował się gwałtownie w swoim ulubionym fotelu.

- Biorę – powiedział niezbyt kulturalnie.

Azjatka zareagowała uprzejmym uśmiechem. Do piętnastu minut po potwierdzeniu kodu aktywacyjnego – zakończyła z tym samym uśmiechem.

Vedart zatwierdził przelew przed zakończeniem połączenia. Pozostał więc kwadrans do spotkania z dziewczyną z jego wizji.

 

- Ale masz zajebisty sprzęt – usłyszał zdumioną dziewczynę, kiedy przygotowywał drinki.

- Jak masz na imię – zapytał Vedart.

Dziewczyna skrzywiła się niechętnie.

- Nadaj mi jakie chcesz, ale nie rozmawiajmy już o tym.

Vedart przystanął zdziwiony z drinkami w ręku.

- To jak mam cię nazywać? – zapytał, podając dziewczynie szklankę.

- W katalogu widnieję jako Zewa – odpowiedziała beztrosko. – Mogę sobie wczytać parę rzeczy? – zapytała z nadzieją.

- Co tylko chcesz… – odpowiedział łagodnie Vedart. Był ciekawy do czego dobierze się dziewczyna. W najmniejszym szczególe wyglądu, o ile zdołał to zapamiętać, nie różniła się od prostytutki z wizji. – Mieliśmy już okazję kiedyś się spotkać? – zapytał Vedart ostrożnie.

- Nie przypominam sobie – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Nie stać mnie na implanty generatywne, tak samo jak na wykształcenie. Możesz coś na to poradzić z tym, co masz? – zapytała inteligentnie.

- Zależy na co liczysz. Jeśli na trochę uciechy, parę hobbystycznych ciekawostek – to tak. Mogę profilować ścieżki neuronowe i tworzyć zapisy, ale dla niezbyt obszernych baz danych, więc… Bo na dyplom neurochirurga chyba nie liczysz, co? – mrugnął okiem.

Dziewczyna roześmiała się swobodnie.

- Miałam na myśli właśnie takie ciekawostki. Coś niezwykłego… bo ja wiem… średniowieczna magia, alchemia, tarot – te rzeczy – roześmiała się ponownie jakby zawstydzona.

Vedart poczuł jak sztywnieje z napięcia. Kim ona jest? pytał siebie w myślach. Kto ją przysłał? Kto ryje i jak? Opanował się i posadził dziewczynę w fotelu. Wydał kilka komend, skorygował programy, dostroił fale mózgowe dziewczyny. Aparat działał bez zarzutu.

- A skąd to dziwne zainteresowanie? – zapytał pozorując rozbawienie.

Kobieta wzruszyła ramionami i posłała mu niewinny uśmiech dziecka.

- To głupie, ale zawsze mnie to interesowało… – spuściła oczy jakby w poczuciu winy.

Vedart musnął brew i uruchomił aktywator czwartego obwodu nerwowego. Szybko dobrał zaserwowane sobie uprzednio pliki i zwiększył poziom wydzielania dopaminy podczas zapisu. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund.

- Wow! – szepnęła dziewczyna. – Mogę zainicjować twoje Wielkie Dzieło, więc właściwie waw! – dodała ze śmiechem. – Super było. Dzięki. Masz u mnie zniżkę…

Vedart uśmiechnął się dyskretnie.

-Masz mnie za Głupca? – zapytał w konwencji gry.

- Ruchaj mnie jak dziwkę – powiedziała do niego dziewczyna. Jej oczy były puste. Miał przed sobą trupa.

Vedartem wstrząsnął dreszcz grozy.

-Co takiego? – zapytał szeptem przez ściśnięte gardło.

Dziewczyna spojrzała na niego półprzytomnie.

- Nie rozumiem, o co chodzi? – zapytała.

Vedart patrzył na nią w milczeniu i lekko przerażony.

- Chodźmy już do łóżka – powiedziała sennie dziewczyna. – Tylko uprzedzam cię, że jestem odrobinę romantyczna. Chcę żebyś powiedział mi jakiś wiersz po. Wiesz, tak zamiast wyznania miłości – dodała dziwnie nieśmiało. A potem pocałowała Vedarta namiętnie bardzo wilgotnymi ustami i pewnym ruchem ręki sięgnęła swoją dłonią do jego spodni.

-Słucham – szepnęła jak zakochana nastolatka.

Vedart przełknął ślinę. Leżał próbując ochłonąć. Być może wyglądała jak dziewczynka, ale była bez wątpienia rasową dziwką… Przymknął oczy, chrząknął i wyrecytował wierszyk z wizji.

- Długo to trwało – usłyszał telepatyczny przekaz.

Zerwał się z łóżka i spojrzał na dziewczynę. Leżała wsłuchana i  nie zauważyła jego gwałtownego zrywu.

-Ona teraz nic nie słyszy i nie rejestruje bodźców, jest w stanie podobnym do hipnozy – odebrał przekaz.

- Kim jesteś? – zapytał wystraszony Vedart.

- Poszukiwanym oczywiście – odezwał się znudzonym tonem głos w jego głowie.

- Informuję cię… – zaczął Vedart.

- Tak, tak, wiem chłopcze. W imieniu prawa Globalnej Federacji itd. Szkoda zachodu – posłyszał. – Ona zostanie z tobą. Właściwie masz ją na własność i potraktuj to jako odszkodowanie… lub prezent –  Przekaz płynął. – Masz niewiele czasu i wiele do zrobienia. Valborg został aresztowany zamiast ciebie i to jego rząd postawi w stan oskarżenia. Daruj sobie wysiłki związane z pomocą. Valborg przyznał się do winy, wierzy w swoją winę i rząd jest usatysfakcjonowany. Zmieniliśmy zgromadzone w aktach dane, a ty jesteś beneficjentem wątków, za zbiór których sam byłeś odpowiedzialny. Reszta nie ma już znaczenia i nie ma na nią czasu. Jesteś następcą i kontynuatorem jego roboty, czyli własnych poczynań. Zmianie nie uległ tylko czas. Trzy doby dzielą nas od całkowitej zapaści systemu i rozpadu znajomego ci świata na każdym poziomie percepcji i istnienia. Rząd na ciebie liczy, chłopcze…

-Zwariowałem – powiedział Vedart na głos. – Mam paranoję, widocznie miałem uszkodzony sprzęt i doszło do usterek w implantach…

- Niestety nic z tego, chłopie – kontynuował przekaz. – Masz świetne i niezawodne implanty najlepszych korporacji – Vedart uczuł zerwane połączenie.

- Często mówisz do siebie – zapytała dziewczyna ziewając. – Muszę się zbierać – powiedziała markotnie.

- Zostań – powiedział ostro Vedart. – Nie musisz nigdzie wychodzić, a cena nie gra roli – dodał łagodniej.

Prostytutka uśmiechnęła się promiennie.

- Zakochałeś się? – zapytała figlarnie.

- Tak – rzucił obojętnie Vedart i ruszył do pokoju świątynnego. – Zrób sobie kawę i zamów coś na kolację – poinstruował ją zamykając za sobą drzwi sypialni.

Ustawił dane z zapisu dziewczyny i skonfigurował parametry. Przed podłączeniem transferu do implantu, wybrał połączenie z Valborgiem. Odpowiedział mu komunikat z biura, który zawierał przestępczą historię Valborga. Vedart uaktywnił transfer i ustawił czas wizji. A potem odciął się od swojej jaźni.

 

- Gdzie jesteś? – usłyszał telepatyczny przekaz.

- Ja czyli kto? – odpowiedział.

- Ona jest jedynym dostępnym portalem – usłyszał.

- Dlaczego aresztowano Valborga – zapytał.

- Bo z nami współpracował. Połączenie jest coraz słabsze…

-Ani ja, ani Valborg z nikim nie współpracowaliśmy – stwierdził ponuro Vedart. – Nikt z nas nie zdradził swoich zawodowych obowiązków.

- To śmiała deklaracja, zważywszy na okoliczności… – przekaz składał się z powolnie odbieranych słów.

- Jakie okoliczności? – zapytał Vedart znając odpowiedź.

- Przypominam ci, że ty nie istniejesz… – przekaz był coraz słabszy. – Nie wiemy, kto nas teraz zagłusza. System zwariował… – dobiegł go głos z oddali.

- O jakim systemie mowa? – zapytał bez nadziei Vedart.

Odpowiedział sobie ciszą odzyskanej świadomości. Na ekranie widniał duży i nie dający się usunąć komunikat: Góra dwie doby.

- Chcesz kanapkę? – usłyszał dziewczynę z kuchni. – Masz kondycję, siedziałeś przy tym dwanaście godzin!

Vedart spojrzał na zegarek. Minęły na nim trzy minuty. Nie miał poczucia, że był podłączony na dłużej niż pięć minut… Ekran komputera poinformował go o następnym połączeniu. Od dziesięciu godzin dobijał się do niego szef biura.

- Co ty wyrabiasz? – zapytał wzburzony zdezorientowanego Vedarta.

-Nie rozumiem… – odpowiedział zmieszany.

- Miałem z tobą porozmawiać o aresztowaniu Valborga – przykra sprawa zdrady i potrzebne jest formalne przesłuchanie partnera, ale zanim zdążyłem się z tobą połączyć, mieliśmy tutaj siedem czerwonych alarmów. Valborg wyparował z izolatki, a czwarty oddział poinformował uprzejmie centralę, że jest komórką loży TOT- a. I bardzo chciałbym wiedzieć, dlaczego pomijając wezwania i odrzucając kolejne próby połączeń, wysyłasz do mnie dziwkę, która stawia mi karty tarota i oznajmia, że za dwadzieścia minut wydarzy się to, co miało miejsce po dwudziestu minutach, gdy tymczasem prezydent Globalnej Federacji podejmuje próby wygłoszenia oświadczenia do obywateli Federacji, że skontaktował się z nim Bóg obecny, kurwa, w płonącym krzewie i wyznaczył mu termin odbioru tablic z nowymi przykazaniami! Słucham! –  szef zakończył tak, jakby zwracał się co najmniej do swojej prawej ręki, a nie szeregowego oficera terenowego jednego z oddziałów agencji do walki z terroryzmem.

- Prezydent zwariował?- zapytał głucho Vedart.

- Najwyraźniej! – zagrzmiał zwierzchnik. – Zobacz co rozesłał z tymi tablicami do ludzi – plik od przełożonego wyświetlił się na ekranie Vedarta.

W każdym technologicznie zaawansowanym społeczeństwie los jednostki MUSI zależeć od decyzji, na które w znacznym stopniu nie ma ona żadnego wpływu. Społeczeństwo technologiczne nie może zostać rozbite na małe, autonomiczne wspólnoty, ponieważ produkcja opiera się na kooperacji ogromnej liczby ludzi i urządzeń. Takie społeczeństwo MUSI być wysoko zorganizowane i MUSZĄ być podejmowane decyzje oddziałujące na ogromną liczbę osób. Kiedy decyzja oddziałuje na np. milion osób, wtedy każda jednostka ma średnio jedną milionową udziału w podejmowanej decyzji.

W związku z tym, Ja, Jedyny Powiernik Boga Płonącego Krzewu, zadecydowałem o zmianie obowiązującego Prawa na sprawiedliwe Przykazania odrodzonej Woli Najwyższego, przejawionej w rewolucyjnym projekcie programu, który podsunąłem Mu tchnięty Duchem boskiego Oświecenia. Nowa nauka zjednoczona z technologią, umożliwi kontrolowanie powiązań pomiędzy jednostkami w zbiorowości i ścisłe określenie łączących je współzależności przyczynowo – skutkowych, co pozwoli stworzyć w przyszłości optymalne programy dla ludzkiego rozwoju i dobrobytu. Ja, Prezydent Globalnej Federacji i Mesjasz Boga Płonącego Krzewu, adaptuję starożytną naukę o karmie w formie modelowania przyszłych zdarzeń powiązanych przyczyną i skutkiem na mocy wglądu w przestrzeń synchronicznych przejawień tychże związków i korelowania zjawisk podług wyznaczonych praw opracowanego systemu zarządzania nimi. Dekret ten wprowadzam w trybie natychmiastowym, oczekując zadowalających zmian w obrębie rozwiązań technicznych w ciągu trzynastu dni od niniejszego ogłoszenia obowiązującego Prawa.

Wasz Sługa Prezydent Globalnej Federacji, Mesjasz Boga Płonącego Krzewu. Odtąd słowem mojej służby jest 313.

Vedart spojrzał milcząco w miotające gromami oczy swojego szefa.

- Wydaje mi się, że pierwsza część tego obwieszczenia to słowa z manifestu niejakiego Teda Kaczyńskiego… A tablice nie są żadnymi tablicami, to mała tabliczka o nazwie lamen i ma zupełnie inne zastosowanie i poniekąd pochodzenie… – dokończył cicho.

Szef wydziału, sir Leopold Fuch II, spiorunował go wzrokiem.

- Co mnie, kurwa, obchodzi jakiś „lamen” i jego pochodzenie, czy różnice między tym gównem i tablicami! Czy ty nie widzisz, że zwierzchnik Globalnej Federacji, Jaśnie nam panujący Prezydent Fulford Marvider kompletnie oszalał na oczach wszystkich swoich szczęśliwych poddanych królestwa jaśnie nam panującego Fulforda – wypruł się Fuch. – Ale to nie wszystko – Zabębnił palcami o biurko. – Ta twoja dziwka była uprzejma mnie poinformować, że – jeśli pozwolisz, to zacytuję – „Dopókiż będziecie chwiać się na obie strony? Jeżeli Jahwe jest Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu!”, a następnie kazała mi przeliczyć wartość liczbową tych zdań i szukać równowartej odpowiedzi najlepiej w Apokalipsie! Dodała też nadzwyczaj łaskawie, że jej Pan, który rucha ją jak ostatnią dziwkę, ma klucze do świętej loży TOT-a, których użyje zgodnie z wolą Boga Krzewu Płonącego i jego Mesjasza, kiedy nadejdzie transfer z Aldebarana! I co ty na to Vedart, hę?! Słucham! – powtórzył spocony i czerwony na twarzy sir Leopold Fuch II, bezskutecznie próbując poluzować krawat i uwolnić szyję od obcisłego kołnierzyka błękitnej koszuli.

- Chyba potrzebuję trochę czasu, żeby to ogarnąć – Vedart świadomie popełniał samobójstwo.

Fuch, z ręką przy krawacie, po prostu zaniemówił. Kiedy w końcu go odetkało, rzucił zimno polecenie zdania szczegółowego raportu przed upływem dwunastu godzin i rozłączył się bez słowa pożegnania. Vedart nie miał poczucia smutku czy zawodu, bo pomimo dziwnych i niezrozumiałych pozorów dobrej znajomości, a nawet zażyłości i spoufalenia, miał świadomość, że był to jego pierwszy (i prawdopodobnie ostatni) bezpośredni kontakt z przełożonym na tak wysokim stanowisku. Nie zdążył tego przemyśleć, bo podająca mu talerzyk z kanapką dziewczyna najwyraźniej wpadła w kolejny trans i Vedart patrząc w jej puste oczy jakoś martwego ciała, odebrał kolejny i znajomy mu już przekaz telepatyczny.

-  Wu próbował sformatować Fulforda, ale głowy państw, a tym bardziej Federacji, mają specjalne zabezpieczenia i są wyjątkowo troskliwie chowane pod opiekuńczymi skrzydłami systemu, nawet jeśli ów w swojej funkcji obraca się w nicość. Fuch będzie użytecznym dyspozytorem, jeśli tylko w odpowiednim czasie dojdzie do aktywacji kodów w implancie szyszynkowym, które zaserwowała mu nasza mała. Fuch ma bardzo sprawny obieg siódmego i ósmego obwodu, wiec jest doskonałym odbiorcą dla transmisji z Oriona. A musisz wiedzieć, że tam toczy się bój o nasze ostatnie bezpieczniki.

- Kim jestem? – zapytał martwo Vedart.

- Ach tak… – przemówił głos w jego głowie. – Powinniśmy to przewidzieć… No cóż… W chwili obecnej profilujemy cię na Hermesa, więc będziesz pełnił funkcję pośredniczącą, jako nośnik informacji w naszej projekcji ogólnego wzoru ludzkiej sieci neuronalnej. Tu i ówdzie są dziury, luki, niedobory itd. Musimy wzmocnić bardzo przetrzebiony projekt przy użyciu niemal niczego. Dlatego będziesz postępował zgodnie ze znaną wskazówką… A zresztą, to akurat do niczego nie jest ci potrzebne… Masz naszą małą, swojego sukkuba, kobietę Cienia i to jest wystarczający kapitał dla naszych prządek… Co ci przyjdzie z informacji, że mała jest transmiterem całej geometrii czasoprzestrzennej, nad którą obecnie się biedzimy. W końcu jesteś naszą mrówką, niestety tylko małą mrówką, więc pozostaje ci wyłącznie cieszenie się tą nadprodukcją przędzy astralnej, którą wykorzystujemy. A przeglądając zapisy muszę przyznać, że idzie ci świetnie. Projektowaliśmy ją pod ciebie…

- Ruchaj mnie jak ostatnią dziwkę? – zapytał Vedart.

- Cóż… Musisz zrozumieć, że mamy do dyspozycji zaledwie małe punkciki i nic ponad to… To jak wydmuchiwać kosmos przez malutką dziurkę, jeśli ująć to bardziej obrazowo…

- Nie na darmo śledziłem was przez ostatnie trzy lata?

- I z godnym podziwu staraniem przyswajałeś całą potrzebną wiedzę przez te wasze prymitywne urządzenia.

- Wasze urządzenia – poprawił Vedart.

- No tak, w pewnym sensie nasze. Wszyscy jesteśmy zdani na ewolucję w obrębie elastycznego systemu. Dopóki system zachowuje elastyczność, co sprowadza się do współtworzenia generowanej przez niego iluzji, w której wspólnie egzystujemy.

- Ale to wy jesteście w niej pasożytami.

- Nie, to zupełnie niepoprawny wniosek. Jest poniekąd wprost odwrotnie, jeśli przyjąć tak prymitywną optykę. Jesteśmy więc karmicielami. Dzięki nam przekraczacie siebie i stajecie się częścią składową czegoś większego, a my pilnujemy po prostu zasad dobrego wychowania naszych dorosłych dzieci… Jesteśmy karmicielami. Korzystacie z nas na naszym łonie… Przynajmniej tak było do tej pory, bo obecnie mamy kolaps.

- Przez „naszą” prymitywną technologię?

- W dużym stopniu. Ciągła aplikacja wyniosła masę krytyczną, co uruchomiło dziewiąty obwód neuronowy w waszych mózgach i dalej, zgodnie z zasadą, nastąpiło trójkowe przyspieszenie potęgujące sprzężenie zwrotne, więc obecnie jesteśmy już na dwunastym obwodzie itd. Tym samym bezpieczna dotychczas, solidna i klasyczna stacja nadawcza, która nadzoruje niewielki układ słoneczny, musiała przejąć obciążenia wykraczające poza założenia funkcji i możliwości, dla których została zaprojektowana… System się zawiesił i zaczął replikować w samopożeraniu. Zawirusowany umysł będzie tworzył zawirusowane umysły. Chaos doprowadzi do rozpadu małego układu słonecznego, poniesie informacje dalej i zgodnie do swojego ograniczenia. Te małe nośniki przenikającej entropii nie są groźne na dalszym etapie zaistniałej katastrofy, ale naszego poletka nie da się już odtworzyć samym pstryknięciem palców… A byłoby szkoda…

- A co będzie ze mną? – zapytał Vedart.

- Jak dobrze pójdzie, to zostaniesz aresztowany – przekaz zaczynał słabnąć.

Dziewczyna spojrzała na niego pełnymi życia oczami.

- Mam cię ruchać jak ostatnią dziwkę, co? – zapytał Vedart.

Uśmiechnęła się i zaczęła go namiętnie całować wilgotnymi ustami.

Vedart odzyskał świadomość w fotelu. O kurwa, pomyślał i głośno nabrał powietrza w płuca. Spojrzał na zegarek. Upływała dwunasta sekunda, od sześciu sekund był przytomny. Wskaźnik na ekranie odnotował dokładnie dwunastogodzinny trip. System regulował poziom dopaminy w mózgu Vedarta. Działał bezbłędnie. Sięgnął po szklankę wody i upił duży łyk. Czego się dowiedziałem? zapytał siebie. Nie zdążył zrobić podsumowania, bo ekran zasygnalizował szyfrowane połączenie z agencji.

- Nie jest źle – odezwał się Valborg. – Gadałem z Fuchem i zdaje się rozumieć sytuację. Dostaniesz góra pół roku nadzoru, a potem tylnymi drzwiami zahaczymy cię na powrót w agencji. Jakiś mały przydział do emerytury… Dowiedziałeś się czegoś? – zapytał.

- Jeszcze nic mi nie świta – odparł chmurnie Vedart.

- Dobra. Będziemy w kontakcie na gorącej linii. Ile zostało czasu do spotkania?

- Czterdzieści minut.

- Ciągniesz to dalej? – Valborg skrzywił twarz w grymasie niepewności.

- I tak nie mam nic więcej do roboty.

- W porządku. Raportuj jak zwykle, kiedy odpoczniesz po sesji. Nie musisz się spieszyć. I tak wiele zrobiłeś.

- No i zostałem doceniony – odnotował sarkastycznie Vedart.

- Wprowadź dane do analizy po skończonej sesji. Może czegoś się dowiesz… Tymczasem – Valborg mrugnął i przerwał połączenie.

Vedart rozpoczął przygotowania do infiltracji loży TOT -a. Wziął ciepły prysznic, założył luźne i wygodne bawełniane dresy, zjadł dwa kawałeczki sushi, upił kilka łyków wody i odrobinę soku pomarańczowego. Potem sprawdził parametry swojego dziewiątego obwodu nerwowego, wyłączył sprzęt i podszedł do antycznej szafy. Uchylił drzwi i wpatrzył się w zgromadzone przedmioty. Szafa była ołtarzem świątyni. Wypełniał ją szereg przeróżnych przedmiotów. Od małych porcelanowych zabawek, poprzez kostki i pióra zwierząt, gwizdki i piszczałki, kryształowe naczynia, lustra, stare księgi w zakurzonych oprawach, zwykłe książki, zapisane zeszyty itd. Było tego naprawdę sporo. Wszystko ułożone w intuicyjnym porządku i stale przemieszczane z miejsca na miejsce podczas kolejnych operacji. Vedart trzymał w prawej dłoni małą, złotą tybetańską purbę, a w lewej porcelanowego ptaszka – śpiewną gwizdałkę. Powoli zaczął wprowadzać się w szamański trans. Preferował technikę Medei. Odstawił na chwilę przedmioty i zaczął przemierzać pokój lekkim i tanecznym krokiem. Zaintonował kilka zewów, powtórzył parę ochronnych mantr, zakreślił magiczne pieczęcie, klasnął głośno w dłonie, by odpędzić zbędne energie. Potem wrócił do śpiewnej, alikwotowej melorecytacji. Kiedy wprowadził się w trans, sięgnął po purbę i nakreślił nią magiczne znaki w powietrzu, wzmacniając astralne linie diamentowymi sznytami z ptasiej gwizdałki. Następnie sięgnął koniuszkami palców po utkane sieci i wywracając je do wewnątrz złożył kilka mandali w podarunku. Dopiero teraz przeszedł do bardziej precyzyjnego odmierzania kroków w pomieszczeniu świątyni, dotykając dla lepszej orientacji poszczególnych rzeczy i sprzętów. Wymierzył w ten sposób właściwe kąty i ruszył po określonej ścieżce, co chwilę mijając coś w obrocie, lub cofając się w miarę potrzeby i snując roztańczonymi palcami wciąż pracujących rąk siatkę subtelnej energii dla pozyskania mocy. W ten sposób wielokrotnie sięgał do półek ołtarza, skąd wyciągał wybrane przez siebie przedmioty, które rozrzucał po pokoju, podnosił, przenosił i układał w symboliczną przestrzeń pola mocy, z którego czerpał, które w siebie wchłaniał i z siebie rozsnuwał, potęgując użyteczną do dalszej operacji energię śakti. Wtedy odebrał komunikat od smoczej siły i przeszedł do bardziej energicznych działań. Wykorzystał w tym celu postać mitycznego herosa i odebrał błogosławieństwo Ateny. Przysiadł w transie i zaczął tworzyć jakiś przedmiot z różnych rzeczy, które znalazł pod ręką. Potem konsekrował talizman w określonych wpływach planetarnych i przyjrzał się swojemu dziełu. Niewątpliwie był to wojenny sztandar Śmierci. Odnotował też skrupulatnie kilka odebranych telepatycznie komunikatów. Część pochodziła od pomniejszych jestestw duchowych, dwa tyczyły instrukcji, a pozostałe były echem zabawy współbraci z astralnej łąki otwartych lotosów.  Uporządkował świątynię,  przebrał się szybko i wyszedł kontynuować operację. Uznał, że księżyc powinien wzejść za jakąś godzinę. Ruszył przed siebie, wypatrując uważnie znaków i bacząc na napotkane przedmioty. Wkrótce podniósł z ziemi małą, bardzo twardą i lśniącą srebrzysto bordowym pasem muszelkę. Kobietę spotkał na ławce w parku. Przysiadł się i rozpoczął towarzyską rozmowę. Wschodził księżyc. Odpowiedzi kobiety były coraz dziwniejsze. Wyprzedzał jej myśli i prowadził po księżycowej ścieżce do momentu, gdy uświadomił sobie obecność Śmierci. Kobieta stała się pustym naczyniem nicości. Skorupą. Widział w bezdennej pustce jej oczu ten mrok w pełnej grozy ciszy, kiedy nicość włada absolutem. Wiedział już, co ma robić. Spojrzał na księżyc i uznał, że nadszedł czas. Pożegnał kobietę, gdy opadła z niej maska przekazu. Wybrał polankę między drzewami, którą otaczały koliście ułożone głazy. Powtórzył kilka ewokacji,  obrał przeplatany krok w ruchu odwrotnym do kierunku wskazówek zegara, aż w końcu krążył po okręgu obracając się wokół własnej osi przeciwnie do kierunku obrotu. Kiedy osiągnął szczyt transu, rzucił w centrum okręgu przygotowaną w świątyni chorągiew i powtórzył kilka zaklęć. Wiedział tyle, że musi zejść do krainy cieni i przejść tajemną ścieżkę zatrutego księżyca, by ją ocalić. Mrok zgęstniał, księżyc świecił w pełni. Wracał do domu. Jak zwykle podróż wydłużyła się w czasie i kilka razy tracił orientację w przestrzeni. Park zmienił się w gęsty las i dosyć ciężko było znaleźć wyjście z labiryntu. Wyregulował oddech i powtórzył kilka ochronnych mantr dla uspokojenia umysłu. W końcu przedarł się do kompletnie opustoszałego świata. Miasto było wyludnione, cisza martwa. Jasno świecił tylko wielki księżyc nad jego głową. Był tak duży i blisko, że mógł go niemal dotknąć. Zdawał sobie już sprawę, że ponosi ofiarę, ale nie miał pojęcia, czemu ma to służyć. Usiłował odszukać drogę do swojego mieszkania, ale wciąż gubił się w okolicy, która powtarzała się w tych samych układach budynków, ulic, wzorów i architekturze. Spojrzał w świetle lamp i księżyca na asfalt opustoszałej ulicy. Rzucał dwa cienie. Kilka kroków dalej już trzy, a potem sześć. Przestał je liczyć po dziewięciu i kiedy zaczęły się od niego odrywać. Muszę przyspieszyć i znaleźć jakiś portal, bo nie uda mi się stąd wydostać, pomyślał bez trwogi. Złożył kilka owoców i kwiatów w ofierze. Przyspieszył kroku i utkał parę barier ochronnych, żeby sprawdzić na ile cieniom udało się od niego odkleić. Powoli zyskiwały autonomię. Doszedł do skrzyżowania i wreszcie ujrzał oznaczony portal. Przeplótł krok, odwrócił kierunek, zaznaczył symbolicznie obrót na obwodzie namalowanego na chodniku czerwoną farbą i dobrze oznaczonego koła. Przekroczył wymiar i opuścił podziemne królestwo. Zerknął kontrolnie na swój cień. Wszystko było w porządku. Księżyc wzmacniał siłę przejrzystym i srebrzystym światłem kojącej Izydy. Kilka kroków dalej podniósł leżącą na chodniku muszelkę. Identyczną z tą, którą znalazł po wyjściu z domu. Obie muszelki miały wywiercone po dwa mikroskopijne otwory, więc były zapewne zgubionymi elementami czyjegoś naszyjnika. Do świtu pozostały cztery godziny. Wrócił do mieszkania, wykonał kilka intuicyjnych rysunków, wziął szybki prysznic, a następnie napisał raport i wysłał go do Valborga. Valborg zajmie się analizą parametrów z zapisu jego świadomości po operacji i wyciągnie stosowne wnioski. W ten sposób namierzyli  trzy komórki loży anarchistów. Kiedy kładł się do snu, usłyszał w swojej głowie wyraźny, ciepły i smutno brzmiący kobiecy głos: „Musisz mieć schizofrenię…”. Usnął nim zdążył się nad tym zastanowić.

- Mamy ich – usłyszał tryumfalny głos Valborga, kiedy zaspany odebrał poranne połączenie.

-Ilu? – zapytał bez ciekawości.

- Dwudziestu. Zwiększasz moc – uśmiechnął się Valborg.

- Jak zwykle przez podobieństwo zapisów sieciowych? – dopytywał Vedart.

- Plus poziom neuroprzekaźników – norma – Valborg wydawał się być bardzo z siebie zadowolony.

- Oficjalna loża?

- Ze wszystkimi papierami i piękną świątynią – uśmiechnął się Valborg. – Dorwaliśmy ich pod koniec rytuału. Skupiali energię na obwodach ubezpieczonych. Giełda poszłaby w dół,  gdyby udziałowcy zaczęli wyprzedawać papierki naszych towarzystw. Zbiliśmy parę punktów na spółkach ubezpieczeniowych podpiętych pod korporację naszych świętych wszywek. Mieliby, skądinąd całkiem zasłużony, galimatias na rynku zabezpieczeń od piątego do siódmego obwodu. A grupka całkiem prężna, bo rżnęli Izydę jak gwiazdę porno… Jak wpadliśmy, to cały kwartał miał dwudziestominutową przerwę w dostawie prądu. Utkali więc spory ładuneczek… – Valborg urwał gwałtownie nagle czymś zniesmaczony i skrzywił się w grymasie.

- Tak? – zachęcił go Vedart.

- Ale nie mamy magistra świątyni. – Jej – poprawił.

- Jak to? – zapytał zaskoczony Vedart.

- Uczą się bestie – stwierdził markotnie Valborg. – Pośredniczyła na planie astralnym, ale z zupełnie innego miejsca. Zanim analiza rozgryzła zapisy, strażnicy lutni pogmatwali dane na bramkach wyjściowych systemu i w rezultacie otoczyliśmy dom dziecka i obudziliśmy sieroty…

- Ktoś coś o niej powiedział? – dociekał Vedart.

- Znasz ich. Dwadzieścia lat w pierdlu to argument, który do nich nie trafia. Ale jakaś wystraszona siksa podała hasło imienia i Bóg raczy wiedzieć, skąd to wiedziała – zakończył kwaśno Valborg.

- A więc? – Vedart czekał.

Pytanie wyrwało Valborga z zamyślenia.

- Szechina 333. Reszta to kompilacja wtórnych zapisów powidoków z siatki neuronalnej. Bezużyteczne dane.

Vedart nawet się nie zastanowił.

- To połączenie z Chronozonem to schowek dla właściwego kodu? – zapytał.

- Analitycy są tego pewni, ale to stwarza zbyt wiele wariantów. Musi być bardzo wysoko w strukturze. Nie byle jaka dziewczyna można powiedzieć… – zasępił się Valborg.

- Ktoś musi za nią stać, sama nie dałaby rady. Trudna sefira do kontrolowania przy pozorowaniu – Vedart pokręcił głową.

- Odpocznij i nie mierz ludzi swoją miarą – uśmiechnął się Valborg. – Dorwiemy ją tak, czy siak. Ciesz się wolnością ostatniego weekendu. A propos. Fuch twierdzi, że można przemycić uniewinnienie, ale potrzebne jest przyznanie się do winy wraz z uzasadnieniem – Valborg westchnął ciężko. – Masz jakiś pomysł, wiesz już dlaczego rzekomo zdradziłeś? – zakończył kręcąc z irytacją głową.

- Na razie jestem tylko kozłem – Vedart kiwnął głową na pożegnanie i zakończył połączenie.

Odebrał raporty techników i analityków. Wprowadził dane Chronozona 333 i przełączył zapis z obwodu ostatnich wizji dwa poziomy wyżej. Zaprogramował czas, skorelował parametry i wystartował. Dowiem się, pomyślał przed odłączeniem jaźni.

- Dziękuję ci – powiedziała prostytutka.

- Za co? – zdumiał się Vedart.

- Za ocalenie – odpowiedziała. – Masz muszelki, które ci podarowałam? Są z mitrylu, to purby. Mogą służyć do tego samego, co konchy, lecz skutkiem są gromy. To prezent od Jowisza, wykuty w kuźni Marsa. Władasz wiatrem, błyskawicami i jednocześnie chroni cię najdoskonalsza zbroja.

- Dziękuję… – odpowiedział lekko speszony.

- Nie jestem pewna, czy ten twój plan jest dobry – powiedziała dziewczyna.

- To znaczy? – zapytał Vedart.

- Twoje rzekome rozdwojenie, które ma nas ochraniać. Ponosimy jednak ofiary… – prostytutka posmutniała.

Vedart miał wrażenie, że nie usłyszał odpowiedzi. Słowa do niego dotarły, lecz nie odebrał ich treści. Jakby usłyszał zdanie w obcym języku. Zdarzało się to od czasu do czasu i szybko zapominał o tych wrażeniach.

- Mam wrażenie, że wyparłeś mnie ze swojej pamięci – odezwała się dziewczyna.

Vedart wciąż milczał i zastanawiał się, co prostytutka chce mu w ten niezrozumiały sposób powiedzieć.

- Ketman się łączy – odezwała się.

Vedart odebrał połączenie. Ketman miał zwyczaj przemawiać z ekranu, gdy w pokoju wyświetlał nie swój i niezgodny z treścią hologram.

- Nie ma sensu ciągle jej ratować – odezwał się Ketman. – Pomysł jest sprytny, ale podwójne zabezpieczenie już się przepala.

- O co ci chodzi? –  Vedart nagle się zirytował.

- Słuchaj, lubię cię, ale nie zmienia to faktu, że w istocie jesteś… postanowiłem przestać używać brzydkich słów… Nie możesz wciąż ratować kogoś, kogo uprzednio zabiłeś, bo choć daje to podkładkę do rejestrów i nie można ich namierzyć, to ty sam słabniesz i rujnujesz cały system. Z kicia przecież niewiele zdziałasz, prawda? – zapytał Ketman rzeczowo i spokojnie.

- Co masz na myśli mówiąc, że kogoś zabiłem? – zapytał zdumiony Vedart.

- O matko… – Ketman podparł głowę na dłoni, a hologram pojawił się jako trikster. – Człowieku, nie damy rady dłużej prostować ścieżek pańskich… – odezwał się zrezygnowany.

- Nie, wytłumacz mi to, proszę – upierał się Vedart.

- Twoja personifikacja miłości jest martwa. Zabiłeś ją i już. Projektujesz kompleks swojego poczucia winy w sefirze Wenus i konsumujesz go w binie. Nikt więc nie ma dostępu do chesed. Jednak programiści nie nadążają z przetwarzaniem danych, kiedy aktualizujesz to wszystko w jesod, bo przecież wciąż siedzisz w tiferet. A na końcu dajesz sobie prezenty z gebury za łaskawym przyzwoleniem miłościwie panującego nam demiurga Jowisza. Stąd rozpieprzasz wszystkie bezpieczniki na Saturnie, którego system musi multiplikować alternatywne replikacje, żeby trzymać to wszystko w karbach obowiązującej struktury. Tymczasem twoja projekcja rośnie w siłę i potężnieje, przejmując kontrolę nad strukturą światła poprzez lustrzane programowanie z klipot. Obcujesz więc z ukochaną, która jest twoim demonem, bo jesteś nim ty sam. Jest to o tyle dla nas przydatne, że możemy wykorzystać ten cień do przeprogramowywania struktury, lecz, jak już wiesz, kolaps postępuje. Kontrolujesz agencję w projekcji czarnego światła, ale unicestwiasz sam siebie i niczym pępek świata krzyżujesz się  wywróconą ofiarą na diamentowej osi wszechświata – wywracasz sygnał Syriusza przez gwiazdę polarną. Tym samym saturn odbiera odwrotne dane i projektując system wzmacnia projekcję klipot. Do tej pory, raz na kilka tysięcy lat, ktoś taki był potrzebny, ale tylko do szóstego obwodu, który ludzkość już rozwinęła i aktywowała. I tutaj jest klucz do ukrycia faktycznych zapisów przed kontrolą rządu. Nikt już nie grzebie się w tak archaicznych warstwach, więc sam pomysł był dobry…

- Moim zadaniem jest ujęcie terrorystów – przerwał mu Vedart.

-… Tak więc – kontynuował Ketman – wybrzuszyłeś, że tak obrazowo to ujmę, bardzo ładnie wybrzuszyłeś archetyp do algorytmu i spotworniałeś w jego cieniu… – zakończył bez przekonania.

- Ale ja go kocham – odezwała się nagle prostytutka.

- Skontaktuj się z Lucyferem, bo tylko on może nam pomóc – westchnął Ketman i przerwał połączenie.

Dziewczyna o pustych oczach natychmiast zaczęła recytować:

„Skąd wiesz, czy nie jest każdy Ptak, który swą drogę tnie powierzchnią,

Światem rozkoszy nieobjętym, co więźnie w zamysłach twoich pięciu ?”.

Vedart odebrał połączenie przychodzące. Na ekranie ujrzał prostytutkę. Odwrócił się, żeby sprawdzić, kto za nim stoi. Ta sama dziewczyna. Teraz wpatrzona niewidzącym, pustym wzrokiem w dal i cała sztywna.

- Dostałeś moje muszelki? – zapytała.

Hologram Ketmana pojawił się w pokoju. Przerywamy transmisję. Namierzyli cię. Prezydent Fulford wprowadził obwieszczenie jako poprawkę do konstytucji i przepchnął projekt przez radę Federacji. Masz niewiele czasu na ustalenie liczby 311.

- Gdzie mam szukać wskazówki? – zapytał Vedart.

- Tylko on może ci pomóc. Masz ją obok siebie – hologram Ketmana znów przybrał postać trikstera.

Vedart otworzył powieki i poprawił się w fotelu. Powędrował wzrokiem na stolik, gdzie obok szklanki z wodą leżały rysunki z wczorajszego wieczoru. Na jednym z nich zauważył liczbę 311, wpisaną w abstrakcyjny obraz. I tytuł: On jest moim Rafaelem.

Vedart wybrał połączenie z burdelem. W pokoju pojawił się hologram atrakcyjnej azjatki.

- Proszę o przysłanie dziewczyny – odezwał się Vedart.

- Ta sama co zwykle? – zapytała azjatka.

Vedart wytrzeszczył oczy. Nigdy dotąd nie korzystał z usług żadnego burdelu.

- Chyba zaszła jakaś pomyłka – zaprotestował.

Azjatka uśmiechnęła się uprzejmie.

- Oczywiście. Dobierzemy według dostępnego profilu konsumenta. Zniżkę proszę potraktować jako bonus przy pierwszej usłudze.

Vedart podziękował i uregulował płatności. Zaniepokojony czekał na dziewczynę. Jeśli ją zobaczę, to pójdę się leczyć, postanowił. Kwadrans później miał ją przed sobą w pokoju. Traktowała go jak swojego dobrego znajomego. Zapytała o możliwość wczytania sobie czegoś… Ketman ponownie pojawił się w pokoju.

- Mówiłem, że przerywamy transmisję! Natychmiast – niemal krzyknął. – Mają zapis replikacji, jesteś spalony. Odłącz się od tego gówna i bierz dupę w troki.

- Spokojnie – powiedziała dziewczyna. – To moje standardowe zabezpieczenie. Szukaliście 311, więc jestem.

Zaszokowany Ketman zatopił się na chwilę w analizie zapisów.

- Ale ty jesteś popieprzony… – mruknął do Vedarta. – Dobra. Zostawiam was samych – hologram trikstera znikł z pokoju.

- Dla mnie najważniejsza jest podstawowa kwestia – odezwała się wyniośle dziewczyna. – Czy mnie kochasz?

- Prawie się nie znamy – odparł cicho Vedart.

Dziewczyna spacerowała po pokoju wyprostowana jak struna. Biła z jej sylwetki niesłychana godność i duma. Uśmiechnęła się chłodno i podrapała po nosku.

- Jestem kosztowna – powiedziała.

- Mam środki – odpowiedział Vedart.

- Chcę muszelki – powiedziała dobitnie prostytutka.

Vedart zawahał się przez chwilę.

- No widzisz – dziewczyna pokiwała głową. – Nie stać cię na mnie.

Vedart wysunął w jej kierunku dłoń z muszelkami. Na twarzy dziewczyny odmalował się smutek.

- Dlaczego mnie zdradzasz? – zapytała. – Chcę tylko miłości. Mam prawo tego żądać.

- Co mam zrobić? – zapytał bezradnie Vedart.

Dziewczyna zamyśliła się melancholijnie.

- Zobaczymy – uśmiechnęła się lekko i mrugnęła okiem.

 

Fuch bębnił niecierpliwie palcami po stole.

- No wreszcie! – wykrzyknął – kiedy na jego ekranie pojawiła się twarz Vedarta. – Czekam już od dziesięciu godzin! Co ty wyrabiasz?

Twarz Vedarta wyrażała zdziwienie i zmieszanie.

Fuch miał mu do opowiedzenia pewną historię i nie mógł się doczekać wyjaśnień Vedarta. Wzburzony przybliżył mu sytuację prezydenta Fulforda i przeszedł do części starannie ułożonej relacji ze spotkania z tą małą, bezczelną dziwką. Co ty na to, Vedart, hę? – zakończył zadowolony z efektu, jaki wywarła na Vedarcie jego opowieść. Po rozłączeniu połączenia Vedart spojrzał na dziewczynę.

- Modulujesz zapisy? – zapytał.

Prostytutka skinęła głową.

- Odtwarzam fragmenty i koryguję kod. W przeciwieństwie do tego prostaka Ketmana, mam dostęp do wszystkich dwudziestu dwóch liter i swobodę operacji na każdej ścieżce.

- On jest z bractwa loży – powiedział Vedart.

Dziewczyna wydęła pogardliwie wargi.

- Tak mu się wydaje. To nędzny rzemieślnik. Nie ma bladego pojęcia o systemie. Trybik. Zdolny tylko do projektowania torebek.

Vedart nie mógł sobie przypomnieć loga torebki prostytutki.

- To ten lamen… – powiedział zaskoczony.

Dziewczyna spojrzała na niego z zainteresowaniem.

- Tak, to jest to logo – potwierdziła. – Ale to tylko logo z mojej torebki, a Ketman poszedł z torbami. Zmieniłam projektanta.

- Masz nową torebkę? – zapytał Vedart.

- Wcale nie taką nową – odparła dziewczyna. – Jest z krokodylej skóry i pochodzi z 1800 r. Możesz ją zobaczyć na obrazie, na którym ją noszę.

Dziewczyna musnęła delikatną dłonią dotykowy panel i na ekranie komputera Vedarta pojawiła się miniatura indyjska, na której trzy postacie, w tym jedna bez głowy, stały na kochającej się w okręgu parze.

- O tutaj, spójrz – powiedziała dziewczyna.

Vedart przyjrzał się wskazanemu miejscu, ale zobaczył tylko węże na biodrach czerwonej kobiety bez głowy i naszyjnik z głów na jej tryskającej krwią szyi.

- Nie widzę – powiedział zupełnie jak dziecko.

- Nieważne – dziewczyna wzruszyła ramionami i zamknęła plik. – Ważne, że ten tandeciarz nie ma monopolu. Wszyscy dyktatorzy mody to w gruncie rzeczy tandeciarze – dodała z niesmakiem.

- Rozumiem – powiedział Vedart.

- Tak sądzę – powiedziała dziewczyna. – A skoro przypomniałeś sobie logo, to powinieneś również przypomnieć sobie powód twojej zdrady.

Vedart milczał.

- W pewnym sensie – odezwała się dziewczyna – zdradziłeś nie mnie, tylko siebie. Ale w obu przypadkach najwygodniej jest po prostu zapomnieć… – dodała.

- Nikogo nie zdradziłem – powiedział Vedart stanowczo. – Trzymam się swoich zasad i walczę z terroryzmem.

- Ruchasz sam siebie, jak ta nędzna kreatura Ketman – syknęła gniewnie dziewczyna.- A teraz przypomnij sobie nas. Czy nie uzupełnialiśmy się doskonale? Czy twoja kobieca strona nie dopełniała mojej męskiej części? Dlaczego musiałeś to zniszczyć? Po co była ta operacja, jak zmiana płci? Zdradziłeś mnie. Zabiłeś naszą miłość! Nędzny podwójny agent, jak nie przymierzając Ketman. To ma być twoja kryjówka, ucieczka, to alter ego?

- Jesteś z loży anarchistów? – zapytał Vedart, przechodząc obojętnie nad gniewem dziewczyny.

- Spójrz na siebie -powiedziała zimno.

Vedart spojrzał w dół. Miał na sobie czerwoną sukienkę i szpilki. Uniósł ręce i spojrzał na drobne, wypielęgnowane, kobiece dłonie.

„Skąd wiesz, czy nie jest każdy Ptak, który swą drogę tnie powierzchnią,

Światem rozkoszy nieobjętym, co więźnie w zamysłach twoich pięciu ?” – wyszeptał przed siebie.

- Jesteś aresztowany, Vedart – usłyszał przekaz w głowie.

Vedart odchylił się w fotelu i potarł czoło. Musiał przyznać, że sesja była raczej wyczerpująca. Przejrzał zapisy, zlecił analizę porównawczą i bez skutku badał wyniki. Gdzie popełniłem błąd? pytał sam siebie, skoro system wygenerował oskarżenie i wszczął procedurę. W pokoju pojawił się hologram Valborga, Vedart nawet nie zauważył połączenia, więc Valborg musiał korzystać z gorącej linii.

- Stało się coś dziwnego – oznajmił Valborg. – Fuch dostał polecenie prosto z biura Fulforda i nie ma pojęcia, dlaczego prezydenccy prawnicy zajęli się twoim przypadkiem. Wieści są umiarkowanie pozytywne. Osłabili oskarżenie i sprokurowali ugodę. W mocy pozostaje degradacja, ale zachowasz prawo powrotu do agencji i emeryturę. Uzgodniono nadzór resocjalizacyjny. Kolejne trzy lata spędzisz w starym klasztorze kontemplacyjnym wśród pokręconych mnichów. Bóg raczy wiedzieć, kto wpadł na ten reliktowy pomysł… – Zakończył ponuro Valborg. – Przedstawiciel gabinetu Fulforda osobiście zakomunikuje ci wyrok. Spodziewaj się wizyty jeszcze dziś i zacznij się pakować. Fuch poznał tę panienkę. Podobno cholerne bystra. Przejmie twoją norę i śledztwo. Egzekutywę masz na ekranie – Valborg westchnął. – Naprawdę jest mi cholernie głupio, stary… – zakończył nerwowo Valborg.

Vedart zerknął na ekran. Dokument oznaczała sygnatura o numerze 311.

- Zacznę się pakować – powiedział krótko.

Godzinę później popijał sok pomarańczowy i spokojnie czekał na dziewczynę. Byłby zdziwiony, gdyby w drzwiach nie pojawiła się znajoma prostytutka. A więc jednak zdradziłem, pomyślał zrezygnowany. Całkiem nieświadomie przystąpiłem do organizacji, którą tropiłem… W pokoju pojawił się hologram dziewczyny.

- Czekam na dole – powiedziała bez powitania. – Bardzo chciałam cię poznać – dodała.

- Jesteś z loży anarchistów TOT- a? – zapytał.

- Jak wszyscy z twojej loży – odpowiedziała z uśmiechem.

- To mój manewr? – zadał pytanie zrezygnowany.

- Konkretnie obwieszczenie 313 Fulforda – odparła.

- Jaką masz torebkę?- zapytał.

- Z wężowej skóry. Dobrze leży na biodrach. Stara torebka… – odpowiedziała dziewczyna.

- Nie wszystko rozumiem – powiedział Vedart.

Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła.

- Szukałeś mnie jak każdy.

- A ty byłaś obecna?

- Skąd wiesz, czy nie jest każdy Ptak, który swą drogę tnie powierzchnią,

Światem rozkoszy nieobjętym, co więźnie w zamysłach twoich pięciu ?”.

Vedart westchnął i podniósł się ciężko. Jesteś aresztowany, mruknął do siebie.

- Skąd wiesz, czy nie jest każdy Ptak, który swą drogę tnie powierzchnią,

Światem rozkoszy nieobjętym, co więźnie w zamysłach twoich pięciu ?” – powtórzyła dziewczyna.

- To wszystko szablon – wzruszył ramionami Vedart.

- Koniec transmisji – skinęła głową dziewczyna.

Valborg patrzył z okna małej restauracji z czerwonym neonem, jak dziewczyna wsiada z Vedartem do służbowego pojazdu biura Fulforda. Neon zamrugał i Valborg spojrzał na napis. AGLA, przeczytał w myślach. Wu uruchomił transmisję. Valborg połączył się z Ketmanem, by sprawdzić skorygowany zapis. Lucyfer użył standardowego zabezpieczenia 311. Odzyskali szin. Za chwilę Vedart wejdzie do restauracji, więc powinien się już wynosić. Powinieneś już wyjść, usłyszał przekaz Wu. Otworzył drzwi i natknął się na piękną prostytutkę. Uśmiechnęła się i zsunęła ramiączko sukienki. Valborg ujrzał cudownie kształtną pierś i sterczący bordowy sutek. Podniecenie rozeszło się po jego ciele. Uśmiechnęła się i przesunęła językiem po wargach. Niesamowita nimfetka, pomyślał Valborg. Nie miała więcej niż siedemnaście lat… I choć było to wbrew prawu i zasadom obowiązującym w agencji, postanowił zabrać ją do domu.

- Modulujesz zapisy? – zapytał Vedart.

Prostytutka skinęła głową.

Valborg objął ją ramieniem.