diwrad blog

Twój nowy blog

Ta kobieta miała jedno marzenie i ono się spełniło. Marzenia w Polsce
mogą się spełnić. Chciała wystąpić na deskach teatru, zagrać w sztuce.
Zagrała. Zagrała w samej nawet halce, co podobno odsłoniło wymarzoną
figurę modelki. Kiedy dotarła do mnie ta informacja, zastygłem w
nadziei. Na chwilę stałem się pomnikiem nadziei, uosobieniem
prefiguracji. Mój znękany mózg, moje wszystkie szare komórki, moja cała
tkanka glejowa, wszystko to wyło. Zwierzęcym pożądaniem, potwornym
pragnieniem, wyło błagalnie. Tak! Tak, proszę… Ale nie wszystkie
marzenia mogą się spełnić i nie każdemu…
Pierwsza dama Polityki, kryształowa wróżka obiektywizmu, opuściła scenę
oklaskana i powróciła do stałego zajęcia. Do powołania, do spartańskiej
dyscypliny rzetelności. Zresztą, kiedy to było… Tak dawno. A mogło być
inaczej. Mógł elitarnie elitarny Jan Englert podarować etat. Mógł
złagodzić skutki masowego puchnięcia mózgu, tej parweniuszowskiej
inflacji analfabetyzmu. Nie uczynił tego. I nie wiem dlaczego. O co
mogło chodzić? O drobiazgi? O tembr, sepleniącą wargę? Czyż trzeba tutaj
przywoływać przykład Gustawa po czesku gołąbka? Czyż jego autoerotyzm
intelektualnego dystansu mógł konkurować z blaskiem publicystycznego
splendoru królowej analiz? On pisał wspomnienia z niepamięci, ona
pamięta wszystko i wciąż na bieżąco. Tego Englertowi nigdy, przenigdy
nie wybaczę. Inna sprawa, że nie bardzo wiem, jak mógłbym mu to
zakomunikować. Bo przyznam szczerze, że paraliżuje mnie kompleks
niższości. A ćwiczyłem przed lustrem i mając na uwadze zalecane przez
aktora ściskanie pośladków. Stałem, zaciskałem pośladki i artykułowałem
przemowę wystrzegając się wszystkich mielizn upośledzonej dykcji.
Ubrałem mowę w cytaty, dodałem retoryczne ornamenty, uwzniośliłem patos (tak, do potęgi!)
erystycznej troski. I nic. Wciąż pozostawałem daleko w tyle i
niezmiennie brukając estetyczny ideał oratorskiego kunsztu mistrza. Co
tu dużo mówić, stałem pod płotem i memłałem w dłoniach czapkę… Nie
dość więc, że pozostaję ze spuchniętym mózgiem, to jeszcze z bezradnymi
pretensjami.
Potem była coroczna szopka polityczna i moja nadzieja znów odżyła. Może
tym razem… Może zwycięży ten artystyczny pierwiastek, który w tekstach
panoramą umiłowanego krajobrazu..? Ale i tym razem nic. W halce czy bez
halki, ale na Halkę żadnych szans i tylko ten straszny dwór… Jasnych
prognoz, przejrzystych analiz, oświeconych wniosków. I kiedy byłem już u
schyłku, w mrocznych krainach rezygnacji, spadł na mnie cios
ostateczny. Okrutny wyrok w postaci cytatu. Dwa pierwsze zdania z
ostatniego artykułu,
które przez wątpliwość wstrząsnęły moim jestestwem: „Pisać nie pisać?
Komentować nie komentować?”. Wszystkim dobrym i współczującym ludziom
pragnę podziękować i oznajmić, że zacytowany artykuł oddaje w tytule
zjawisko, z którym zmagam się podczas jego lektury.

Odnaleziono chromowany kałasznikow Saddama Husajna. Tak, wszystkim niezadowolonym z powodu ropnego apetytu „Dabji”, oraz entuzjastom czkawki ministra Klicha, który wytrwale ratuje nasz kraj przed realnym zagrożeniem terrorystycznym, powinno to przynieść pewną ulgę.
Saddam, niedoceniony autor fenomenalnej bajki o przykrych aspektach władzy, fan Józefa Stalina (niestety nie doczekał możliwości umieszczenia linku na facebooku), miał jednak broń masowego rażenia. Wypieszczony przedmiot swojego uwielbienia. Kiedy rano z wieży minaretu rozbrzmiewał śpiew muezina, Saddam wychodził na balkon pałacu i oddawał poranną salwę na cześć życia i chwały prawdziwego mężczyzny. Salwa była jednocześnie rodzajem budzika, który stanowił sygnał dla ukochanego syna Udaja, że oto nowy dzień i najwyższy czas rozpocząć zbożny trud gwałcenia pokornych służebnic Allaha.
Myli się każdy, kto przypuszcza, że ta sympatyczna odmiana tradycyjnej funkcji koguta umknęła uwadze licznych donosicieli. Zamaskowani chustami, w mistrzowskim kamuflażu między kolumnami królewskiego piaskowca, odnotowywali każdy przejaw groźnego ryku pustynnego lwa.
Niestety, pomijając czujne oko satelity, armia szpiegów poniosła dotkliwą porażkę. W szeregach zwerbowanych agentów nie uwzględniono oczywistego parytetu płci, a także w dotkliwy sposób dyskryminowano mniejszości. Nie było gejów, brakło lesbijek, krótkowzroczność administracji przypieczętowała klęskę. Raporty powołanych komisji miażdżąco obnażyły karygodne zaniedbania decydentów. Okazało się, że pogwałcono nawet aspekt wielokulturowości zespołu i zlekceważono obecność języka nienawiści w relacjach interlokutorów. Tym samym, koniec był nieuchronny.
Zaniedbania miały swoją konsekwencję i kontynuację. Ujętego w końcu Saddama, poddano upokarzającej kontroli stomatologicznej. Administracja próbowała bezradnie tłumaczyć, że miało to uzasadnienie w satelitarnych zdjęciach. Oddając salwy, Saddam często unosił głowę w górę, co dawało złudzenie wielkiej dziury w zębach. Podejrzewano, że kryje tam plany tajnych obiektów. Nikt też, w oczywisty sposób, nie mógł rozpoznać na zdjęciach chromowanego kałasznikowa. Na koniec pozostają smutne refleksje nad trudnymi pytaniami. Czy Saddam był winny? A jeśli tak, to czego? Miłości do kałasznikowa? Miłości do syna Udaja, który był pierwszym bojownikiem rewolucji seksualnej w konserwatywnym Iraku?
To wszystko pytania, które pozostają wciąż bez odpowiedzi. Ale grzmią tak donośnie, jak wystrzał z chromowanego kałasznikowa.       

guma

Brak komentarzy

 
Niedawno pewien felietonista napisał, że kato się doigrało i wieszczył opłakany, ale i radosny koniec czarnej i kochającej srebrniki mafii. Tygodniki też nie próżnowały i rozmiłowany w politycznej poprawności Szostkiewicz przybliżył kilka ważnych książek, a cała reszta spoczęła w oczywistym stwierdzeniu o konieczności rozdziału państwa od kościoła. A wszystko to miało miejsce już dawno i tu i ówdzie – m.in. we Włoszech. Wspomniany na początku autor przytomnie zauważył, że ostatnim gwoździem do trumny będzie mentalność konsumentów popkultury. To z kolei przypomniało mi radosną wypowiedź Roberta Benigniego, który raczył podzielić się z polską publicznością spostrzeżeniem, że we Włoszech wszystko należy do Berlusconiego. Od fabryki ołówków, po szkice klasyków malarstwa. A to odświeżyło w mojej pamięci niezwykle uczuciowe, ale też bardzo szlachetne wyznanie anonimowego Włocha.

Swego czasu bardzo mnie wzruszył, bo stracił swoją dziewczynę na rzecz starszego od niej o pół wieku pana. Ów mężczyzna, na oko wzorowy produkt dzisiejszej popkultury, nie mógł się w końcu równać z producentem owej popkultury, jakim jest sam Silvio Berlusconi. Dodajmy, że boski.
Silvio natomiast, z natury i charakteru jest skończonym prostakiem i w porywach uroczym prymitywem. Należy do niego cały kontynent w kształcie buta, bo przecież nie tylko skromne terytorialnie państwo, do którego nie ograniczają się Włosi w dobrym, a nawet najlepszym o sobie mniemaniu.
Co tam i bez przesady, możemy swobodnie stwierdzić, że Silvio jest władcą całego świata, a przynajmniej – jako się rzekło – kontynentu, a szczególnie po jednej z takich pracowitych, nieprzespanych nocy w towarzystwie osiemnastolatki, kiedy to bez wytchnienia pracuje dla dobra kraju – kontynentu. A pracuje w pocie czoła. Nie, przepraszam, pomyłka. Przede wszystkim Silvio się nie poci i to z dwóch powodów. Pierwszy, bo jest boski. A drugi, bo już dawno zamroził sobie wszystkie gruczoły potowe. Tak pragmatycznie i w trosce o estetykę wydajności w niekończących się posiedzeniach, spotkaniach, komisjach, wystąpieniach i wszystkich tych żmudnych aktywnościach, które codziennym patriotycznym trudem i globalną powinnością. Silvio nie odpoczywa, ale odpoczywają za niego wszystkie jego telewizje. Można w nich ujrzeć reprezentacyjną stronę starań premiera, widać wyraźnie zrelaksowanie i szeroki uśmiech, jakim wabi dobro dla kraju i świata. Aż po zasłonę nocy, w czasie której emitowane są reportaże o licznych i pozakonstytucyjnych obowiązkach premiera. Należy też pamiętać, że zawsze uwzględnia on działanie na rzecz pomyślności wszystkich ludzi, co gwarantuje płynące z głębokiej empatii współczucie altruisty. A sam Silvio nie śpi, tylko pokazuje bajki. Pewnej młodej kobiecie, o której jej chłopak wyraził się wzruszająco czule: „To jest jeszcze taka niewinna dziewczynka, która nie zaśnie bez przytulenia swojego ukochanego misia”. No, cóż… W tej sytuacji nie ma większego znaczenia, że fabryka tych misiów też należy do Berlusconiego, a on sam jest od misia znacznie słodszy…

Wszystkim więc zainteresowanym, a sam do nich nie należę, polecam uwadze cytat z listu nękanej paranoją osoby: „W Polsce nie ma bowiem żadnego szerzej znanego systemu moralnego niż ten wyrastający z katolicyzmu. Dlatego jedyną realną dlań alternatywą jest nihilizm”. Ja tymczasem, żuję sobie gumę.

plasterek

Brak komentarzy

Dzisiejsza rzeczywistość jest tak skomplikowana, że nie sposób
wyeliminować z niej terapii. Terapia jest zawsze potrzebna, a nawet
konieczna. Nie dość, że społeczeństwo ugrzęzło w trudnym problemie
radzenia sobie z rosnącą przestępczością, to jeszcze za każdym rogiem
czyha trauma z nożem. Weźmy na przykład takie śniadanie i podstępną
ochotę na plasterek kiełbasy salami. Jeżeli nasza partnerka w
partnerskim związku preferuje dietetyczne płatki, albo, co gorsza,
podjęła syzyfowy trud zmagań z przemysłem mięsnym, to mamy krwawy
konflikt w zasięgu ręki. Zjedzenie śniadania okazuje się tym
trudniejsze, że argumentacja przy pustym żołądku pada ofiarą złych
emocji, których skutkiem może być dramatyczny kryzys partnerskiego
związku. Terapeuta staje się niezbędny, albowiem za chwilę wypada wyjść
do pracy i nie ma już czasu na kompromis wzajemnego szacunku i miłości.
Po raz kolejny okazuje się, że nie potrafimy ze sobą rozmawiać.
Co więcej, to dopiero początek gehenny. Zdarza się bowiem, że niekiedy
ludzie nie tylko ze sobą żyją, ale też razem pracują. Na przykład w
supermarkecie. Ona przy kasie, a on układa produkty na stoisku z
ekologiczną żywnością. Niewinny z pozoru konflikt, trwa w najlepsze w
miejscu pracy. Ona zarzuca mu hipokryzję i zgniły kompromis
niejednoznacznych życiowo decyzji. On tłumi wściekłość i w imię
moralnego protestu konsumuje na jej oczach kabanosa. Wieczór przy filmie
jest stracony. Na szczęście nie są pozostawieni sami sobie i mogą
liczyć na pomoc. Decyzja wymaga poświęcenia jednej i skromnej pensji,
ale ta rozsądna inwestycja zaprocentuje przyszłą harmonią. Być może
wystarczy kilka sesji i tolerancja wzajemnej odmienności ponownie scali
związek. Droga do tego jest długa, bo nie wystarczy akceptacja drobnych
różnic. A przede wszystkim i co najważniejsze, trzeba się nauczyć
rozumieć siebie. To jest absolutna podstawa, by potem zrozumieć
partnera. Tymczasem w zaciszu gabinetu okazuje się, że do zrozumienia
jest znacznie dalej niż do porozumienia.
Ona płacze już na drugiej sesji, a on nie wie dlaczego. Nigdy nie
potrafił wyrażać swoich uczuć. W końcu jednak się rozpłakał, kiedy
przywołał wspomnienie babci przygotowującej jajecznicę na boczku. A ona
poczuła ulgę, że w świadomości jaskiniowca nastąpił w końcu przełom.
Znacznie później wyszło na jaw, że w jej dzieciństwie ukrywał się
włosień kręty. Wtedy płakali oboje.
Ale najważniejszym zadaniem terapeuty, stało się uzdrowienie relacji pod
kątem uwrażliwienia na sygnały płynące od siebie. To znaczy, że każdy
powinien mieć prawo do takiego wytyczania swoich granic, żeby czuł się
szczęśliwy, a jednocześnie uszczęśliwiał partnera. Na przykład on mógłby
częściej jeść płatki, a ona mogłaby czasem pokroić salami. Może być to
środek do poczucia, że wzajemne zaufanie pozostaje poza sferą
deklaratywną i przekłada się na obopólną zgodę, co do procesu zmiany
nawyków żywieniowych. Nie wspominając o partnerskiej korzyści, jaką
czuła uprzejmość przy stole.
Oczywiście opisując ten konflikt, unikałem obnażenia rzeczywistego
wymiaru intymności, który przedmiotem troski gabinetowych zaciszy… Nie
zmienia to jednak faktu, że dzięki temu mogę opisać finał ze wszech
miar zbawiennego działania terapii. Bo wyobraźcie sobie, że ona teraz,
przy kasie, uśmiecha się do klientów podających mięsne towary. A on,
przy śniadaniu, dolewa mleka do jej płatków i zjada salami na kromce
chrupkiego, dietetycznego pieczywa…

PS. I tak, należy tutaj podać za Wikipedią, że salami nie jest kiełbasą  z osła -
to utrwalony stereotyp!  

febra

Brak komentarzy

Rano temperatura w mieszkaniu sięga 20′, co raczej wyklucza dreszcze. Podążyłem więc tropem znarkotyzowania i uzależnienia. Komfort syberyjskich warunków daleko, a idylla metabolizmu informacyjnego blisko. Wystarczy otworzyć oczy, wcisnąć parę guziczków i zaktualizować świadomość w realiach wirtualnego życia.
Dreszcze złagodziła urocza para prezenterów na Polsacie, których uprzejmy wyraz szacunku przekracza standard etykiety. Żyją wprost dla telewidzów, to oni są radością ich życia, kryterium wyborów i nadzieją oczekiwania. Nawet piękna i szczekająca Anna Popek, która tak śmiało przełamała tabu wokół tematu operacji plastycznych, iż otrzymała list gratulacyjny od samej Donatelli Versace, pozostaje daleko w tyle i bez kilkunastu wagonów towarowych z wazeliną. Dlatego nie mogłem już zmienić kanału, tylko kiwałem się zahipnotyzowany niczym kobra. A profesjonalizm prezenterów był godny podziwu, a nawet zdumiewający. On, zaczął czytać fragmenty listu Kaczyńskiego, ale ilość przecinków i komplikacja zdań złożonych wymusiły stwierdzenie, że czyta się to bardzo trudno. Na dowód tego znoju, nienagannie ubrany i uczesany manekin podał wyraz „całkowicie”. I jakby zakłopotany wyjaśnił, że całkowicie to „tak do końca”. Do końca programu zostało jeszcze sporo czasu, więc w sukurs pospieszyła kukła, reżyserując wielce udaną zagadkę. Okazało się jednak, że zagadka była łatwiejsza od przeczytania kilku zdań, bo prezenter znał odpowiedź. Nie pozostało więc nic innego, jak tylko skwitować rzecz błyskotliwą pointą, co też pani redaktor skwapliwe uczyniła: „Hmm, zostawmy na razie ten temat…”.
Ale trudność osieroconego tematu spadła na barki kolegów. I to oni musieli przejąć obowiązek poinformowania widzów, co tak naprawdę oznacza owe „do końca”, czyli całkowicie. I to była decyzja słuszna, bo przemiły głos prezentera źle koresponduje z wścieklizną autorytarnej osobowości Kaczyńskiego, której zapis w tak ciężkiej składni. Na szczęście jest i prognoza pogody. Raczej chłodno, ale na dreszcze za ciepło. Czekam więc szczytowego momentu uzależnienia, kiedy Kaczyński wpłynie na barometr ciśnienia. A póki co, doświadczam dreszczy…

Ostatnio nie spaceruję Krakowskim Przedmieściem, bo zbyt często opluwa
mnie nienawiść. W zasadzie, dobrze się składa, że nie mieszkam w
Warszawie, jako, że dzięki temu unikam linczu. Pojawiłem się też kilka
razy w stolicy, ale głównie po to, żeby – na fali ogromnego sentymentu -
raz jeszcze zobaczyć rozsuwane drzwi pewnej intsytucji i ruchome
schody, których to atrakcji nikt już nie docenia… Ale przemykałem
przez ulice raczej chyłkiem i w obawie, że zabłądzę i trafię przed pałac
prezydencki, gdzie podobno krzyżuje się ludzi i stale płoną znicze.
W bezpiecznej odległości od niezwyciężonego miasta, słucham niekiedy
głosów z gadających pudełek i tych także, w których migają małe,
uwięzione ludziki. Dodam tutaj, że nigdy nie spotkałem na ulicy tak
małych ludzi, którzy w odróżnieniu od karłów zachowują proporcjonalną
budowę ciała. Może to są te krasnoludki, o których tak często mówi
ojciec Tadeusz..? Nie wiem.
Dzisiaj w gadającym pudełku zmieściły się aż trzy osoby, a może nawet
więcej, bo zazwyczaj pudełko mieści i siedem, a niektóre z nich nawet
śpiewają. Śpiewających nie słucham, bo wolę, co oczywiste, godzinki i
różaniec, ale te mówiące niekiedy mnie interesują. Teraz też tak było,
bo dowiedziałem się kilku nowych rzeczy w sprawie, nad którą głowią się
małe ludziki. To jest dla mnie wyjątkowo tajemnicze zagadnienie, bo
dotyka bardzo skomplikowanych zjawisk. Kilka ton wzbija się w powietrze,
a wszystko dzięki próżni pod skrzydłami. I bywa czasem, że na nic to
się zdaje, bo te kilka ton potrafi spaść i wtedy mówimy o katastrofie.
Całkiem niedawno spadło kilka ton i przygniotło małe ludziki wielką
odpowiedzialnością. I tego właśnie dotyczyła rzeczona rozmowa w
gadającym pudełku. Najciekawszy jej fragment padł z ust pewnego
sympatycznego krasnala, który ma takie krzaczaste brwi, wesołe oczy i
błyszczącą buzię. Muszę tutaj dodać, że obok sympatycznych krasnali są i
złośliwe karły, co nie bacząc na kilkaset tysięcy stron dokumentów
dostarczonych przez olbrzymów (trzeba być olbrzymem, żeby unieść
kilkaset tysięcy dokumentów) domagają się od miłych krasnali czegoś, co
definiują jako rację stanu w King Size. I właśnie padła odpowiedź, która
przybliża poruszony problem. To brzoza. Polski dawca papirusu.
Właściwie nie tyle brzoza, co nadpiłowane skrzydło, ale papier
niejednemu już podciął skrzydła… Brzoza jest zresztą znakomitym
materiałem do produkcji papieru, ale kilkaset tysięcy stron dokumentów
to materiał przekraczający możliwości jednej brzozy. Jest też
powiedzenie, które wszystkim znajome, że „Wielki jak brzoza…”, ale nie
ma ono zastosowania w stosunku do krasnali. Podsumujmy. Wciąż próżnia?
Nie, bo już nie leci. Brzoza? Skądże znowu!  -
Nie, ja sobie niczego nie lekceważę, wręcz przeciwnie
. Żart? Bardzo
udany, tylko nie należy lekceważyć brzóz jako źródła papieru.
Nienawiść? Immanentna cecha karłów. Odpowiedzialność? Pośrednio w
brzozie, bo w tysiącach stron dokumentów. Uwagi końcowe? Ostatnio nie
spaceruję Krakowskim Przedmieściem…

skok

Brak komentarzy

Nigdy nie lubiłem składać rzeczy uprzednio rozłożonych. Zazwyczaj wyjeżdżałem z estetycznym pakunkiem zakupionego namiotu, a wracałem z nieforemnym workiem ciasno upchniętych kości i trzewi. Dlatego też żywiłem uzasadnioną obawę, kiedy wysokościomierz oznajmił konieczność pociągnięcia linki. Owszem, na kursie poświęcano temu dużo uwagi, niemniej, cierpiałem akurat na jej deficyt. Trudno powiedzieć, że zaniepokoiłem się bardziej, gdy próbowałem otworzyć ten zapasowy. Może i tak było, ale miałem wrażenie, że nadzieja już wcześniej zrobiła mnie w konia. Nie zabrałem też gazety, bo komfort lektury przy trzystu kilometrach na godzinę… A zresztą, powiedzmy sobie szczerze, że i tak nie miałem do tego głowy. Pozostało więc 1,5 minuty, co dawało możliwość rozważenia tego, jakie wyrzuty sumienia miałby w tej sytuacji Leszek Balcerowicz. Było to odrobinę pocieszające. Co prawda nie miałem protestanckiego stosunku do czasu, ale z całą pewnością był on chwilowo cokolwiek obsesyjny. Jak również zreinterpretowałem zasadę „carpe diem”.
Na tyle, na ile pozwalały mi całkiem rozentuzjazmowane policzki zasłaniające 1/3 gogli, poszerzyłem pole widzenia. Tak, to są te chwile bezradnej zadumy nad zaskakującą nas głupotą. Bo czego właściwie wypatrywałem? Barona Munchausena, który wykorzystując impet wystrzelenia z armaty uniósłby mnie z powrotem do samolotu? No way, jak mawia klasyk Migalski. Nawiasem mówiąc, on przynajmniej deklaruje fruwanie. 30 sekund. No proszę, ale jak bardzo jednak polityka odciska się w umyśle… Niby kilkanaście sekund, wypada coś sobie przypomnieć, coś budującego przynajmniej… A tu śmieci, truchło marnych wrażeń. I ten dramatyzm wyobrażenia. Bo przecież kiedyś złamałem nogę. Wiem już natomiast, że spadnę na wydmy. Teren piaszczysty, jakoś tak raźniej… No dobrze, więcej czasu już nie ma. Złożyłem nogi razem, uginając je lekko w kolanach. Zamierzałem przetoczyć się zaraz po wylądowaniu, żeby maksymalnie zamortyzować upadek. Miałem dobre buty, których marki nie wymienię. Ale Air. Ostatnio zaniedbałem treningi, więc powątpiewałem w mięśnie. Ale bez defetyzmu. Byłem też przygotowany na więcej, niż tylko skręcenie kostki. Nikt nigdy do końca nie wierzy w swoją śmierć, a najbardziej wytrawnymi zawodnikami w tym sporcie są starzy ludzie. Jeszcze tylko chwila… Uff, wszystko poszło zgodnie z planem. Tylko w butach miałem trochę piasku.
Tak, tak. Już to słyszę. Nie gadaj bzdur, to przecież całkiem niemożliwe. Na Jowisza! Wysilcie się trochę… Udzielacie najbardziej oczywistej odpowiedzi.                 

kapelusznik

Brak komentarzy

Pewnego dnia do mojego przyjaciela przemówił królik. Taki mały, biały i z czerwonymi oczkami. Nie pamiętam, co też powiedział królik, ale jego wypowiedź do głębi wstrząsnęła moim przyjacielem. Zachwiała nim. Albowiem królik zdradził wiedzę, której, opierając się na wszystkich dostępnych źródłach, mieć nie powinien. Owszem, królik był obecny, był stale w pobliżu, skrobał marchewki, grzebał w trocinach, srał po ścianach, ale, mimo wszystko, w żaden sposób nie mógł wejść w posiadanie przekazanych informacji. To było tak szokujące, że w oczach mojego przyjaciela na zawsze przekreślało jego intymność.

Królik przemówił z zaskoczenia i mamy wszelkie podstawy by przypuszczać, że jego wybryk miał charakter jednorazowy i ściśle zaplanowany. Bo królikowi nie chciało się więcej gadać, on tylko przekazał wskazówkę. Po nitce do kłębka. Bardzo ważne w takich wypadkach jest właściwe rozeznanie, na które zazwyczaj brakuje czasu. A jest to ważne, bo istotny w tym wszystkim jest zawsze kreator (kryjący się w liczbie mnogiej). Niestety, mój nierozważny przyjaciel postąpił zbyt pochopnie i, co najczęstsze, powiązał niewłaściwe wątki tej pajęczyny. Zdarza się, że ten powtarzający się błąd, którego można łatwo uniknąć rozwiązując wcześniej sudoku, prowadzi nieuchronnie na manowce wypaczenia – wielkiej zguby o smaku dotkliwego rozczarowania. Albowiem jesteśmy już niemal o krok od Prestigitatora i na wyciągnięcie ręki od złodzieja przyłapanego za rękę na gorącym uczynku…

Ale, niestety. I tak, gorzki to obraz i w tysiącu widzianych wydań, kiedy to zawiedzionym detektywom pozostaje tylko odpalać od słońca kolejne papierosy. W małej, ciasnej i zadymionej myślami palarni.

Mój przyjaciel nie poddał się jednak tak łatwo, co jest tym bardziej godne pochwały, że (przecież) z góry było wiadomo, iż działać będzie wobec liczebnej przewagi przeciwnika. Zachował też powściągliwość i dłubiąc przy obiedzie widelcem w talerzu, ni stąd ni zowąd, zadał rozstrzygający cios. Było to uderzenie straszliwe i niechybnie precyzyjnie obliczone na to, by dotknąć głównego podwykonawcę tężejącej matwy spisku. Ale pytanie było też przebiegłe w konstrukcji, bo w treści opiewało konsumowaną własnie prużoną marchewkę. Można powiedzieć, że posunięcie prawie genialne. Nikt jednak, kto nie zna specyfiki zagadnienia, nie jest sobie w stanie uzmysłowić rozlicznych korelacji i wypadkowych potencjalnych rozwiązań, które może stworzyć z pozoru niewinna odpowiedź. Jednego wszakże mój przyjaciel był pewien, a mianowicie, że odpowiedzi nijak nie można uznać za niewinną…

Dlatego też wybrał jedyne pewne wyjście, które prowadziło do ostatecznego rozwiązania zasupłanej kwestii tajemniczej zagadki. W chwili kiedy zadzwonił telefon, mój przyjaciel rzucił swobodnie do żony: „To do mnie” i bez wahania wyskoczył przez okno.

Ignorantom może się wydawać, że odrobinę przesadził. Nic podobnego. On tylko wyciągnął królika z kapelusza.        

człowiek

Brak komentarzy

Adam czerpał wiedzę o świecie z telewizyjnych seriali. Z Rodziny Zastępczej dowiedział się o tolerancji, inkulturowości, poznał etos inteligenckiej pracy i zrozumiał humor dowcipów o policjantach. Miodowe lata nauczyły Adama szacunku dla prostego człowieka i odsłoniły barwne aspekty osobowości robola. Potem Adam opuścił Prowincję i zetknął się z dynamiką wielkiego świata. Będąc już biegły w istocie politycznej poprawności, powoli, ale systematycznie zdobywał cały świat. Studia prawnicze rozpoczął w gabinecie Ally McBeal, ale wkrótce uznał, że środowisko trąci cokolwiek myszką i odchodzi w niebyt. Leczył się wciąż w Leśnej Górze – bo taniej, a tajniki medycyny zgłębiał u Dr House’a. Wkrótce potem Adam stał się seksoholikiem, o czym jeszcze nie wie, jako że jego telewizor słabo odbiera TVN. Wakacje spędzał na tajemniczej wyspie, która oferowała pobyt urozmaicony nierozwiązywalną zagadką. Poznał przyjaciół – Kasię i Tomka, bywał z wizytami w rodzinnym Klanie, odkrył Pierwszą Miłość, a na Plebani przyjął komunię i przystąpił do bierzmowania. Zapytany kim jest Adam odpowiada, że Kiepskim i nikt nie może mu odmówić patriotyzmu – służbę publiczną pełnił w gabinecie premiera Turskiego.
Przyszłość Adama rysuje się różowo, ma dostęp do HBO i około pięciu tysięcy innych stacji. Zna języki, a za szczególnie bliski uważa portugalski (to ze względu na ukochaną babcię, Isaurę). Zresztą, Adama poznałem na przystanku tramwajowym (czekał na Karola) i nie miałem czasu doświadczyć pełni jego duchowego bogactwa… Ale jedno wiem na pewno. Adam to nowy człowiek. Sciślej i etymologicznie, w nowej roli…    

depilacja

Brak komentarzy

Kawa, ciasteczka i kobiecy punkt widzenia. Czasami, mam niejasne
wspomnienie, pojawia się mężczyzna. Taki z długimi włosami,
wydepilowany, z naszyjnikiem i bransoletką. To psycholog, a może
socjolog. Bardzo wrażliwy, często płacze. Bo i jest nad czym. Mężczyźni
niewydepilowani, na bakier nawet z dezodorantem, pseudo wojownicy, a tak
naprawdę to mali i zapłakani chłopcy. I wiecznie na kolankach u mamusi.
Grupka szczęśliwych kobiet reaguje  entuzjastycznie. O tak! Sypią się
anegdotki, które należy przemnożyć przez dwa ośrodki mowy w kobiecym
mózgu. Psycholog – socjolog płacze ze śmiechu. Zawodzi cienkim, wysokim
głosikiem. Niemal, zawstydzony, zasłania usta. Teraz czas traumatycznych
wspomnień, trudnych relacji, odpowiedzialnych decyzji, ciężaru
konsekwencji. Wszyscy poważnieją na moment. Niepotrzebnie. Grozę tematu
łagodzi nieposkromiony humor stałej bywalczyni. Dysponuje ona złotą radą
na każdą okazję. Zdrada? Ależ moje drogie, żadne czekoladki, tylko
jasnowłosy młodzieniec, efeb miły, ciacho. Nic tak nie polepsza humoru,
jak ćwierć wieku metrykalnej różnicy. Psycholog – socjolog gładzi włosy.
Jego długie i ozdobione pierścieniami palce niewinnie flirtują.
Potem przysnąłem, bo męczyły mnie mdłości. Obudziło mnie walenie książką
po głowie. To ten psycholog – socjolog stał nade mną i raz po raz…
No, bezwzględnie, bezlitośnie. Nie zdążyłem się rozpłakać, ale zdołałem
przeczytać tytuł
książki. Zresztą, może tylko śniłem… Nie mam czasu się
zastanawiać, bo dzisiaj wypada wieczór w męskim gronie, a ja
muszę jeszcze wydepilować nogi…


  • RSS